Jesień 2020, nr 3

Zamów

Uwodzenie w epoce #metoo

Plakat „Così fan tutte”, Opera na Zamku w Szczecinie

Gdyby „Così fan tutte” Mozarta chcieć czytać dosłownie, to nawet i dzisiaj – w epoce moralnie daleko mniej rygorystycznej – nie dałoby się obronić jej przesłania.

To prawda, że „szczęśliwy ten człowiek, który każdą rzecz bierze z dobrej strony”. Trudno jednak o takie szczęście, gdy w grę wchodzi zdrada niewiernych kochanek, choć jeszcze nie jest to zdrada małżeńska. Co więcej, podobno „tak robią wszystkie”. Aż chciałoby się powiedzieć za Biblią: „Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić” (Mt 19, 10). Jacek Papis, reżyser szczecińskiej premiery „Così fan tutte”, kończy spektakl zbiorową sceną ślubną, ale mnie ona nie przekonuje, nie w epoce #metoo.

Traf chciał, że w drodze do Szczecina czytałem „Zaślubiny Kadmosa z Harmonią” Roberta Calasso, który cytuje słynną opinię Herodota o porywaniu i uwodzeniu kobiet: „Porywać niewiasty jest czynem ludzi niesprawiedliwych, ale z powodu porwanych zawzięcie uprawiać dzieło zemsty mogą tylko nierozumni; rozsądni ludzie zgoła nie troszczą się o porwane kobiety: boć przecie to jasne, że gdyby same nie chciały, nie zostałyby uprowadzone”. Herodot staje się tutaj rzecznikiem pojawiającej się jeszcze tu i ówdzie opinii twierdzącej, że gdy kobieta mówi „nie”, to tak naprawdę mówi „tak”. Że kobiety chcą być uprowadzane, uwodzone, a może nawet brane siłą, a ich opór jest wyłącznie elementem gry miłosnej.

I to właśnie w tym kluczu można by odczytać operę Wolfganga Amadeusza Mozarta. Że nie ma kobiety, której nie da się uwieść, że każda w gruncie rzeczy tego chce, że „tak czynią wszystkie”. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że ta – jak głosi ciąg dalszy tytułu opery – „szkoła kochanków” mówi jedynie o niewierności niewieściej. Mówi także – a może przede wszystkim – o niewierności męskiej. Uwodząc jedną, najczęściej zdradza się jakąś inną. Zawsze jest jakaś Dorabella, którą zdradza się dla jakiejś Fiordiligi. I jakiś Ferrando, który kradnie dziewczynę jakiemuś Guglielmo. Tak jakby zdrada i uwodzenie miało być jakimś prawem mężczyzny, z którego się go nie rozlicza.

Gdyby „Così fan tutte” Mozarta chcieć czytać dosłownie, to nawet i dzisiaj – w epoce moralnie daleko mniej rygorystycznej – nie dałoby się obronić jej przesłania, które wybrzmiewa w ostatniej scenie opery.

Kiedy oglądamy tę operę, to jakoś instynktownie czujemy (a może raczej chce nam tak zasugerować libretto), że kara winna dosięgnąć wyłącznie kobiety za ich niewierność, a nie mężczyzn za ich wodzenie na pokuszenie. Tak jakby winna miała być wyłącznie kuszona, a nie kusiciel, nie tyle agent Tomek, co Beata Sawicka – że się odwołam do najgłośniejszej w ostatnich latach lekcji z uwodzenia.

Szczecińska premiera opery Mozarta zaczyna się filmem z wakacji, który oglądamy, gdy rozbrzmiewa uwertura. Skojarzenie z „Pamiętnikami z wakacji”, popularnym serialem w gatunku docusoap, przyszło samo. Ileż tam zdrad, rozczarowań, łez i gier miłosnych na małym ekranie! Morze, słońce, woda i drinki sprzyjają Amorowi. Ludzkość wie o tym już od dawna. Reżyser umieszcza akcję w jakimś włoskim kurorcie na przełomie lat 50/60 ubiegłego stulecia. I jest to pomysł naprawdę świetny. Jesteśmy przecież u progu rewolucji obyczajowej. Konwencji „kartek z wakacji” służy bardzo oryginalny pomysł, by akcję zamknąć w niewielkiej pudełkowatej scenie. Siedzimy jak przed telewizorem. Na naszych oczach zmieniają się plenery. Niektóre recytatywy są jak „setki” mówione do kamery.

Jest wszystko, co trzeba, by nas przenieść w dawne lata, gdy jeszcze flirt między mężczyzną a kobietą nie był natychmiast obciążony potencjalnym oskarżeniem o przemoc (o co zresztą upomina się Catherine Deneuve). Są trykoty, hamaki, żagle na horyzoncie i żółty piasek na plaży. Wakacje marzeń. Muszę przyznać, że oglądałem I akt zauroczony tak inteligentnym pomysłem reżyserskim, kostiumowym i scenograficznym. A scena na plaży, którą oglądamy niby z lotu ptaka, była w swym pomyśle po prostu genialna.

Niestety, II akt pod tym względem mnie rozczarował. Cała konwencja retro ustąpiła nagle stylistyce – nazwijmy – mozartowskiej, z epoki. Pastelowe kolory z I aktu ustąpiły miejsca czerni i bieli, akcja wykroczyła poza kadr, pojawiły się fraki i krynoliny, a finałowe pary małżeńskie przywołały mi na myśl – przekleństwo skojarzeń! – zbiorowe śluby w Korei Południowej.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Nie będąc krytykiem muzycznym, nie chcę się silić na oceny, ale w moim subiektywnym odczuciu wszyscy soliści zabrzmieli bardzo dobrze i równo, w czym oczywiście pomogła orkiestra pod batutą Jerzego Wołosiuka. To był bardzo zgrany sekstet solistów. Co więcej, udało im się – a przecież nie są zawodowymi aktorami komediowymi – rozegrać tę operę tak jak trzeba: w stylu buffo. Widać, że reżyser miał pomysł na poprowadzenie postaci.

Kiedy w ostatniej scenie bohaterzy zamieniali się miejscami i nie było do końca wiadomo, która z sióstr wybierze którego – tego, którego zdradziła czy tego, z którym zdradziła – pomyślałem, że Mozart i Papis nie chcą nam wcale zasugerować, że to wszystko jedno, z kim się w tym życiu łączymy i że jedno warte jest drugiego, a jedna warta drugiej, ale że tak naprawdę to nigdy do końca nie wiemy, z kim się łączymy. Może wcale Ferrando i Guglielmo nie udają kogoś innego, ale po prostu ukazują inną stronę samego siebie? Że może w tym drugim człowieku – niby tak dobrze znanym – jest jeszcze coś więcej do pokochania. Że ta druga strona kochanego człowieka wcale nie musi być jak „dark side of the moon” – który zresztą świeci nad nimi w II akcie – ale że może być jeszcze piękniejsza, a ta „dobra strona” wciąż czeka na odkrycie. I ja bym radził nie czekać, aż ją odkryje kto inny.

W. A. Mozart, „Così fan tutte”, premiera 10.02.2018 r., Szczecin, Opera na Zamku.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.