Jesień 2020, nr 3

Zamów

Józef Czapski – Polak, artysta, chrześcijanin

Józef Czapski, 1943 r.

Czapski był artystą zarówno malując, jak i pisząc. Czasem robił to równo­cześnie, przeważnie jednak jedno albo drugie oddzielnie i rozłącznie. „Kiedy piszę, to nie maluję” – wyznał kiedyś.

Kiedy przed rozpoczęciem tego wieczoru wszedłem na salę i zobaczy­łem jarzący się w ciemności obraz Józefa Czapskiego przedstawiający owoce, który wisi w pracowni ongiś księdza Sadzika, a obecnie księdza Modzelewskiego, przyszły mi na myśl słowa, jakimi Proust żegnał jednego z bohaterów „Utraconego czasu”, Bergotte’a: „I przez całą noc na wszyst­kich oświetlonych wystawach paryskich księgami jego otwarte książki ułożo­ne po trzy czuwały jak anioły z rozpostartymi skrzydłami nad ciałem zmarłego pisarza”. Nasze dzisiejsze spotkanie w Centre du Dialogue jest też takim czuwaniem, wigilią poświęconą pamięci i obecności zmarłego 12 stycznia artysty.

W życiu każdego twórcy można wyróżnić pewne nurty, motywy, z jakich się ono składa. Można też wskazać postaci różnych masters of life, jacy naznaczyli ich własną drogę. Tak było też w przypadku Józefa Czap­skiego. Metodą powiększeń chciałbym ukazać cztery dziedziny jego twór­czości i życia. Są nimi: polskość, malarstwo, pisarstwo i religia.

Polskość, wojsko, pacyfizm

W życiu Józefa Czapskiego wszystko było w równej mierze dane i zadane. Także polskość. Matka – Józefa Leopoldyna Thun urodziła się w Czechach; jej brat był premierem austriackim. Z mężem, Józefem, rozma­wiali po niemiecku, ale nigdy nie mówili po niemiecku do dzieci. Była Czeszką, została Polką. Mając czternaście lat powiedziała: „Wyjdę za Polaka, bo to taki nieszczęśliwy naród”. Było wtedy tak, że hrabianki aus­triackie poślubiając Polaków zostawały Polkami. W domu – ten pałac w Przyłukach, neogotycki, trudno było porównać ze wspaniałymi rezyden­cjami czeskich i austriackich krewnych – panowała atmosfera polska, polskie były piosenki i wierszyki, nieśmiertelne „Kto ty jesteś – Polak mały”, ale była to swoista polskość miejscowego ziemiaństwa, które rozrzewniając się nią, poza tym układało sobie stosunki z zaborcą. Czap­ski nigdy nie żywił szczególnego podziwu dla swojej klasy społecznej, a mówiąc o niej używał często najostrzejszych i najdosadniejszych określeń.

Zachował natomiast w pamięci mityczną postać jakiegoś krewnego, też Józefa (to imię było lubiane w rodzinie), rewolucjonisty, który przez jakiś czas podpisywał się: „chłop Czapski”, potem jednak powrócił do hrabiostwa.

Przyłuki, ukochane Przyłuki, jedna z polskich wysepek na białoruskim morzu, liczyły od piętnastu do dwudziestu mieszkańców: rodzice, sied­mioro dzieci, dwie guwernantki – Mademoiselle i Fraulein, jakichś rezy­dentów. Bardzo wcześnie umarła matka. Urodzony 3 kwietnia 1896 roku Józef miał wtedy zaledwie sześć lat. Z dzieciństwa zapamiętał jeszcze „parszywca nauczyciela” i właśnie ową rozwodnioną, letnią polskość. Prawdziwe odkrycie tego, czym jest Polska przyjdzie później i stanie się to za sprawą książek Brzozowskiego. Jego pasja, namiętność i bunt naznaczą stosunek Czapskiego do ojczyzny.

W 1909 roku Józef z bratem Stanisławem zostają wysłani do Peters­burga na naukę. O wyborze miejsca zadecydował lepszy tam niż w Mińsku stosunek do Polaków, a poza tym obecność krewnych zajmujących poważ­ne stanowiska. Zmorą tego pobytu był okropny opiekun, pan Iwanowski, który wyrobił sobie w arystokratycznych i ziemiańskich sferach opinię dobrego wychowawcy. Jego podopiecznymi byli także dwaj kuzyni Eme­ryk i Wojciech Czapscy. Wraz z kilkoma chłopcami polskimi, wszystkimi prawie w tym samym wieku, mieszkali jakiś czas w pensjonacie Bibikowa, który skądinąd miał być polakożercą. Swoich lokatorów jednak nie zjadał, we własnym dobrze rozumianym interesie. Młody Czapski uczy się także gry na fortepianie, a następnie przez rok studiuje na uniwersytecie prawo.

W roku 1916, w celu uniknięcia służby w wojsku, ojciec zapisał go na przyspieszony kurs oficerski w carskim Korpusie Paziów, co broniło przed pójściem na front. W tym Korpusie Józef posiadł tajniki kunsztu wojen­nego, a równocześnie pozbył się częstych zapaleń płuc. Kiedy wybuchła rewolucja lutowa, nastąpiła dwutygodniowa przerwa w nauce. Kurs wznowiono już za Rządu Tymczasowego; wtedy też Józef, jako ekstern miesz­kający u wuja Meyendorfa, otrzymał dyplom. W domu wuja, członka Dumy, przez krótki czas wiceprezydenta Rosji (odwiedzał go m.in. książę Lwow), młody Czapski zaczytuje się w Tołstoju i zostaje chrześcijańskim pacyfistą, głęboko przekonanym i radykalnym. Wraz z siostrami Karlą i Marią, z którą losy zwiążą go aż do jej śmierci, oraz kilku przyjaciółmi, tworzą wspólnotę, tołstojowski „falanster”; jego ojcem duchowym zostaje Antoni Marylski, późniejszy współtwórca Lasek i przyjaciel kardynała Wyszyńskiego. Cóż to znaczyło być pacyfistą w samym środku I wojny światowej, w kraju wstrząsanym konwulsjami rewolucji! Jak można było realizować hasło Tołstoja, że chrześcijanin nie może zabijać, gdy wokół młodzi Polacy ruszali zewsząd, by bić się o wolność ojczyzny?

W życiu Józefa Czapskiego wszystko było w równej mierze dane i zadane

W czerwcu 1917 roku Józef wraz z kolegami Polakami, z Marylskimi, z Platerami, udaje się więc pod Mińsk, do polskiego wojska. Zapamiętał majątek, wieś Dukorę, gdzie chciał zostać żołnierzem, lecz nie chciał posługiwać się bronią. Swojemu dowódcy Podhorskiemu tłumaczył, że jest pacyfistą, a do wojska wstąpił z… tchórzostwa, bo nie miał odwagi przeciwstawić się otoczeniu. Ze służbą radził sobie, po Korpusie Paziów, nieźle; konno jeździć umiał już w dzieciństwie. Połową pułku dowodził Bronisław Romer, w oczach Józefa ideał oficera, który próbował na różne sposoby przekonać młodego tołstojowca o konieczności walki. Któregoś dnia zdesperowany zostawił Czapskiemu na krześle w jadalni kartkę: „Czy możesz sobie wyobrazić wolną i niepodległą Polskę bez wojska?”. Te dys­kusje, znakomicie świadczące o szanowaniu przekonań w rodzącej się armii polskiej, ciągną się bez końca. Czapski widzi też nienawiść białorus­kich chłopów do tego „pańskiego wojska”. Wreszcie, wraz z braćmi Marylskimi, podejmują dramatyczną decyzję: po drodze do Bobrujska występują z armii. Nazwani tchórzami, upokorzeni, odjeżdżają szczęśliwi, że mogli to wycierpieć przez wierność dla swego ideału.

Józef jedzie do Przyłuk. Ojciec tymczasem wynajął dom w Mińsku i tam się spotkali:

– Moje biedne dziecko, ty jesteś dezerter…

Członkowie falansteru podejmują jednak decyzję niezwykle odważną: trzeba wrócić do Petersburga, by głosić wiarę w sercu miasta i kraju ogar­niętego bezbożniczą rewolucją. Zabrali ze sobą trochę jedzenia, potem jego zdobywanie będzie głównym zadaniem Józefa Czapskiego, podczas gdy Antoni Marylski sprawuje kierownictwo duchowe. Zajęli mieszkanie opuszczone przez jakichś Polaków. Nieważna jest rosyjska rewolucja Lenina, ważna jedynie światowa rewolucja Chrystusa. Obowiązują wyso­kie normy etyczne. Erotyzm jest największym grzechem. Marylski modli się nocami, klęcząc w śniegu.

Nadchodzi rok 1918 i powrót do Polski. Ojciec leży ciężko chory. Warszawa: Czapski zostaje pracownikiem Polskiego Czerwonego Krzyża. Młody i wysoki człowiek zwraca jednak na siebie uwagę: dlaczego nie w wojsku? Zgłasza się więc na prostego żołnierza i mówi pułkownikowi, który go przyjmował, że prosi o najcięższą służbę, byleby nie musiał zabijać.

– Panie poruczniku, ja wiem, że to nie jest tchórzostwo.

Otrzymuje zadanie: odszukać i wykupić z sowieckiego więzienia pię­ciu polskich oficerów. Dostaje na ten cel 14 tysięcy kierenek i wyrusza do Petersburga. Jego misja potrwa od późnej jesieni do okresu po Bożym Narodzeniu. W mieście jest głód, rząd przeniósł się już do Moskwy, ludzie uciekają. Przez jakiegoś sprzedawczyka Czapski próbuje zdobyć wiado­mości, uzyskać kontakty. Dociera do bolszewickiej komisarki Stasowej, surowej i uczciwej kobiety, którą nazywano „sumieniem rewolucji”. Mówi jej, że koledzy chcieli walczyć o wolną Polskę. Wreszcie otrzymał informację: zastrzelono ich w czasie próby ucieczki. Już po wyjściu z tej pa­miętnej rozmowy zorientował się, że zostawił u Stasowej teczkę z dokumentami i pieniędzmi, co mogło wyglądać na próbę przekupstwa i wyjawić jego instrukcje. Wrócił. Oddano mu ją – nietkniętą. Ale misja skończyła się fiaskiem.

W czasie pobytu w niemal wymarłym zlodowaciałym mieście nastąpiło wydarzenie, które miało naznaczyć dalsze losy Czapskiego. Przechodząc Siergiewską ulicą przypomniał sobie, że tu mieszkał znany mu z lektury Dymitr Mereżkowski. Wszedł do sieni. Tabliczka na drzwiach: Mereżkowski. Pisarz przyjął go w nie opalonym pokoju, miał na sobie futrzany płaszcz swojej żony, Ziny Gipius. Mieszkali we trójkę z Dymitrem Fiłozofowem, z którym Czapski będzie się spotykał potem w Polsce i w Paryżu. Mereżkowski: ten Rosjanin zrobił z Czapskiego polskiego żołnierza. Opowiedział mu przypowieść o dwóch ludziach idących do nieba w bia­łych szatach. Zobaczyli pośrodku błotnistej drogi chłopa, któremu złama­ło się koło u wozu. Jeden z pielgrzymów minął go, żeby się nie powalać, drugi – wszedł w to bagno i pomógł. Obydwaj doszli do nieba, jeden czysty, drugi strasznie ubabrany. Temu czystemu powiedział Pan Bóg, że zasłużył swoją czystością na niebo i że będzie czczony w Kościele raz na cztery lata, a ten utytłany w błocie — cztery razy do roku! „Nie można – mówił Mereżkowski, patrzeć z tołstojowskim spokojem jak giną ludzie, trzeba wziąć udział w dziejącej się historii, podjąć odpowiedzialność za jej bieg”. Czapski zrozumiał nagle, że bardziej chrześcijańskie jest zbrukać się dla bliźniego, niż być moralnym czyścioszkiem… (Tu przypomniało mi się, że księdzu prymasowi Wyszyńskiemu, patrzącemu na przedstawicieli pew­nej grupy katolickiej witającej czy żegnającej go na dworcu Termini w Rzymie wymknęło się to właśnie słowo: czyścioszki).

Czapski wraca z decyzją, że będzie w wojsku, że będzie walczył za ojczyznę, że weźmie na siebie grzech bycia żołnierzem. Przeżył to jako olśnienie, choć już kiedy miał 16 lat i gorliwie praktykował, jego ówczesny spowiednik, ksiądz Łoziński, późniejszy biskup piński i kandydat na ołtarze, mówił mu, że jest obowiązek bronienia ojczyzny. Oprócz Mereżkowskiego, Czapski czy­ta w tym czasie Dostojewskiego i Nietzschego.

Po powrocie do kraju wstępuje do wojska, już pogodzony. Poznaje wielu ludzi, w tym rotmistrza Andersa. Był przejazdem w pustych już i opuszczonych Przyłukach. Chciał być prostym żołnierzem, Wańkowicz poradził mu, żeby zaciągnął się do załogi pociągu pancernego „Śmiały”, którą stanowili głównie studenci: „tam poznasz cudowną młodzież, zrozu­miesz, co to Polska”. Odbywa tę służbę w pumpach w kratkę, jakie się wtedy nosiło.

I w tym okresie przypadła mu w udziale niezwykła, choć nie tak niebezpieczna, jak inne, misja: pojechał do Warszawy, żeby ratować dyplomatów zachodnich, którzy siedzieli w no man’s landzie, między bol­szewikami a Polakami, przy czym polski generał dowodzący tym odcinkiem nie chciał ich przepuścić, podejrzewając, że to sowieccy szpiedzy. Czapskiemu utkwił w pamięci jakiś konsul golący się pod gołym niebem przed oprawionym w srebro lusterkiem, odziany w jasnobłękitną jedwab­ną bieliznę. Ratując tych nieszczęśników dotarł, dzięki znajomościom, aż do Belwederu, gdzie przelotnie zobaczył Piłsudskiego. Pokochał go z miejsca, jak z miejsca znielubił potem Sikorskiego. Warszawa poleciła wysłać po tych dyplomatów dwa wagony.

Jego zdumiewająca pewność przetrwa­nia w jenieckim obozie odbijała od powszechnego przygnębienia

W maju 1920 odszedł Czapski do swojego pułku jako podporucznik. Walczył na froncie bolszewickim na południowy wschód od Lwowa. Prze­żył straszliwy dramat wożąc jakąś podwodą w poszukiwaniu szpitala, swe­go bardzo ciężko rannego brata Stasia, właściwie już w agonii, z odłamkiem szrapnela w piersi. Uratował go i był na froncie do końca woj­ny. Odznaczono go krzyżem Virtuti Militari, o czym, jak zawsze pomniej­szając swoje zasługi, z humorem opowiadał: „atakując na czele swoich ułanów, w pewnej chwili zobaczyłem przed sobą bolszewików, obejrza­wszy się natomiast w tył, nie dostrzegłem żadnego z moich żołnierzy. Nie mając wyjścia, dałem koniowi ostrogę i przeraźliwie krzycząc popędziłem na Ruskich, którym moja determinacja napędziła stracha. Widocznie sądzili, że z taką pewnością siebie sadzi na nich dowódca bardzo silnej jednostki… i rzucili się do ucieczki”.

Józef Czapski nałożył znowu mundur porucznika 1 września 1939 roku. Po latach jeszcze wspominał patriotyzm ówczesnej młodzieży, zapa­miętał dwóch młodych podchorążych, którzy ciągle czyścili sobie buty jak na bal, na bitwę, na upragnioną kontrofensywę. 27 września dostał się do niewoli sowieckiej. Przez 18 miesięcy przebywał kolejno w obozach: Sta­robielsk, Pawliszczew, Griazowiec. Jego zdumiewająca pewność przetrwa­nia odbijała od powszechnego przygnębienia. Cóż w tym mogło być, jak nie różnego rodzaju tajemnicze przeczucia: tego, który miał ocaleć i tych, co mieli zginąć. Dla podniesienia serc i dla ćwiczenia słuchaczy w języku francuskim, Czapski wygłasza cykl wykładów o Prouście, prowadzi też w okropnych kajetach sowieckich swój dziennik; ocalał on zapewne na sku­tek wielkiej nieczytelności…

Najbardziej bohaterski okres życia Czapskiego zaczął się w roku 1941, gdy sam potwornie wynędzniały, zmieniwszy łachmany więźnia na brytyj­ski mundur polskiego porucznika, zaczął w imieniu generała Andersa, który darzył go absolutnym zaufaniem, poszukiwania kilkunastu tysięcy oficerów, wówczas uważanych jeszcze za zaginionych w ZSRR. Jak łatwo było zlikwidować niewygodnego świadka, który przemierzał oświetlone zimnym światłem i wyłożone miękkimi chodnikami korytarze Łubianki i wysiadywał w przedpokojach generałów i pułkowników KGB, wypytując katów o losy ich ofiar! Czapski zdawał sobie sprawę, że generał Anders mógł w każdej chwili otrzymać wyrazy ubolewania, że jego wysłannik uległ nieszczęśliwemu śmiertelnemu wypadkowi.

W czasie tych poszukiwań i potem w 1942 roku, kiedy sprawuje funkcje szefa Wydziału Propagandy i Informacji przemierza szlaki Turkiestanu, Persji, Iraku, Palestyny, Egip­tu i Włoch, powstają notatki o zmarłych i ocalonych z zagłady, świadectwa mężczyzn, kobiet i dzieci, to wszystko, co ostatecznie złoży się na tom „Na nieludzkiej ziemi”. Jest to książka nie tylko o hańbie naszego wieku, ale i wspaniały hymn o bohaterstwie i wielkości tysięcy zadręczanych na śmierć ludzi. Doszła tu do głosu przejmująca miłość do własnego narodu, podziw dla jego obywateli różnych wyznań i narodowości. Dzieło to całkowicie pozbawione nienawiści wymierza sprawiedliwość nieludzkiemu systemo­wi, którego końca dane było dożyć Józefowi Czapskiemu.

Książka pt. „Wspomnienia starobielskie” wyszła najpierw w 1945 w Rzymie, a następ­nie w Instytucie Literackim w Paryżu w roku 1949 i stała się od razu kamieniem obrazy dla rozkochanych w marksizmie i leninizmie, a także w Związku Sowieckim, elit zachodnioeuropejskich. Wyznacznikiem tych postaw były losy francuskiego wydania „Na nieludzkiej ziemi” z tego samego roku: z jego firmowania wycofał się pod presją PLON, osta­tecznie rzecz sygnowało wydawnictwo Les Iles d’Or, Editions Self. Tłumaczka, pani Żeleńska podpisała się panieńskim nazwiskiem M-A. Bohomolec. W jej posiadaniu znajduje się jeden z niewielu egzemplarzy tej edycji, której nakład w całości wykupiła i zapewne zniszczyła Ambasa­da Sowiecka w Paryżu. W 1978 dzieło ukazało się po francusku w Lozannie, w wydawnictwie Noir sur Blanc.

Malarstwo

Mówić o Czapskim artyście trzeba pod dwojakim kątem widzenia. Czapski był artystą zarówno malując, jak i pisząc. Czasem robił to równo­cześnie, przeważnie jednak jedno albo drugie oddzielnie i rozłącznie: „kiedy piszę, to nie maluję” – wyznał kiedyś.

Malarzem chciał być od początku świadomego istnienia, od 10 roku życia – do samego końca, już porządnie po dziewięćdziesiątce niemal ociemniałego podrywało go do malowania „zobaczenie tej bieli przy tej czerwieni”.

W 1918 zapisał się na krótko do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, późną jesienią 1920 zrobił to w Krakowie, zostając uczniem Józefa Pankiewicza aż do roku 1924. Choć profesorami byli tam m.in. Weiss i Malczewski (o tym ostat­nim powiedział pod koniec życia, że to może był największy malarz pol­ski), to mistrzem Czapskiego został Pankiewicz. Królował on w Krakowie, jak Pruszkowski w Warszawie. „Prusz” pomagał studentom, ale był „Łukasz” i szkodnik, natomiast – ciągle w ocenie Czapskiego – Pankiewicz palcem nie ruszył, żeby komuś pomóc, ale był świetny; marzył przy tym ciągle, żeby wrócić do Paryża, skąd przyjechał jako wyznawca impresjonizmu, największej rewolucji w dziejach malarstwa. Był przyja­cielem Bonnarda, który stanie się, obok Cezanne’a, najważniejszym wzo­rem dla Czapskiego: „u Bonnarda świat, przedmiot, był pierwszy, u Cezanne’a – drugi w kolejności”. W istocie szło o wybór między przed­miotem a podmiotem, opowiadaniem, a „malarstwem-malarstwem”, o opowiedzenie się za kolorem przeciwko walorowi.

Czapski miał swoje własne „odkrycie” koloru: w ogrodzie w Przyłukach był kwiat jakiś, intensywnie żółty i żółć zawsze będzie fascynowała go jako artystę. Żartobliwie wyznał kiedyś, że uważał, iż im więcej, im grubiej żółci, tym obraz jest lepszy. Nie wdając się w spekulacje psychoanalitycz­ne można by jednak powiedzieć, że w osobowości Czapskiego dominowała strona solarna, słoneczna, pogodna i radosna. Do końca powtarzał, że jest bardzo szczęśliwy.

Jeśli idzie o malarzy polskich, rewelacją dla Czapskiego był Stanisław­ski, który malował kolorem. Przed impresjonizmem powszechnie domi­nował walor, „natężenie ciemności w świetle”; dopiero na walor kładziono kolor. Cezanne nie zdradził jednak waloru, podobnie czynił też Pankiewicz, w przekonaniu, że bez waloru nastąpi spłaszczenie obrazu. W Cezannie podziwiał Czapski „pobożną wierność naturze”, podobnie u Bonnarda wzruszała go czułość wobec ludzi i rzeczy. Obydwu im szło o „ratowanie ginącego piękna świata”. Wszystkie te odkrycia staną się udziałem Czapskiego już bez pośrednictwa Pankiewicza: w 1923 zawiązał się Komitet Paryski młodych malarzy. Papieżem kapistów, jak zaczęto nazywać członków Komitetu, miał zostać Cybis, ich geniuszem – fascy­nujący Zygmunt Waliszewski. Czapskiemu miała przypaść rola drugo­rzędna – jak często podkreślał. Dopiero w roku następnym kapiści wyruszyli do Paryża; po latach opowiadał o tym Czapski Piotrowi Kłoczowskiemu:

„Przyjeżdżałem do Francji, która ryczała ze szczęścia. Przecież malarstwo impresjonistyczne to było szczęśliwe malarstwo i cała moja kapistowska rodzina szła w to zupełnie, w tę radość malarstwa. A ekspresjonizm – Witkacy u nas – to było nieznane całkiem, bośmy się tak zakochali we Francuzach. Czasami jest mi żal. Czasami całkiem mi żal, że oni mnie tak przeciągnęli w swoim kierunku, że mój tragiczny stosunek do świata prawie nie znalazł odbicia w moim malarstwie. Moi przyjaciele twierdzą, że jest to nieprawda, że oni ten tragizm ciągle czują, że w moich obrazach to się widzi”.

Malarzem chciał być od początku świadomego istnienia, od 10 roku życia – do samego końca

Ów tragiczny stosunek do życia dostrzegł Czapski u Soutine’a. To nie był uciekający w baśń, a potem jakże często w łatwość, Chagall. U Soutine’a pozostała na zawsze boleść żydowskiego losu, cierpienie, smutek. „Je suis triste” – powtarzał, choć wydostał się przecież z początkowej nędzy. Od Soutine’a można się było wiele nauczyć:

„Soutine jakby zawsze wiedział to, o czym Delacroix mówił, że jest dla malarza najtrudniejsze, wiedział kiedy obraz zatrzymać, kiedy inspiracja słabnie, kiedy widzenie przedmiotu, który malujemy, gubi się w wiedzy o przedmiocie (chociażby najbardziej malarskiej wiedzy), i kiedy wszystko może być jednym położeniem bardziej «namyślonym» niż od­czutym – zagubione.

Już nie mówię o tym, kiedy malarzowi grozi najgorsze – chęć pod­kreślenia, uczytelnienia z myślą o widzu i kiedy malarz gubi wszystko.

Inspiracje Soutine’a cechuje to jeszcze, że jest zawsze, jak u Cezan­ne’a, «na naturze». Soutine musi zobaczyć, nie wystarczy mu wspomnieć”.

Czapski też musiał widzieć, ciągnęło go do tematów, które wzbudzały w nim to, co nazwał widzeniem (było to w gruncie rzeczy proustow­skie „widzieć jasno w zachwyceniu”): „najpiękniejsze góry świata nie dały­by mi tego przeżycia, co kubek lub chustka na starym, brudnym stole”. W tej wypowiedzi z 1989 tkwiło rzeczywiste wspomnienie, o jakim przed laty pisał w dzienniku:

„Kiedyś patrząc na góry za Aszchabadem, uderzyło mnie podobień­stwo kształtu załomów, stoków i nawet materii brunatnej chropawej tych gór do rzuconego na łóżko starego koca. Parę dni temu, odwrotnie, widziane z łóżka zmięte, blade niebiesko-szare szmaty wyblakłe, zaplamione, do malowania, miały formy, urok, bogactwo linii, odcieni, dalekich szczytów górskich, śnieżnych. Wystarczy patrzeć naprawdę oczami bez przyjętej hierarchii (góry piękne – szmaty brzydkie), żeby en voyageant autour de ma chambre człowiek mógł przeżywać to, czego inni nie mogą dojrzeć kręcąc się naokoło świata jak wiewiórki”.

Ale tak naprawdę górą jego życia była „góra ślepej, ciężkiej, nieudatnej, niezdarnej roboty”. Tej roboty było w Paryżu dużo, pracy, która nie przynosiła żadnych dochodów. Kapiści mieli środki na utrzymanie się przez 6 tygodni, a pozostali w Paryżu przez sześć bardzo ważnych dla historii polskiej lat. Były to lata niezwykle ciężkie. Kiedy po II wojnie światowej Czapski zbierał w USA fundusze na uniwersytet polski na uchodźstwie, jakaś milionerka przedstawiała go: „to ten pan, co tyle wy­cierpiał w Sowietach”. Czapski zareagował żywo: „o wiele więcej cierpia­łem w Paryżu w latach 1924-1930”.

W roku 1926 po przebytym tyfusie mógł wyjechać na rekonwalescencję do Londynu, gdzie zaczął czytać Pro­usta, a w National Gallery zachwycił się jednym niewielkim obrazem Corota. W 1929 kapiści odnieśli znaczny sukces wystawiając swe obrazy w galerii Zak na St. Germain-des-Pres. W rok później Czapski w Hiszpanii zachwycił się Goyą.

W 1932 Czapski jest już w Polsce, mieszka w Warsza­wie i w Józefowie, gdzie dużo maluje i pisze. W 1935 jedzie do Paryża, pisać książkę o Pankiewiczu, która ukazuje się rok później („Józef Pan­kiewicz”, Warszawa 1936), w 1937 publikuje pracę „O Cezannie i świado­mości malarskiej”.

W niewoli sowieckiej i w drodze ku wolności tylko rysuje. Bodaj pierwszą pracą malarską powstałą na Bliskim Wschodzie jest mały pejzaż malowany akwarelą, w posiadaniu Władysławostwa Żeleńskich w Paryżu. Po roku 1945 zajmuje się organizacją miesięcznika „Kultura”, gdzie pu­blikuje szkice i recenzje o malarstwie, także krajowym. Pisze także artykuły dla „Figaro Litteraire”, „Preuves”, „Gavroche”, „Nova et Vetera”, „Carrefour” i londyńskich „Wiadomości”.

Od 1947 wraz z siostrą Marią mieszka w domu „Kultury” w Maisons-Laffitte i zaczyna malować; w jego obrazach zaznacza się większy dramatyzm i zbliżenie do ekspresjonizmu. Po roku 1950 wystawia m.in. w Paryżu, Genewie, Londynie, Brukseli, Nowym Jorku, Toronto, Amiens.

W 1957 mają miejsce dwie jedyne na długi czas wystawy w Polsce: w Muzeum Narodowym w Poznaniu i w TPSP w Krakowie. Potem w dalszym ciągu na jego nazwisku i twórczości ciąży zapis cenzury PRL. Otrzy­muje dwie nagrody emigracyjne: Jurzykowskiego i Godlewskich.

W 1960 Instytut Literacki ogłasza jego zbiór pism o malarstwie pt. „Oko”; prze­kład francuski ukaże się w 1982 w Lozannie. Rok 1974 przyniesie pierw­szą monografię o twórczości malarskiej Czapskiego, pióra Murielle Werner-Gagnebin, pt. „Czapski, La Main et l’espace” w wydawnictwie L’Age d’Homme w Lozannie. Duży zbiór pism o sztuce pt. „Patrząc” ogłosi w 1983 roku wydawnictwo „Znak” w Krakowie. W 1985 na Bienna­le paryskim pokazano 10 obrazów Czapskiego, a w Centre du Dialogue odbył się uroczysty wieczór poświęcony 90 rocznicy urodzin artysty, otwo­rzony przez księdza Zenona Modzelewskiego, a zamknięty przemówie­niem jubilata. Od 6 maja do 28 czerwca trwała wystawa „Czapski. Malarstwo i rysunek” w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, którą to ekspozycję miałem zaszczyt otworzyć. Liczni zebrani ze wzruszeniem wy­słuchali nagrania wypowiedzi Józefa Czapskiego. W 1990 wystawiano jego obrazy w warszawskiej Kordegardzie i w muzeum nowosądeckim. W 1992 Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie mianowała go swoim hono­rowym profesorem. W tymże roku przez trzy miasta Polski, przez trzy Muzea Narodowe (Kraków: marzec i kwiecień, Poznań: maj i czerwiec i Warszawa: lipiec i sierpień) wędrowała wystawa „Józef Czapski. Malar­stwo ze zbiorów szwajcarskich” składająca się ze 178 prac. Trwałą pamiąt­ką tej wystawy pozostanie niezwykle starannie wydany katalog z tekstami Jean-Louis Kuffera i Stanisława Rodzińskiego. Była to ostatnia wystawa, jaka miała miejsce za życia artysty.

Ogarniając jego oeuvre jednym spojrzeniem trzeba podkreślić wszech­stronność zainteresowań. Czapski malował i rysował portrety, krajobrazy, sceny rodzajowe i martwe natury, który wydają się najsilniejszą stroną jego dzieła. Chciał malować morze: „morze to jest kino!”, ale jedynym chyba jego obrazem marynistycznym, bardzo zresztą przez niego ulubionym, jest niewielki olej znajdujący się w zbiorze Władysławostwa Żeleń­skich.

We wspomnieniach Czapskiego powracały dwie zwłaszcza opinie o jego malarstwie: Cybisa i Fiłozofowa, dwóch ludzi, z którymi łączyły go szczególne artystyczne i ludzkie więzy: Cybisowi pokazał Czapski w 1924 autoportret w zieleni i czerwieni (po latach zgrzytał zębami z powodu tylu fałszywych zestawień), który mu się bardzo podobał. Papież kapistów wypowiedział wówczas sąd niezwykle oryginalny:

– Twoje obrazy nigdy nie będą jałowe (to był najgorszy epitet, jakim posługiwali się członkowie Komitetu Paryskiego), bo one są potworne.

Po dziesięciu latach tenże Cybis przez kilka godzin oglądał obrazy Czapskiego i wreszcie powiedział: „Wiesz, mam takie wrażenie, jakby mi się syn urodził”.

Podobny stosunek połączył Czapskiego z Fiłozofowem: „byłem niego jak syn”. „Ojciec” Fiłozofow pocieszał kiedyś Czapskiego: „Jeżeli nie wyjdziesz z tego malarstwa, nie martw się. Jakiś tam bulion z ciebie będzie”, ale po zobaczeniu jego „Rzeźni” stwierdził: „Jesteś malarz”.

W osobowości Czapskiego dominowała strona pogodna i radosna. Do końca powtarzał, że jest bardzo szczęśliwy

Czapski był wierny swemu artystycznemu dziedzictwu, impresjoniz­mowi i postimpresjonizmowi, koloryzmowi, lecz nieobca mu była także ekspresja. Przez wiele lat potępiał abstrakcję: „nigdy nie próbowałem malować abstrakcyjnie. Wydawało mi się to szwindlem. To nie jest szwin­del! Ale dla mnie szwindel!”. Pozostał wierny tematowi, ale nie opowiedzianemu, tylko malarsko przedstawionemu. Tajemnicza iskra przeskakuje wtedy od przedmiotu ku podmiotowi, spojrzenie zamienia się w wizję.

„Czym jest wizja? Pewnym syntetycznym, jedynym widzeniem świata otaczającego. Chwila takiego widzenia spływa na człowieka zawsze nie­oczekiwanie, jak łaska. Czasami bez żadnego przygotowania, bez jakiej­kolwiek jeszcze zdolności wcielenia jej, czasami po wielu latach pracy, jak nagroda zawsze niewspółmierna i nawet niewymierna z włożonym wysiłkiem. Czasami przychodzi ona nieznacznie i ujawnia się powoli i coraz dobitniej w dziele zaczętym bez wizji czy prawie bez wizji”.

Po wielu latach wspominał Czapski Murzynkę na stacji: „Co ta biedna Murzynka była winna temu, że jest dla mnie istotnym, najistotniejszym przeżyciem malarskim. Przeżyciem, które staje się malarstwem (…). Ta moja czarna kobieta, Afrykanka, choć z tymi kolorami, to nigdy nie wia­domo: nie czarna, nie biała, szara. Była samotna w tym tłumie. Nie była biedna, bo miała buty bardzo jakieś takie fikuśne, widocznie miała chore nogi. Miało się wrażenie, że w tłumie tej stacji była sama jak na pustyni. Le probleme de la solitude. Kilku kreskami musiałem to zanotować. Kobieta na stacji”.

Inna wypowiedź Czapskiego, w tej samej rozmowie z Piotrem Kłoczowskim w 1989 brzmi jak komentarz do obrazu „Arab w poczekalni”, choć raczej trzeba by powiedzieć, że jest to tekst równoległy, nie traktują­cy zresztą człowieka jako temat artystyczny:

„To było jedno z takich silniejszych przeżyć. Okropne jest patrzeć tu na tych wszystkich Arabów, którzy do pracy przyjeżdżają. Pamiętam takiego jednego dużego marokańskiego chłopa z dzieckiem 15-letnim, na którego twarzy widziałem desperację. Dziecko, które tam żyje ze zwierzętami, ze wszystkimi dziećmi naokoło, z rodziną i z matką. I jego wyprawiają tu, do Francji, żeby trzy grosze zarobił. Nic nie zapi­sałem, nic nie narysowałem, więc nic z tego nie zostało, ale moim marzeniem było zawsze takie rzeczy robić. Nie, że koniecznie człowiek kulawy czy brzydki, ale że coś wyraża. To nie sentymentalizm, ale wstrząs! Szok przychodzi nie od ciebie. Przychodzi przeważnie wtedy, kiedy ci jest najniewygodniej, kiedy się śpieszysz, jak dwie walizki masz w ręku… Wte­dy naraz pewne formy – czasami związane z człowiekiem – mną wstrząsają”.

Pisarstwo

Rzeczy, tematy, ludzie – tylko widziani – ulegają zapomnieniu. Dla artysty pozostaje to, co związane z formą. Tak samo było w twórczości eseistycznej, pisarskiej Czapskiego:

„To można porównać do mojego pisania. Wszyscy się dziwią, że ja dość dobrze piszę. Nigdy w życiu nikt do mojego pisania nie wkładał nosa, ale ja dobrze piszę tylko wtedy, kiedy muszę pisać”.

Czapski pisał tak jak malował, z takim samym absolutnym skupieniem uwagi: non multa sed multum. Jego pisarstwo miało dzięki temu charakter poetycki. Czapski czuł wagę pojedynczego słowa:

„Słówka czasami dają więcej niż cały tekst. Mój dziennik jest przede wszystkim tyle wart, że ja słówka cytuję, słówka, które mnie dają życie, które są esencją”.

Te „słówka” były dla niego tak samo ważne jak „rysuneczki”, którymi dopełniał tekst swojego dziennika, który liczy ponad dwieście grubachnych tek! Jakiej dyscypliny wymagało prowadzenie takiego diariusza przez tyle lat! Jakaż to jest kopalnia wiadomości, emocji!

Eseistyka Czapskiego nie pełniła funkcji dopełnienia jego dzieła malarskiego. Była postrzegana jako zjawisko mające własną wartość. „Le Monde”, który pożegnał Czapskiego osobnym wspomnieniem na począ­tku lutego, odnotował fakt jego śmierci w tabeli wydarzeń kulturowych, jakie miały miejsce w styczniu 1993, dając po nazwisku informację: „ecriva-in et peintre polonais”, w charakterystycznej kolejności.

Czapski miał liczne powiązania ze światem literackim w Polsce i za granicą. W przedwojennej Warszawie spotykał się z Andrzejewskim, Umińskim, Adolfem Rudnickim, z Gombrowiczem, którego snobizmy go drażniły. W Józefowie mieszkał z Ludwikiem Heringiem, pisarzem w dużej mierze – poza dwiema żydowskimi nowelami – nie zrealizowanym, człowiekiem wielu pograniczy: Niemcem z pochodzenia, protestantem, zamieszkałym w dzielnicy żydowskiej nędzy w Warszawie, który skończył samobójczo. Czapski widział jego „samotność, bezbożność i bunt”; Hering był dla niego tym, czym Soutine w malarstwie. „Hering miał na mnie gorzki wpływ, to on otworzył mnie na grozę życia”.

Czapski – pisarz to Czapski – czytelnik. W 1933 w Zakopanem mie­szkając u Dadajewej, zaczyna pisać o poznanym przez Mereżkowskiego i Fiłozofowa, Rozanowie, mrocznym rosyjskim teologu. Z zamierzonej książki powstał jedynie głęboki, wnikliwy esej, w którym, później rozbu­dowanym, porównał z Rozanowem Mauriaka. Tekst ten stał się przedmo­wą do francuskiego wydania książki Rozanowa „La face sombre du Christ”, wydanej u Gallimarda w 1964 roku, a w języku polskim ukazał się w zbiorze esejów „Patrząc”.

We Francji Czapski zaprzyjaźnił się z Halevym, który podziwiał Degasa, poznał Guehenno, Camusa, Mauriaka (który napisze, że każdy Fran­cuz powinien przeczytać „Na nieludzkiej ziemi”), Nabokowa, Cocteau. Stanowczo przeceniał Malraux, ale zerwał z nim, gdy ten powiedział, że Simone Weil est ratee. Doceniał Valery’ego, ale największą jego literacką miłością, jeśli o francuską literaturę idzie, był Proust. Odkrył go w Londy­nie podczas krótkiej potyfusowej rekonwalescencji, w 1926 roku.

Eseistyka Czapskiego nie pełniła funkcji dopełnienia jego dzieła malarskiego

Było to olśnienie. Czapski przypisywał je faktowi, że sam był wtedy zakochany i wiedział, czym jest cierpienie miłości. „Pojąłem wtedy – opowiadał po latach – straszną miłość Prousta. Beznadziejną. Czytając go kroczyłem po moich ranach. Przeżycie Prousta było związane z moim bólem (…) ten ból (cierpienie miłosne) czy do kobiety, czy do chłopca (…) daje ci odkrycia, które nie mają już nic wspólnego z przedmiotem miłości” – tak jak w malarstwie, chciałoby się dopowiedzieć to zwierzenie. Cierpienie Prousta, cierpienie Swanna. Czapski miał w sercu oceany współczucia, empatii, współodczuwania. Najbardziej przejmującą sceną z „poszukiwań straco­nego czasu” było dla niego przyjście Swanna do Guermantów. Wybierali się właśnie na bal. Księżna już siedziała w karecie. Swann podszedł pro­sząc o chwilę rozmowy. Jest umierający. Powiedzieli mu o tym doktorzy. „Doktorzy głupstwa mówią” – brzmi odpowiedź. Nie ma czasu na roz­mowę, bo się spóźnią. Mąż ją pogania. Ale w chwilę potem każe jej zmie­nić pantofelki, dopasować je do sukni, bo jest jeszcze dużo czasu. Wspomnienie Prousta towarzyszyło Czapskiemu nawet w łagrach sowiec­kich. W Griazowcu wygłosił cykl odczytów o Prouście, które przepisane na przełomie 1942 i 1943 na maszynie z zaginionego dziś rękopisu, ukazy­wały się w wyborach esejów Czapskiego – w języku polskim. Po francusku zaś wyszły w 1987 w Lozannie, w wydawnictwie Noir sur Blanc, pt. „Proust contre la decheance”, ozdobione fotolitami zachowanego planu łych wykładów.

Z poetów wyróżniał Czapski Norwida. Za najważniejszy dla siebie uważał wiersz „Fatum” mówiący o tym, jak człowiek powinien się zachować wobec cierpienia, że powinien „odejrzeć mu”, popatrzeć na nie jak artysta na swój model, wydzierając mu jego tajemnicę. Wyzwolenie z cierpienia – powtarzał z naciskiem – może nastąpić nie przez ucieczkę, zejście mu z drogi, ale przez pogłębienie go. Trzeba spojrzeć w oczy swojemu nieszczęściu.

Drugim wierszem, który wspominał Czapski, był wiersz Hoffmannstala (czy to nie Kot Jeleński zwrócił mu na niego uwagę?), wiersz, do którego nie udało mi się jeszcze dotrzeć. Jest to chyba wiersz o statku, o galerze, na której górnym pokładzie siedzą na złotych krzesłach królowe i Sybille, a pod pokładem wiosłują galernicy. Czapski zapamiętał wers mówiący o ich doli: manche freilich mussen drunten sterben – z tych, co na dole, musi wielu umrzeć. Ci na pokładzie patrzą w gwiazdy i widzą przelatujące ptaki, ci pod pokładem umierają w straszliwym trudzie. Te dwa światy tworzą jednak jeden i ten sam świat. Myślę, że Józef Czapski żył w obu tych światach – był równocześnie na pokładzie i pod pokładem. Zawsze pragnął współodczuwać z ludźmi grozę życia.

Wiara

Czapski chrześcijanin… Pierwsze zetknięcie się z religią – przez matkę – gorliwą katoliczkę. Co sobota prowadziła w Przyłukach modlitwy z białoruską służbą. Śmiała się, że austriackie hrabiny są przekonane, iż będą miały w niebie osobne, uprzywilejowane miejsce. Wzór dobroci, „klasycznej wiary”, święta „eskurialowska” – w tym określeniu Czapski przywołał swoje wspomnienie surowej hiszpańskiej pobożności. Malował ten Eskurial.

Jeszcze przed urodzeniem Józefa ostrzegali ją lekarze, że nie przetrzy­ma następnej ciąży, ale ryzykując życiem urodziła jeszcze troje dzieci. Modliła się, żeby mogła wiele przecierpieć przed śmiercią, by odcierpieć czyściec – swój i najbliższych.

Nie była dobrana temperamentem do męża, który był dość obojętny religijnie, rzeczowy, realistyczny, ale kochał ją bardzo i po jej śmierci dopiero dzieci zmusiły go do ponownego małżeństwa.

Spotkaniem z chrześcijaństwem stały się dla Czapskiego Laski, „Laski – lewica katolicyzmu, nie – endecja”. Siostra Maria, pisarka, z którą przeżył ogromny szmat życia (oskarżał się po jej śmierci, że nie dość jej okazywał czułości…), była głęboko religijna, zawsze, on sam nigdy nie czuł się „dobrym katolikiem”, był na to zbyt pokorny: „Ja byłem zawsze nieuczciwy, jako katolik nie bardzo, jako niedowiarek – nie bardzo… Mnie interesowali moderniści, liczyliśmy, że to będzie poszerzenie katoli­cyzmu”. Analogicznego „otwarcia” prawosławia pragnął także Fiłozo­fow. „W złych okresach, złamany – wyznawał Czapski w 1989 – wracałem do Kościoła”. Nawracał się kilka razy: za pierwszego pobytu w Paryżu naznaczyło go spotkanie z Maritainem; pisał o tym w 1965:

„Po dwóch pierwszych latach, niezmiernie trudnych, gdzie nie mogłem malować, bo nie miałem ani gdzie, ani za co, nagle moje marzenie zostało zrealizowane: pokoik – pracownia i rok materialnie zabezpieczony i wte­dy, właśnie wtedy, odczułem z nieznaną mi zupełnie siłą, poczucie PO CO? Nie miałem dosłownie sił wziąć palety do ręki, ale wtedy to był głód innego wymiaru – mistyki? Dwóch moich ówczesnych przyjaciół poszło do klasztoru. Tylko zupełne obnażenie, zupełne odejście, kontemplacja, najsurowsza klauzura, zdawały mi się jeszcze życiem możliwym, furtką w świat rzeczywisty. Dużą rolę odegrał wtedy w moim życiu Jacques Marita­in, który mi z całym naciskiem twierdził, że nie ma w tym ani śladu powo­łania. Żebym wrócił do życia, do pracy: «Bóg ci daje takie chwile, żebyś całe życie pamiętał, że jest inna rzeczywistości»”.

Spotkanie z Maritainem było jak uderzenie pioruna: „jakby mnie szlag trafił”. Zaczął też doprowadzać do Maritaina swoich kole­gów: Sasza Rzewuski z miejsca nawrócił się i wstąpił do dominikanów; umarł kilka lat temu, jako zakonnik, ale stylowo: w Wenecji. Gorzej po­szło z parą przyjaciół Cocteau i Sachsem. Sachs poszedł nawet do seminarium duchownego, ale potem wystąpił, a jego losy okupacyjne były haniebne.

Zawsze pragnął współodczuwać z ludźmi grozę życia

Po wojnie podobnym religijnym wstrząsem było dla Czapskiego zaznajomienie się z pismami Simone Weil. Nie zapominajmy, że jej teksty oddziałały także na Gombrowicza i Miłosza. Czapski wspominał to w 1989:

„Byłem katolikiem praktykującym i zagadnienia metafizyczne pasjonowały mnie zawsze, zawsze… Ale był w moim życiu okres burzliwy, gdzie religia jakby w kąt poszła. Ale potem właśnie spotkanie z Simone Weil było wielkim szokiem. W jej rewelacje wierzę dziś bardziej niż we wszystko”.

Głęboki chrystianizm Czapskiego… Zrozumienie, miłosierdzie: „Jak­bym zobaczył – mówił do Piotra Kłoczowskiego – że tu kogoś zamordo­wałeś, starałbym się wniknąć, czy ja bym nie zamordował tak samo. Mam dwuznaczność wielką, jakoś staram się każdego zrozumieć, nie umiem sądzić. Tylko bolszewików nie znoszę!”.

Nie bał się śmierci, twierdząc, że wynika to z… braku wyobraźni. Był do końca praktykującym katolikiem. W jego pokoju od czasu do czasu księża pallotyni odprawiali msze święte, w czasie których żegnał się często, jak na Wschodzie. Ksiądz Modzelewski udzielił mu przed śmiercią ostatnich sakramentów.

Józef Czapski zmarł w domu „Kultury” w Maisons-Laffitte 12 stycznia 1993. Nabożeństwo żałobne odprawiono 15 stycznia w kościele parafialnym w Mesnil-le-Roi. Spoczął na miejscowym cmentarzu, gdzie pochowana jest jego siostra Maria i Zygmunt Hertz. Przez pół godziny powiększano grób. Pan Józef mawiał czasem, że jest największym malarzem polskim.

Czarujący człowiek i mistyk

Czapski żołnierz i działacz, malarz i pisarz. Tyle talentów, w naszej rozkochanej w specjalizacji epoce, może być podejrzane. Dał temu wyraz Wacław Zbyszewski, gdy pisał w 1959 w „Kulturze”:

Być może Czapski jest człowiekiem zbyt zdolnym i być może to stanowi jego nieszczęście. Czy można być malarzem i jednocześnie krytykiem malarstwa? Właśnie Czapski jest i jednym, i drugim, i to mnie niekiedy przeraża. Poeta nie może być ani krytykiem, ani eseistą. Być może Czapski powinien przestać pisać, by lepiej malować, albo przestać malować, by lepiej pisać. Być może powinien wybrać: pejzaż, nature morte czy portret, nie próbować sił na wszystkie strony. A może powinien zostać tym, czym jest: czarującym dyletantem, przede wszystkim czarującym człowiekiem, potem dopiero malarzem, krytykiem, eseistą i żołnierzem.

Jeżeli o mnie chodzi, to waham się między sprzecznymi uczuciami. Chciałbym zobaczyć nie małe obrazki Czapskiego, na mój gust przeważnie zbyt pośpieszne, ale jakąś jego nature morte, wazon kwiatów czy stół, czy krzesło, szalenie wypracowaną, wytoczoną, wyszlifowaną, prawie że flamandzką, Van Goes’owską w koronkowym wykonaniu, a jednak śmiałą, impresjonistyczną w fakturze, jakąś bardziej indywidualną, mniej bonnardowską czy soutinowską, jakąś bardziej odrębną. Chciałbym też przeczytać nie jego krótkie szkice, choćby tak bystre jak ten jego o Soutinie, ale wielkie, poważne dzieło o malarstwie u francuskim XX wieku, gdzie by operował i rosyjskim wytrychem, i francuskim lancetem, i niemieckim katalogiem. Jedno wyklucza drugie”.

Otóż nie wyklucza. Nie musi wykluczać. A życie i twórczość Józefa Czapskiego są na to najlepszym dowodem. Spójność nadawała im najgłę­biej pojęta, często nie w konfesyjnym sensie przeżywana, religijność, mi­styka. Nie próbuję wciągnąć Józefa Czapskiego do kapliczki, z pewnością nie był on ani św. Franciszkiem, ani Fra Angelikiem. Ale był mistykiem:

„Jest cały świat mistyki, o którym nie wiem naprawdę nic, bo odszedłem, opuściłem ten świat dla życia w materii, w pracy, w cielesnych miłościach, rozterkach i rozdarciach. Nie chodzi tu o takie czy inne wyobrażenie nie­śmiertelności, nic, nic o tym nie możemy wiedzieć, to inny wymiar, ale chodzi o sekundy przeżyć świadomości, pożywkę jedyną, która daje życie, wtedy właśnie, kiedy opuszczają człowieka siły twórcze, kiedy się odkleja od świata, i jeszcze bardziej świat od niego. Wtedy – nie zamazywać, nie zadeptywać le vide w sobie. Wtedy może przychodzi, może przyjdzie pomoc. Inny widnokrąg, inny wymiar. Ale ty chcesz mieć wszystko naraz i tu, i tam.

Comme si. Trzeba teraz żyć jeszcze comme si. Tak samo, prawie tak samo jak przedtem, ale dla siebie, tajnie – czując, wiedząc, że nie o to chodzi, że jest coś innego, najważniejszego. Ziarno tego w sobie nosić” (1965).

Nigdy nie zdradził tego ziarna. Całe życie pamiętał, że istnieje „inna rzeczywistość”. Dostrzegał ją dzięki szczególnemu skupieniu uwagi na człowieku, na przedmiocie, na tekście, na słowie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jego słuch metafizyczny, wrażliwość teologiczna przy lekturze Rozanowa, Mauriaka. Przydawka metafizyczna, jaką obdarzał tematy malarskie. Intensywność, koncentra­cja, wyrazistość, ale nie drapieżność, co krytykował u Mauriaka.

Kiedy pa­trzę na jego „Żółte gruszki” z 1961, znajdujące się w galerii Plexus, ukazane z taką siłą, tak kategorycznie, myślę, że mogłyby one stanowić oś świata i że na tym polega moralność w sztuce. Kiedyś Czapski cytował Simone Weil: „Uwaga na najwyższym szczeblu jest modlitwą”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/1993. Był rozwinięciem wypowiedzi ks. Pasierba podczas wieczoru poświęconego pamięci Józefa Czapskiego w paryskim Centre du Dialogue, 5 lutego 1993 roku. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.