Jesień 2020, nr 3

Zamów

Karol Wojtyła – czy można przestać być poetą?

Kardynał Karol Wojtyła wraz z ks. Franciszkiem Blachnickim (z prawej) wychodzą na górę Błyszcz k. Tylmanowej. Za nimi idzie ks. Stanisław Dziwisz. 1972 r. Fot. ks. Józef Grygotowicz / Archiwum Główne Ruchu Światło Życie w Lublinie

Był inny, różnił się od kolegów wzrostem, postawą i jakąś osobliwą powagą, a zarazem było w nim coś ludowego. Jego głos brzmiał niesłychanie naturalnie, miał niepowtarzalną barwę. Karol posiadał to, co my dziś w naszym aktorskim żargonie nazywamy wybitną osobowością.

Kiedy metropolita krakowski książę Adam Stefan Sapieha wizytował w roku 1938 Wadowice, w imieniu tamtejszego gimnazjum powitał go piękną mową uczeń klasy maturalnej Karol Wojtyła. Wygłosił ową mowę, oczywiście bez kartki i w dodatku w języku łacińskim. Książę arcybiskup zainteresował się niezwykłym chłopcem i zapytał prefekta gimnazjum ks. Edwarda Zachera, czy ten młody człowiek nie zamierza wstąpić do seminarium. Legenda, którą wielokrotnie słyszałam z ust rodowitych Wadowiczan, głosi, że odpowiedź ks. Zachera brzmiała: „Gdzie tam, Ekscelencjo, jemu tylko teatr w głowie”. W „Kalendarium życia Karola Wojtyły” fakt ten odnotowany jest pod datą 6 maja 1938 roku nieco mniej barwnie: „Książe metropolita zmartwił się odpowiedzią, że wybranym kierunkiem studiów ma być polonistyka”.

Rzeczywiście zaraz po maturze zapisał się na filologię polską Uniwersytetu Jagiellońskiego. Odbył służbę w Junackim Hufcu Pracy przy budowie drogi z Zubrzycy do Krowiarek, o czym z właściwym sobie humorem wizytując jako biskup tamte okolice wspomniał, że pewnie dlatego jest taka zła.

Już 15 października 1938 roku wystąpił na wieczorze autorskim z kilkoma innymi młodymi poetami. Zapewne razem z nimi budował ową drogę, na co wskazuje nawet tytuł tej imprezy poetyckiej: „Drogą topolowy most”. Byłam na tym wieczorze i wtedy właśnie po raz pierwszy zobaczyłam i usłyszałam Karola Wojtyłę. Nie sposób było go nie zapamiętać. Nie tylko dlatego, że był jedynym „nowym”. Inni – Kwiatkowski, Bober, Kałamacki – byli z Krakowa i już w latach gimnazjalnych urządzali takie spotkania autorskie, a ja niejednokrotnie czytałam ich wiersze. Byłam bowiem laureatką Konkursu Recytatorskiego i zapraszano mnie do udziału w tych szkolnych literackich popisach.

Teraz znalazłam się na widowni. Byłam jeszcze w gimnazjum, oni już od dwóch tygodni byli studentami Uniwersytetu. Rozdzieliła nas zatem przepaść pozycji społecznej. Karol Wojtyła był jednak nie tylko „nowy”.

Był inny, bardzo różnił się od kolegów wzrostem, postawą i jakąś osobliwą powagą, a zarazem było w nim coś jakby ludowego. Jednak co najważniejsze, on jeden sam czytał swoje wiersze. Czytał pięknym, ciep­łym głosem, ale nie był to głos szkolony, „postawiony na masce” bezosobowy, dźwięczny głos śpiewaka czy aktora. Jego głos brzmiał niesłychanie naturalnie, miał niepowtarzalną barwę.

Ten sam głos w 40 lat później – zwracam uwagę na datę: wieczór autorski odbywał się 15.10.1938 roku, a więc równo 40 lat później – ten głos usłyszał cały świat najpierw z okna pałacu Watykańskiego. A od tego dnia miał być słyszany i natychmiast rozpoznawany, choć gigantofony czy fale radiowe nieco go zniekształcały. Jednak rozpoznawaliśmy głos papie­ża Jana Pawła II bez względu na to, w jakim języku przemawiał i gdzie.

Jeśli chodzi o wiersze, które wtedy w 1938 roku czytał, to zapamięta­łam tylko ich klimat – wzniosły i związany z krajobrazem Podbeskidzia. Dopiero niedawno, na 75. urodziny Papieża wyszedł w Wydawnictwie Li­terackim tomik młodzieńczych utworów Karola Wojtyły pisanych w cza­sach szkolnych i pierwszych miesiącach studiów. Był to zbiór sonetów oraz hymn „Magnificat”.

Jestem przekonana, że właśnie kilka z tych sonetów czytał Karol na owym wieczorze poetyckim. Dziś znając już te utwory, z perspektywy ponad sześćdziesięciu lat muszę stwierdzić, że były niezwykłe. Nie tylko ze względu na wyjątkową dojrzałość i horyzonty intelektualne 18-letniego autora, ale przede wszystkim ze względu na jakiś bardzo śmiały ton pro­fetyczny, który w młodzieńczym wieku byłby skądinąd zrozumiały. Nikt jednak nie traktowałby go poważnie, gdyby po wielu latach nie po­twierdziła tych wierszy rzeczywistość.

W Sonecie V czytamy:

Polonez przejdzie po drzewach – i pozostanę drżący
i będę odgłosy ostatnie kwiatami po halach zbierał
i u najcichszych źródeł tej duszy hymn wymodlę.
Z najcichszych tonów mszalnych w tęsknotach idąca era.

A w Sonecie XV pisanym wiosną 39 roku mówi:

O weźcie! – weźcie z Wawelu, weźcie z mariackiej kaplicy!
i ten najbardziej przydrożny, najbardziej wowrowy z krzyżów,
z największych bólów ukute, bo Chrystus kul je snycerz –
– w sercach się objawieniem nad padołami zniżył;
Z umiłowania ich wybrał proroków i apostołów
i Dobrą zwierzył Nowinę prostakom, rybitwom, artystom
i dal im znaki mocy orla, człowieka, lwa, wolu –
ty! Ty z sercem płonącym! Tyś Pańskim Ewangelistą.

Podźwignij – o duszo słowiańska – tę Arkę Bożych Objawień –
jasnością synajskich krzyżów spragnioną erę nawiedź!

Jeden z cenionych krakowskich filozofów i kaznodziei powiedział niedawno, że „tylko papież poeta mógł wymyślić taki pomysł na obchody roku 2000 – spotkanie trzech monoteistycznych z Dekalogu wywodzą­ce h się religii na górze Synaj”.

Ten Papież, ten poeta wymyślił to mając dziewiętnaście lat, tak właś­nie kończy się cytowany przeze mnie Sonet XV!

W liście z 7.10.1940 roku tak pisał Karol Wojtyła do przyjaciela Mieczysława Kotlarczyka o swoim poetyckim powołaniu: „Co się tyczy tego płomie­nia, co się we mnie zaczął to sądzę, że zależy on jak najściślej od działania siły wyższej. Nie jest to, tak czuję, rzemiosło albo jakiś zryw. Nie chcę wprost powiedzieć – działanie łaski. Zresztą wszystko, wszystko może być działa­niem łaski trzeba tylko z nią umieć, a nade wszystko chcieć współpracować”.

Nie mogę się oprzeć pragnieniu zacytowania jeszcze przynajmniej dwóch strof z młodzieńczego hymnu „Magnificat” stanowiącego zamknięcie „Księgi słowiańskiej” – taki bowiem tytuł nosi cały zbiór siedemnastu sonetów.

Chodzę po twych gościńcach – słowiański trubadur –
przy sobótkach gram, pasterzom wśród owiec,
ale pieśń rozmodloną, pieśń wielką jak padół
rzucam przed tron dębowy Jedynemu Tobie!
Błogosławionaś pieśni pomiędzy pieśniami!
Błogosławione siejby mej duszy i światła!
Uwielbiaj – duszo moja – Tego, co aksamit
na moje rzucił barki i władczy atłas.

Nie mnie rozstrzygać, o jaki aksamit i o jakie władztwo chodziło Auto­rowi — o kostium na scenie, o królewskie role w sztukach teatralnych? Przeczy temu następna strofa:

Błogosławiony świątkarz Słowianin i prorok
Bądź mi miłościw, śpiewam jak natchniony celnik
Uwielbiaj duszo moja pieśnią i pokorą Pana
i niechaj będzie hymn nieskazitelny.

Sięgnęłam zupełnie świadomie do tych młodzieńczych wierszy, bo pisał je chłopiec, który uważał się za artystę, który zamierzał służyć Panu przez sztukę, także aktorską. W Krakowie zapisał się do Konfraterni Teatralnej. Był to rodzaj studia aktorskiego, do którego mogli należeć studenci wyższych uczelni Krakowa.

Karol Wojtyła zawsze nosił w sobie tę wielką energię, która uzewnętrzniała się w różnorakim działaniu

Studio to przygotowało piękny spektakl poetycki, sztukę Mariana Niżyńskiego, opartą na legendzie o Panu Twardowskim pt. „Kawaler księżycowy”. Wystawiono ją w czerwcu 1939 roku na renesansowym dziedzińcu Kolegium Nowodworskiego przy ul. Św. Anny z okazji Dni Kra­kowa.

Wtedy to po raz pierwszy oglądałam Karola Wojtyłę – aktora. Grał niewielką rolę jednego ze znaków zodiaku – Byka. Był natychmiast zauwa­żalny i nie dlatego, że właśnie dowcipnym tekstem Byka zaczynało się przedstawienie, ale dlatego, że Karol posiadał to, co my dziś nazywamy w naszym zawodowym aktorskim żargonie wybitną osobowością. Każde jego pojawienie się na scenie nie mogło ujść uwagi widowni. Nie widziałam go nigdy występującego w latach szkolnych w Wadowicach, wiem, że grał Hąjmona w „Antygonie”, Kirkora w „Balladynie”, Gucia w „Ślubach panieńskich”, a także tytułową rolę w „Zygmuncie Auguście”.

W Wadowicach grał także Kordiana. Nie wymienia tej roli „kalendarium” jego życia, ale mówiła mi o tym wadowiczanka, Halina Kwiat­kowska, która grywała z nim. Podkreślam tu sprawę Kordiana, bo w roku 1986 z okazji 200. rocznicy zdobycia Mont Blanc papież Jan Paweł II wy­brał się w Alpy, żeby spod tego najwyższego szczytu Europy wygłosić apel o pokój i zjednoczenie narodów naszego kontynentu. Można sądzić, że właśnie dzięki artystycznym zamiłowaniom wychowanego na polskiej li­teraturze i tak ściśle, osobiście z polskim dramatem romantycznym związanego Papieża, przyszedł ten pomysł, żeby z miejsca tak zwanej „Improwizacji na Mont Blanc” Kordiana ów apel do narodów Europy wygłosić.

Mówi bohater utworu Juliusza Słowackiego, który według wska­zań poety stoi na najwyższej igle góry Mont Blanc: „Tu szczyt… lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną. Spojrzę… Ach! pod stopami niebo i nad głową Niebo… (…) słuchajmy… o te lody się ociera Modlitwa ludz­ka, po tych lodach droga Myślom płynącym do Boga. (…) O, gdyby tak się wedrzeć na umysłów górę, Gdyby stanąć na ludzkich myśli piramidzie I przebić czołem przesądów chmurę, I być najwyższą myślą wcieloną… (…) Mogęż silą uczucia serce moje nalać, Aby się czuciem na tłumy rozciekło I przepełniło serca nad brzegi, I popłynęło rzeką pod trony – obalać? (…) Mogę – więc pójdę! ludy zawołam! obudzę! (…) Nieście mię chmury! nieście wiatry! nieście ptacy! (…) CHMURA: Siadaj w mgłę – niosęć… Oto Polska – działaj teraz!…”. Kordian rzucając się na ziemię z wyciągniętymi rękoma woła: „Polacy!!!”.

Te słowa romantycznego bohatera, szukającego drogi wyzwolenia dla swojego narodu, wypowiadał kiedyś na wadowickiej scenie kilkunastoletni gimnazjalista. Papież Jan Paweł II patrząc na szczyty Mont Blanc i przeciwległego Mont Chetive swoimi słowami przemawiał do narodów Europy. Już dawno wzniósł się ponad rozterki młodego Kordiana. Teraz, 7 września 1986 roku, przemawiał jako duchowy przywódca Kościoła Powszechnego, najwyższy autorytet moralny dla wszystkich ludzi dobrej woli, szukających dróg poprawienia losu świata w naszym jakże trudnym stuleciu. W pełnej dostojeństwa scenerii tych potężnych szczytów pokrytych nieskalaną bielą śniegu, mówił Ojciec Święty:

„Myśl wznosi się spontanicznie ku Temu, który jest Stwórcą owych wspaniałości. Od wieku po wiek jest Bogiem. Oczy są nieznużone w zachwycie, serce wzlatuje wyżej. W duszy rozbrzmiewają słowa liturgii Sursum Corda!, które są zachętą do tego, by wznosić się ku nieprzemijającym rzeczywistościom poza granice czasu, ku przyszłemu życiu. Dlatego, z wysokości tego alpejskiego proscenium, z którego można ogarnąć trzy różne kraje, ponawiam mój apel do Europy o to, by porzuciwszy anachroniczne napięcia odkryła podstawy swojej jedności i odnalazła te wartości, które na przestrzeni dziejów nadawały wielkość jej historii. Wzywamy Stworzyciela Nieba i Ziemi, aby dał wam silę nadziei i żar miłości. Niech Dziewica Maryja wstawi się za wami!”.

Wracam do mojej opowieści. W cytowanym już liście do Kotlarczyka z 1940 roku pisał Karol Wojtyła o sobie i swojej poezji: „Widzisz – ja się w tych wierszach uczę mówić, zanim zacznę rozmawiać”.

Potrzeba własnej wypowiedzi poetyckiej nie opuszczała go, choć podjął decyzję o zasadniczej zmianie swej drogi i rozpoczął w roku 1942 studia teologiczne. Nie przerwał też od razu współpracy z zespołem podziemnego teatru. Teatr ten tworzył jeden z jego bliskich, chyba najbliższy przyjaciel z Wadowic, dr Mieczysław Kotlarczyk. Znalazł się on w Krakowie w 1941 roku, uciekłszy przed aresztowaniem.

Właśnie w grupie młodzieży jakby pozostałej po przedwojennej Konfraterni Teatralnej spotkaliśmy się już rok wcześniej. Karol pracował wtedy jako robotnik w kamieniołomie, ja zarabiałam na życie jako maszynistka. Kotlarczyk przyszedł do nas i w ścisłym porozumieniu z Karolem zaproponował teatr nazwany później „Rapsodycznym”.

Teatr ten różnił się tak pod względem formy, jak i re­pertuaru od wszystkich innych, działających również w okupacyjnym podziemiu. Jak wiadomo – wszystkie poważne polskie teatry były za­mknięte. Tej inności Teatru Rapsodycznego nie rozumieją na ogół zwłaszcza dziennikarze, usiłujący wydobyć ode mnie informacje, jakim aktorem był Karol Wojtyła, jakie role lubił grać, i tym podobne. W naszym teatrze nie grało się ról, pozostawaliśmy z sobą i mówiliśmy, oczywiście możliwie najlepiej, najprawdziwiej, najpiękniej, wspaniałe teksty wielkich poetów.

To był czas wojny, czas walki – o wolność, o prawdę, czas wiary w lepszą, sprawiedliwą przyszłość. Stąd w repertuarze tylko najwybitniej­sze dzieła: Słowackiego „Król Duch”, „Beniowski”, „Samuel Zborowski”, Mickiewicza „Pan Tadeusz”, Norwid, Wyspiański, hymny Kasprowicza.

Forma – ascetyczna, recytacja – bez gestów, minimalne zmiany sy­tuacji, co najwyżej lekki znaczący ruch głowy, czasem wyciągnięcie ręki. Tekst podzielony nie na role, ale na głosy – solowe i chóralne, zgodnie z logiką problematyki tekstu. Napięcie dramatyczne wynikało z sensu, nie z ruchu postaci. Nazwano ten styl wtedy – teatrem wnętrza. Rozgry­wał się on bowiem poprzez słowo aktora w wyobraźni, we wnętrzu widza.

Tak, Karol Wojtyła był bardzo utalentowanym aktorem. Posiadał in­stynkt, inteligencję i intuicję. Czy to, czego uczyliśmy się w Teatrze Rap­sodycznym zaowocowało w jakiś sposób, pomogło mu w jego późniejszej pracy duszpasterskiej? Oczywiście – tak.

Myślę, że wszystko, co robimy w życiu, nie pozostaje bez wpływu na dalszy jego kształt, czasem przez adaptację, czasem przez sprzeciw. Karol Wojtyła zawsze nosił w sobie tę wielką energię, która uzewnętrzniała się w różnorakim działaniu, także – a może głównie – przez słowo, mówio­ne i pisane. Oraz w kontaktach z ludźmi. Te kontakty, wiemy to wszyscy, są w jego wypadku czymś zupełnie szczególnym.

Poetyckie medytacje kleryka, księdza, biskupa, kardynała Wojtyły przerodziły się w prostą i jasną rozmowę Jana Pawła ze światem

„Promieniowanie ojco­stwa” – to tytuł jednego z jego dramatów, ale można chyba powiedzieć, że „promieniowanie ojcostwa” stanowi szczególny charyzmat tego kapła­na, jest w nim szczególny dar postrzegania w każdym człowieku Osoby, czyli kogoś osobnego, indywidualnego. Czy jest to małe dziecko, czy chory na wózku inwalidzkim, czy dobry bliski znajomy, a także nieznajomy, jak ta zapłakana dziewczyna z Sudanu, która na jasnogórskim spotkaniu z młodzieżą rzuciła się Ojcu Świętemu na szyję, ku przerażeniu kompanii ochroniarzy. Czy był kiedykolwiek papież, który umiałby z zupełną swo­bodą założyć na głowę indiański pióropusz!? Umiałby żartobliwie wyko­rzystać przypadkowe kichnięcie do wywołania entuzjazmu dla idei ekumenicznego zjednoczenia. Albo tańczyć w rozśpiewanym kręgu młodzieży, być może należącej do różnych wyznań i różnych narodowości, jak to było na niezwykle żywiołowym spotkaniu w Sydney, co miałam szczęście oglądać na żywo w telewizji w roku 1986 w Australii.

Ten dar oczywiście nie ma nic wspólnego z rzemiosłem czy zawodem aktorskim. To jest niezwykła cecha osobowości, zdolność na poziomie geniuszu realizowania w życiu podstawowego nakazu miłości bliźniego i miłości Boga w każdym bliźnim. Zarazem jest to najwyższy wyraz istoty artyzmu. Ulubiony poeta Jana Pawła – Norwid dobitnie to sformułował: „Kształtem miłości piękno jest”.

Chociaż w obrzędach liturgicznych odnajdujemy elementy widowiska, to działalność Papieża, jego służba przy ołtarzu, jego rozmowy z ludźmi nie mają nic wspólnego z aktorstwem. Jan Paweł II, odkąd objął Stolicę Piotrową, nie pisze już wierszy. Czy przestał być poetą?

Być poetą to widzieć świat jako całość i szczegółowo zarazem. Szczegół mówi o całości, całość pozwala rozumieć szczegół. Poeta dostrzega to, czego inni nie widzą. Szuka wyrazu dla tego, co niewyrażalne. I nie przestaje myśleć o tym, co najbliższe bez odniesienia tego najbliższego do horyzontu nieogarnionego wzrokiem ludzkim. Poetyckie medytacje obejmujące coraz szerszy krąg duchowości kleryka, księdza, biskupa, kardynała Wojtyły przerodziły się w prostą i jasną rozmowę Jana Pawła ze światem, tak właśnie jak sam rozumiał swoje pisarstwo w latach młodości.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Na zakończenie raz jeszcze wrócę do Hymnu „Magnificat” z wiosny roku 1939.

Uwielbiaj duszo moja, imię Pana twego,
Ojca wielkiej poezji, tak bardzo dobrego,
Niech cię uwielbi szczęście, wielka tajemnica,
Żeś mi tak pierś rozszerzył pierworodnym śpiewem,
Żeś pozwolił w błękicie utonąć mym licom,
Żeś na struny me zesłał melodii ulewę,
Żeś w melodii tej zjawił się wizją – Chrystusem.
Popatrz wprzód, Słowianinie, sobótczane światła,
Nie opadł z liści święty dąb, król Twój nie usechł,
Ale się stal jak ludu władyka, i kapłan.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/1999.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.