Lato 2021, nr 2

Zamów

Bohatyrowicze 2.0

Uczestnicy Marszu Niepodległości w 2015 r. Fot. Piotr Drabik/Flickr

Co się stało z potomkami Bohatyrowiczów z „Nad Niemnem”. Przemaszerowali przez późniejsze nasze dzieje, a teraz ich rysy dostrzegłam w twarzach młodych ludzi idących w listopadowych marszach niepodległości, a potem w twarzach ich politycznych przedstawicieli.

Przypomnijmy: Bohatyrowicze to schłopiały szlachecki ród, z którego wywodził się Janek – jeden z głównych bohaterów „Nad Niemnem”. Ród taki, który między pańskim dworem a chłopską wsią zamieszkiwał swoją, jak to zwał, okolicę. Tak charakteryzowała go autorka powieści:

„Był to lud, ale lud, który nigdy nie podpierał strasznego gmachu przymusowej pracy ani twarzami w pył nie upadał pod piekielną obelgą chłosty. […] Był to lud […] z grubą skórą na twarzach i rękach, ale z gładkimi i prostymi plecy, wielką siłą ramion i okiem, które acz na ciasne widnokręgi, patrzyło śmiało i bystro”.

Słowem: ani niewolnik, ani butny pan. Od zawsze posiadający „głos wolny wolność ubezpieczający” (który, bywało, spieniężał w dawniejszych czasach na sejmach i sejmikach). Lud pełen sprzeczności – znający swą wartość i zakompleksiony, wielkoduszny i zapiekły w sporach, honorny i pokorny. I posiadający kłopoty z tożsamością. Ani pan, ani cham – albo i jedno, i drugie. Taki jak w Panu Tadeuszu – wcześniejszym portrecie literackim: „Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach, / Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach, / I żną zboże, a nawet przędą w rękawiczkach”. Ich szlachectwo to nie był fakt, tylko stan świadomości.

Za to byli najpatriotyczniejsi. Żyjący pośród chłopstwa mówiącego zwykle innym – litewskim, ruskim czy ukraińskim – językiem i określającego się często mianem „tutejsi”, byli zawsze Polakami wiernymi swej rodzonej ziemi. Odróżniali się też jednak od „panów”, którzy, jak to mówił powieściowy Anzelm Bohatyrowicz: „za granicami przemieszkują, różne zabawy i rozkosze mają! A dla nas co? Dla nas ani Paryżów, ani honorów, ani pięknych muzyczek, ani wesołych ansamblów nie ma. Gniazdo nasze – wszystko nasze”.

Orzeszkowa nie ukrywała swej wielkiej sympatii dla nich. „Ta nasza szlachta zagrodowa przedstawia grupę społeczną, którą opisując, bardzo łatwo jest wpaść w sielankę” – pisała w liście do W. Borotyńskiego w listopadzie 1886 roku, czyli w momencie, gdy powstawało „Nad Niemnem”:

„Główny to szkopuł, stąd pochodzący, że jak się o tym po bardzo bliskim poznaniu jej przekonałam, prowadzi ona życie nie do uwierzenia prawie czyste i niewinne, a pomimo częściowej swej umysłowej ciemnoty posiada największą sumę cnót, jaką kiedykolwiek i gdziekolwiek spotkałam. Najzdrowsza to pewnie i najobyczajniejsza część społeczeństwa naszego”.

I oto ja dziś, pochylając się ponownie nad tą XIX-wieczną historią i jej pełnym optymizmu zakończeniem, rozmyślać zaczęłam o tych, którzy zrodzeni zostali już poza kartami powieści Orzeszkowej, ze szczęśliwego związku Janka z Justyną, tworząc kolejne pokolenia Bohatyrowiczów. Przemaszerowali oni bowiem przez późniejsze nasze dzieje, a teraz ich rysy dostrzegłam w twarzach młodych ludzi idących w listopadowych marszach niepodległości, a potem w twarzach ich politycznych przedstawicieli, artykułujących w sejmie Rzeczypospolitej, jak w księdze siódmej „Pana Tadeusza”, „wolę ludu”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

I postanowiłam stworzyć sobie ich domniemaną genealogię.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, jesień 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, jesień 2017
Kwartalnik „Więź”, jesień 2017: Polityka społeczna po 500+

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.