Zima 2020, nr 4

Zamów

Parandowski: Zamiast książki niebo czytać

Jan Parandowski. Fot. Archiwum Fotograficzne Edwarda Hartwiga

Ilekroć Greków odczyta się na nowo, ich prostota odrzuca między rupiecie tysiące stronic napisanych w ciągu następnych wieków – notował Jan Parandowski w zapiskach, które ukazały się w „Więzi”.

Zawiesiłem nad biurkiem dobrą reprodukcję popiersia Homera z muzeum neapolitańskiego. Ten marmur jest mi bliski przez wspomnienie sięgające mojego pierwszego pobytu w Neapolu, na wiosnę 1914 roku. Do niego przyłącza się drugie, o dwanaście lat późniejsze, gdy stałem przed biustem Poety z Ireną i zwierzałem się jej z mojego przywiązania do imaginacyjnego portretu człowieka, który okrywszy nieśmiertelną chwałą język, naród i kraj ojczysty, znikł, tak że powątpiewano o jego rzeczywistym istnieniu. (…)

Często nawiedza mnie sen. Oto jestem na wyspie Chios (nigdy tam nie byłem) i wiedziony przeczuciem odnajduję w jakimś pustkowiu grób Homera z napisem. Ten sen urzeczywistnia, jeśli się tak można wyrazić, nieodstępne pragnienie, by archeologia odkryła nam tę najdroższą pamiątkę naszej cywilizacji. (15.12.1966)

Ilekroć Greków odczyta się na nowo, prostota, jasność, zwięzłość odrzuca między rupiecie tysiące stronic napisanych z huczną retoryką w ciągu następnych wieków. (13.01.1967)

Kto się zajmował archeologią, nie przejdzie obojętnie koło napisów na murach domów, na ławkach ogrodowych, parkanach, i zamiast się oburzać na ich nieprzyzwoitość widzi w nich potomstwo wszystkich niefrasobliwych graffiti, jakie zbiera i bada epigrafika. Pompeje panują tu z największą chwałą. Dzień powszedni sprzed dwudziestu wieków odzywa się tak, jak dziś, mówiąc o narządach i stosunkach płciowych roznosi uwłaczające sąsiadom plotki w języku potocznym, pełnym błędów w wymowie i ortografii, co jest skarbem dla badaczy fonetyki, gramatyki, dialektów.

Nie wiedzą o tym, ani się tego domyślają łobuzy obrzucający miejsca publiczne bezwstydnymi żartami i słowami, które szanujące się książki wykropkowują. (14.02.1967)

Nie można powiedzieć, by wyobraźnia ludzka okazała się szczególnie twórcza i płodna w marzeniach o raju. Najczęściej przenosi w życie wieczne to, co cieszy człowieka w życiu doczesnym: beztroska, obfitość jadła i napoju, uciechy cielesne, niezmącona wiosna, uroda, bezpieczeństwo. Są wprawdzie plemiona wojownicze, które nie wyobrażają sobie szczęścia bez walki, ale na ogół człowiek chce za grobem rozstać się z wojną, z klęską czy z krwawo okupionym triumfem.

Jeśli się dobrze przyjrzeć tym marzeniom, widzi się w nich ludzi biednych, głodnych, którzy pragną dostąpić wiekuistego dostatku bez pracy i mozołu. Ten sen o dobrobycie nie wygasa nawet w wiekach wysokiej kultury; Wyspa Błogosławionych u Lukianosa jest tego przykładem. Sokrates rozważał dwie możliwości: albo będzie głęboki sen, niczym nie zakłócony, albo będą Pola Elizejskie, gdzie można spotkać ludzi mądrych i ciekawych z dawnych wieków i prowadzić z nimi nieskończone rozmowy. (…)

Życiu pozagrobowemu nie udało się oderwać od biednej rzeczywistości ziemskiej. Wszystko, co miało ją zastąpić na tamtym świecie, wydawało się czcze w porównaniu z jej konkretem. W niczym nie przejawia się tak nieodstępne przywiązanie do ziemi, jej ukochanie, jak w tych nieporadnych wizjach szczęśliwości wiecznej. To z tych uczuć, z niemożliwości rozstania się z ziemią wyrosła wiara w metempsychozę, w cykl powrotu duszy w coraz innych wcieleniach. (9.03.1967)

Wyobraźnia przenosi w życie wieczne to, co cieszy człowieka w doczesności

Jest wieczór pogodny, cichy, Siedziałem długo na balkonie, rozmyślając, którą z rzeczy zaczętych będę pisał dalej i oto, zamiast decyzji, owładnął mną smutek i niepokój, natrętni, dokuczliwi towarzysze. Skąd przychodzą i co ich sprowadza? Może właśnie brak systematycznej, wytrwałej pracy, a może to, co tkwi we mnie podświadomie, majaczy na chwilę jakimś obrazem i ciągnie ku sobie, jak owo przywidzenie z niedawnej nocy. (17.07.1967)

Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Zawsze to zdarzenie tak zwyczajne, witamy jak uroczą niespodziankę. Wstają w nas wszystkie podobne dni od dzieciństwa i ono w tej panoramie czasu jest istotnym przewodnikiem uczuć i nastrojów. Dziecko, które w nas żyje pamięcią i tysiącem odruchów świadomych lub nieświadomych, co rok na widok białych płatków i zawiązujących się wśród drzew okiści podnosi serce radością i niecierpliwym oczekiwaniem chwili, kiedy wybiegnie na skwer i zmiesza się z tą gromadką, co już zdążyła uzbroić się w kule śnieżne i zaczyna walkę. (29.11.1967)

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Zamiast książki niebo czytać – w chmurach, w czerwonych pasmach zachodu, w pierwszych gwiazdach. (12.1968)

Słowa podbiegają do mnie – oderwane, luźne, jakby się chciały pobawić moją wyobraźnią. Tak dziś nad ranem zawitało: „skąd”. Wirowało mi w głowie, to przebierając się za tytuły książki, dramatu, noweli, to jako pierwszy wyraz czegoś, co po towarzyszącym mu znaku zapytania miało się potoczyć dalej rozmową czy opisem. I rzeczywiście, zacząłem tę zwinną sylabę podglądać, jak się narodziła, jak się zmieniała. Odnalazłem jej ojca czy matkę – „kędy”, i przez podobieństwo tego dźwięku (a może to rodowód?) dotarłem do łacińskiego unde, i tu już otoczyła mnie chmura. Jestem pewny, bo znam swoje zwyczaje, że w niejedną noc będę usiłował przeniknąć mrok, w którym się tłoczą słowa, gotowe ruszyć na poszukiwanie swoich języków. A może jednak zakiełkuje owo „skąd” i obrodzi utworem, jaki się we mnie gdzieś lęgnie. (09.1969)

Fragmenty tekstu „Z dziennika” Jana Parandowskiego, który ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/1971.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.