Jesień 2020, nr 3

Zamów

Rozmontowywanie pozycji zagranicznej Polski

Prezydenci Polski i Francji Andrzej Duda i Emmanuel Macron 25 maja w Brukseli. Fot. Andrzej Hrechorowicz / KPRP

Dzięki uczestnictwu w europejskim projekcie każdy kraj może mieć udział w potencjalnej mocarstwowości Europy. Pod warunkiem, że ten projekt będzie trwał.

To przede wszystkim mocarstwa nadal rządzą światem, a najważniejszym z nich pozostają na razie Stany Zjednoczone. Samo pojęcie mocarstwowości uległo jednak istotnej ewolucji – zwłaszcza w Europie poszukującej niezbyt udolnie wspólnego statusu mocarstwa, w ramach którego szczególnie ważna rola przypada Niemcom, a zaraz potem Francji (skoro Wielka Brytania zdezerterowała tchórzliwie z geopolitycznego pola bitwy o wspólny europejski sukces polityczny i gospodarczy). Ale nawet Niemcy nie mają dziś szansy na status mocarstwa bez reszty Europy.

Dzięki temu każdy kraj uczestniczący w europejskim projekcie może mieć udział w potencjalnej mocarstwowości Europy, pod warunkiem że ten projekt będzie nie tylko trwał, ale również zmierzał ku coraz głębszej integracji kontynentu. Pouczającym przykładem historycznym jest Szwajcaria – konfederacja bardzo różniących się od siebie kraików, które właśnie dlatego, że przed wiekami zawarły ścisły sojusz, zyskały szansę na skuteczną wspólną obronę swych partykularnych kulturowych i religijnych tożsamości przed agresywnymi zakusami potężniejszych sąsiadów. Dzięki tej idei i jej sprytnemu wykorzystaniu mała Szwajcaria jest dziś być może najbardziej suwerennym krajem Europy, a każdy z jej 26 kantonów zachowuje własną tożsamość. Suwerenność jest wspólna, bo żadne z państw-kantonów (nawet Berno) nie aspiruje do statusu regionalnego mocarstwa na małym helweckim podwórku.

Mocarstwowość, za którą idzie racjonalna nadzieja na gwarancję bezpieczeństwa, zależy dziś od współpracy. Nawet Stany Zjednoczone swą mocarstwowość umniejszą, jeśli Donald Trump machnie ręką na europejskich sojuszników. Tym bardziej dotyczy to tak skromniutkich potęg jak Polska, której nic nie pomoże stanięcie na czele grupy jeszcze skromniejszych potęg w Europie Środkowo-Wschodniej w celu stawienia czoła nieco tylko większym potęgom, niemieckiej i francuskiej. Dlatego właśnie tak niemądra i niebezpieczna, a niekiedy nawet komiczna jest polityka zagraniczna prowadzona w Europie przez obecny polski rząd, nawiązująca do niechlubnej tradycji pogarszania sytuacji Polski na własne życzenie w imię „złotej wolności”, honoru i narodowej dumy.

Międzymorze – tak, ale…

Poprzednicy PiS u steru rządów w Polsce nie byli orłami polityki, ani nawet geopolityki. Ich też kusiła idea pychy cudownego kraju sukcesu, zielonej wyspy, gdzie z kranów płynie wyłącznie ciepła woda, w przeciwieństwie do innych krain, gdzie z kranów tryska tylko woda zimna. Z powodu tej błędnej narracji przegrali wybory. Bo do ich wygrania nie mogło wystarczyć podbijanie bębenka narodowej dumy hucznymi obchodami dwudziestopięciolecia „naszej wolności”, która jakoby przyniosła wolność całej Europie.

Tamci zachowali jednak marne resztki pokory i wiedzieli, że – zwłaszcza wobec narastających zagrożeń, nie tylko zresztą ze strony agresywnej Rosji, ale również innych destabilizujących się regionów świata – jedyną szansą ratunku dla Polski jest zacieśnianie współpracy z sojusznikami, z którymi jest nam po drodze z oczywistych względów. Nawet za cenę takich czy innych kompromisów, które przy współpracy narodów są zawsze koniecznością.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości rozmontowuje natomiast nie tylko sojusz Polski z zachodnim światem, ale również przyczynia się na scenie europejskiej do rozmontowywania projektu europejskiej integracji. To jest właśnie ów chocholi taniec z „Wesela” Wyspiańskiego. To pogarszanie sytuacji polskiego państwa.

Idea Międzymorza – ściślejszych więzów z krajami, których losy w XX wieku były podobne do naszych losów – nie jest bez sensu, bo ich głos powinien być w Europie bardziej słuchany. Ćwierć wieku temu zostały po prostu przyłączone do Zachodu, a to jeszcze nie oznacza zjednoczenia, bo ich doświadczenie do dziś nie zostało w pełni zrozumiane przez zachodnich partnerów i włączone do wspólnej europejskiej świadomości historycznej. Ale musi być jasne, że kraje te przemawiają razem w ramach jednoczącej się wspólnej Europy, a nie przeciwko procesowi jej jednoczenia.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Warunkiem powodzenia projektu Międzymorza jest też rezygnacja przez Polskę z aspiracji do przywódczej roli mocarstwa regionalnego. Czesi i Węgrzy po prostu się z tego śmieją po kątach, a Viktor Orbán zasugerował na Forum w Krynicy pół żartem, pół serio, że nie wszystkie konie będzie kradł z polskimi bratankami, a tylko te, których grabież będzie zgodna z węgierskim interesem. Bałtowie, Bułgarzy i Słowacy korzystają z okazji do milczenia, a Rumuni dyskretnie wzruszają ramionami.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, lato 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, lato 2017
Kwartalnik „Więź”, lato 2017: Ojczyzna europejska

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.