Jesień 2022, nr 3

Zamów

Myśli twoje śnić zaczynam. Nowa powieść Jerzego Sosnowskiego

Dworzec Centralny w latach 70. Fot. Wikipedia / Domena publiczna

„Fafarułej” może uchodzić za powieść osobną w dorobku Jerzego Sosnowskiego. Ale wierni fani pisarza znajdą w niej charakterystyczne cechy jego twórczości. 

Nowa powieść Jerzego Sosnowskiego mówi o potrzebie wiary i drodze, jaką należy przejść, aby przy zachowaniu dziecięcej wrażliwości umieć odnaleźć prawdziwy cud, który w dorosłym życiu niezwykle łatwo zgubić. Chociaż może się mylę – mogę, bo przecież wszystko wydarzyło się tak bardzo dawno temu.

Może uchodzić „Fafarułej” za powieść osobną w dorobku pisarza. Pozycję trudną, bo wymagającą od czytelnika maksymalnego skupienia, aby poznając pozornie błahe historie zatopione w banalnej codzienności gierkowskiej Polski, nie przegapił momentów ważnych, dla samego bohatera najważniejszych. Nie jest natomiast nowa książka Jerzego Sosnowskiego rzeczą zaskakującą jego wiernych czytelników, ponieważ w dalszym ciągu trzyma się pisarz swoich ulubionych literackich zabiegów i trików, wpisując „Fafarułej” w charakterystyczny dla swojej twórczości schemat.

W banalnej codzienności gierkowskiej Polski bohater „Fafarułej” przeżywa drobne zderzenia z tajemnicą

Cud, czy raczej potrzeba cudu, która wyrwie bohatera z szarej rzeczywistości zagonionej Warszawy, to motyw pojawiający się w twórczości pisarza od debiutu, czyli „Apokryfu Agłai” (2001), gdzie bohater – zdolny pianista – zakochuje się nieszczęśliwie, co prowadzi do przerwania jego muzycznej kariery, w którą wierzy jego toksyczna matka. W „Prądzie zatokowym” (2003) redaktor telewizyjnego programu o zjawiskach paranormalnych trafia na trop kobiety, która przed laty przewidziała przyszłość Polski, zaś w „Instalacji Idziego” (2009) dziennikarz poznaje dorosłego syna, który podobno posiada nadprzyrodzone zdolności (narrator uprzedza, że jest to historia, w którą czytelnik nie uwierzy). W jednej z ostatnich powieści, „Spotkamy się w Honolulu” (2014), cudem wyrywającym bohatera z codziennej rutyny jest miłość wykraczająca poza ramy „zwyczajnego” uczucia.

A jak rzecz ma się w nowej książce? Jarek Wolski przeżywa pierwsze zauroczenia. Jest druga połowa lat siedemdziesiątych w gierkowskiej Polsce, która na kilka lat iluzorycznie otworzyła się na Zachód, ale kto mógł wtedy wiedzieć, że chodzi tylko o iluzję wolności, a co dopiero nastolatek, dla którego liczyła się piłkarska reprezentacja Holandii, płyty Abby, szkolne dyskoteki, sklep muzyczny i lektury książek fantastyczno-naukowych. Z czasem, jak to w życiu, młodzieńcze fascynacje muszą ustąpić miejsca tym bardziej ambitnym i poważniejszym, więc pojawiają się płyty SBB, muzyka Karola Szymanowskiego, dramaty Witkacego, „Gra w klasy” Cortazara, spektakle Adama Hanuszkiewicza w warszawskim Teatrze Narodowym, filozoficzne rozmowy z rówieśnikami w stworzonym przez przyjaciół klubie dyskusyjnym „Ponad”… Ot, przygody nastolatka, który głodny poznania tajemnic świata przechodzi kolejne kręgi intelektualnego wtajemniczenia, wierząc, że stanowi to drogę do czegoś więcej.

W pewnym momencie w tym kalejdoskopie młodzieńczych doświadczeń Wolskiego (polityka jest tutaj sprowadzona do koniecznego minimum) pojawia się potrzeba tajemnicy, bo to w życiu dorastającego dziecka jest znacznie silniejsze niż chęć gromadzenia wiedzy, która okazuje się tylko środkiem do celu. Tak więc Jarko jest kuszony, początkowo nienachalnie, przez religijne i światopoglądowe prądy – ateizm, buddyzm, katolicyzm, racjonalizm… Ze strony chłopaka jest w tym oczywiście więcej ciekawości niż sumiennego poznawania, więcej intuicji i podejrzeń niż światopoglądowej dyskusji – na to przyjdzie jeszcze czas. Niemniej to te drobne zderzenia z tajemnicą kształtują wrażliwość bohatera i one wzbudzają w nim metafizyczny niepokój, że to, co zna i co go otacza, nie jest wszystkim, co poznał człowiek.

Jerzy Sosnowski, „Fafarułej, czyli pastylki z pomarańczy”, Wielka Litera, Warszawa 2017
Jerzy Sosnowski,
„Fafarułej, czyli pastylki z pomarańczy”, Wielka Litera, Warszawa 2017

Czytelnik obeznany z twórczością Sosnowskiego łatwo dostrzeże mniej lub bardziej świadome wpisanie „Fafarułej” w – tak to nazwijmy – „młodzieńczą trylogię” Sosnowskiego, obok jego poprzedniej powieści „Sen sów” (która pozwala poznać ważny dla autora Kołobrzeg) oraz „Wielościanu” (2001), rozpoczynającego się równo w roku 1980, czyli w końcówce karnawału „Solidarności”, czasie cenzury politycznej i występu Kory Jackowskiej na festiwalu w Opolu ’80, gdzie charyzmatyczna wokalistka rzucała słynną frazę „Boskiego Buenos”, będącego parafrazą fragmentu powieści „Żeby cię lepiej zjeść” Eduarda Kieffera i niejako ścieżką muzyczną ówczesnych czasów.

To, co łączy te trzy powieści, to zakorzenienie ich we wspomnieniach samego pisarza, czego autor raczej nie ukrywa, bo już na początku swojej pisarskiej drogi o „Wielościanie” mówił m.in., że to „prawdziwe i zmyślone historie moich rówieśników. Losy ludzi, z którymi minąłem się w czasie. Kilka ważnych miejsc. A wszystko, żeby powstała z tego wielościenna mapa świata. Żeby się odnaleźć”. Ale nie to jest najważniejsze, bo ciągle najważniejsza jest tajemnica i potrzeba cudu. W posłowiu do „Fafarułej” pisarz również przyznaje się do korzystania z własnych doświadczeń, a nawet do sięgania do młodzieńczych notatek, gdzie zapisywał wrażenia po teatralnych spektaklach.

Katolicyzm po rozpadzie. Spotkanie wokół jesiennej „Więzi”

Czytając powieści Sosnowskiego, lubię (mimo że dzieli nas pokoleniowa przepaść) wyszukiwać tropy i zagadki, które autor zostawia czytelnikowi. Nazwisko Jarka (Wolski) odnosi się oczywiście do dzielnicy Warszawy, której młodzieniec jest kronikarzem, związanym z nią nie tylko przez adres i przyjaciół, ale i w sposób metafizyczny – to tutaj bohater ciągle powraca (również kiedy jest to podróż w czasie). Interesująca jest też metoda zmian w sposobie prowadzenia narracji, które pisarz wprowadza w zależności od etapu w dorastaniu bohatera – zaczynając od skupiania się na dziecięcej naiwności i kronikarstwie (tak charakterystycznych dla poznającego świat młodego człowieka), po dojrzałe w mniemaniu nastoletnich bohaterów dyskusje światopoglądowe (powtarzane w kolejnych powieściach pisarza), swoiste parafrazy dialogów z czytanej przez nich „Gry w klasy”.

U Sosnowskiego najważniejsza jest tajemnica i potrzeba cudu

Odnajduję też tropy wykraczające poza zamiary samego pisarza. Tak jest już w przypadku samej konstrukcji powieści, która przypomina mi świetny amerykański film „Donnie Darko” (2001). Tytułowy Donnie to nastolatek z zaburzeniami osobowości. Budzi się pewnego razu w środku nocy i za namową tajemniczego przybysza człowieka-królika wychodzi z domu, co ratuje go przed śmiercią. Od tego momentu zostaje zaburzona linearność czasu, zaś sam Donnie musi wykonywać kolejne zadania, których sensu nie rozumie, ale z czasem widz (i sam bohater) dowiaduje się, że wszystko dzieje się, aby zapobiec przeznaczeniu.

U Sosnowskiego linearność opowieści również zostaje przerwana, a co jakiś czas pojawia się tajemnicza maskotka Myślikrólik, który opowiada historię ze swojej perspektywy – jest kimś pomiędzy porzuconym artefaktem dzieciństwa a mędrcem wiedzącym, jakie pułapki czekają na bohatera, gdy dzieciństwo się zakończy. A kiedy to nastąpi? Ano wtedy, gdy naiwność i wiarę zajmie twardy racjonalizm – wtedy bohater zrozumie, że poznany w dzieciństwie hit zespołu Slade to nie „Fafarułej”, lecz „Far far away”. Ale przecież to się nigdy nie musi stać, prawda?

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.