Lato 2021, nr 2

Zamów

„My” i „oni” – i nic pomiędzy

François Georgin (1801-1863), „Combat des polonais contre les russes” („Powstanie listopadowe”), fragment drzeworytu

Inni nie mogą być „trochę dobrzy” albo „trochę prawdziwi”, bo między dobrem a złem, prawdą a fałszem nie ma żadnego „trochę”. Skąd się bierze taki językowo-mentalny powrót do PRL w polskiej polityce i społeczeństwie?

W przeddzień Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego, który przypada 21 lutego, w Poznaniu odbyła się debata pod hasłem „Polszczyzna ludzi myślących (wciąż jeszcze)”. W dyskusji udział wzięli (w kolejności zabierania głosu): Ewa Łętowska, Grzegorz Miecugow, Jerzy Radziwiłowicz, Michał Rusinek, Jerzy Bralczyk i Halina Zgółkowa.

Diagnozy stanu polszczyzny nie były zbyt obiecujące. Dostało się prawnikom (że nie rozumieją tego, co zapisane w prawie), dziennikarzom (że manipulują), aktorom (że mają kiepską wymowę), nauczycielom (że nie uczą myślenia), zwykłym obywatelom (że nie rozumieją tego, co piszą). Ale najciekawszy opis stanu tego, jak obecnie (nie) komunikuje się ze sobą polskie społeczeństwo, zaproponował Michał Rusinek. Według niego wróciliśmy do świata, który definiuje się poprzez figurę antytezy i opozycji. Ta wizja ma także religijne odniesienia.

Od opozycji do różnorodności…

Rusinek wyszedł od pytania, jak można zdefiniować myślenie. Odwołując się do koncepcji Haydena White’a, powiedział, że według niego figurą, która rządziła naszym myśleniem w PRL, była figura antytezy, czyli prostego kontrastu: my–oni, dobrzy–źli. Zmiana po roku 1989 polegała na tym, że udało się nie tyle przestawić znaki przy tych członach opozycji na zasadzie zamiany plusa z minusem, ale w ogóle podważyć zasadność samego przeciwstawienia. Zamieniliśmy to na inną figurę. Według Rusinka ta figura to enumeracja, figura różnorodności, taka figura, która pozwala popatrzeć na różnicę jako na różnorodność, a nie jako na opozycję.

W swojej wypowiedzi Rusinek zaznacza, że zmiana ta dokonała się w języku mediów i inteligenckich elit. I wypada się z tym zgodzić. Nie znaczy to jednak, że w społeczeństwie nie narastała nowa wizja opozycyjna, o czym mówca nie wspomniał. Ona się tliła, w ostatnich latach coraz bardziej – aż wybuchła. Różnorodność miała się dobrze „po wierzchu”, zaś „w głębiach” społeczeństwa wyrastała nawa wizja antytetyczna, która karmiła się poczuciem krzywdy tych, których transformacja ustrojowa wykluczyła poza grupę beneficjentów przemiany.

Według wielu filozofów myślenie to posługiwanie się różnicą, różnicowanie

Te dwa odmienne spojrzenia na rzeczywistość biorą swój początek w filozofii Platona i Arystotelesa – uważa Rusinek. Dla Platona różnica jest zawsze różnicą antytetyczną, natomiast dla Arystotelesa różnica jest różnicą stopnia, ma charakter pewnego continuum. Tym, co udało się uzyskać, także językowo, w ciągu 25 lat, a co się obecnie rozbija i niszczy, jest właśnie myślenie w kategorii arystotelesowskiej różnicy. Według Rusinka platońska antyteza nie jest figurą nowoczesnego myślenia. Otóż według wielu ponowoczesnych filozofów myślenie to posługiwanie się różnicą, różnicowanie.

..i z powrotem

Jeżeli diagnoza Rusinka jest prawdziwa, a wydaje mi się, że jest, to trzeba powiedzieć, że myślenie antytetyczne w polskim społeczeństwie ma się dobrze. Trudno mi powiedzieć, skąd bierze się ta potrzeba, ale językowo-mentalny powrót do PRL (a dotyczy to także tych, którzy tego okresu nie pamiętają) dominuje dzisiaj w polskiej polityce. Przykładem mogą być choćby słynne słowa wypowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego: „My jesteśmy tu gdzie wtedy; oni tam, gdzie stało ZOMO”. Nie chodzi mi o prawdziwość czy nieprawdziwość tego stwierdzenia, ale jego konstrukcję, która opiera się na antytezie: jesteśmy „my” i są „oni”. Oczywiście nietrudno o podobne przykłady z drugiej strony politycznej barykady.

Prawdą jest, że zmiana po roku ’89 to nie była zmiana biegunów w tej antytetycznej rzeczywistości, ale prawdą jest także to, że obecna antyteza polityczna nie jest prostym odwróceniem tamtej – z czasów PRL. Dzisiaj są inni „oni” i inni „my”. Jeśli wtedy wiadomo było, komu przypisać minus, a komu plus; którzy to są dobrzy, a którzy źli; którzy za Polską, a którzy przeciw niej – to dzisiaj do plusa, dobroci i patriotyzmu aspirują jedni i drudzy, chociaż i jedni i drudzy zupełnie inaczej będą ów plus definiować, jednocześnie tym drugim przypisując wyłącznie minus.

Między „my” i „oni” nie ma żadnego continuum, bo nikt żadnego stopniowania nie przewiduje. Rusinek dał przykład dyskusji na temat Józefa Kurasia „Ognia” – „bohater czy bandyta?”. Platońska wizja antytetyczna będzie domagała się wyraźnej alternatywy: albo jedno albo drugie. I żadnych światłocieni. Wizja arystotelesowskiego stopniowania będzie kazała używać łączącego spójnika „i” zamiast wykluczającego „lub”: i bohater, i bandyta.

Od myślenia do interpretacji

Czy trzeba się dziwić, że postrzeganie świata przede wszystkim jako antytezy – także w sensie politycznym – jest bliska wielu ludziom wierzącym? Nie. Czyż chrześcijaństwo nie opiera się na antytezie: dobro–zło, świętość–grzeszność, niebo–piekło, prawda–kłamstwo? „Niech wasza mowa będzie tak–tak, nie–nie. A co ponadto jest od złego pochodzi” (Mt 5, 37).

Tę religijną opozycję bardzo łatwo przenosi się na wszelkie inne płaszczyzny życia: także na społeczną, polityczną czy narodowościową. Jeśli w wizji arystotelesowskiej inność podlega stopniowaniu, to w arystotelesowskiej wizji alternatywy inność staje się natychmiast opozycją (z ujemnym znakiem) – opozycją religijną, polityczną, moralną, społeczną itd. Inni nie mogą być „trochę dobrzy” albo „trochę prawdziwi”, bo między dobrem a złem, prawdą a fałszem nie ma żadnego „trochę”. W ten sposób nadprzyrodzona kategoria wroga zbawienia przybiera formę różnych doczesnych wrogów, także politycznych.

Nie ulega wątpliwości, że wizja antytetyczna jest wygodna. Doskonale polaryzuje stanowiska, a dobru i złu, prawdzie i fałszowi przypisuje dokładne adresy. Taka optyka nie skłania ani do wzajemnego zrozumienia, ani do dialogu. Bo po co mamy rozumieć zło i dialogować z fałszem? W ten sposób – jeszcze raz nawiążę do Rusinka – tworzą się „wspólnoty interpretacyjne” w rozumieniu Stanleya Fisha: grupy wsobne, zamknięte na innych, które dostarczają pewnych reguł na interpretację wszystkiego. Świat nie przychodzi już do nas jako tekst, ale wyłącznie jako jego interpretacja dokonana wewnątrz naszej wspólnoty. I wszystko jest jasne. Żadne myślenie nie jest już potrzebne. Wspólnota pomyślała i zinterpretowała już za nas.

Prawo stopniowości

Pozwolę sobie na koniec wykorzystać ten model Haydena White’a do pewnej wewnątrzkościelnej dyskusji. Zajrzałem do adhortacji Amoris laetitia. Otóż w dokumencie tym 14 razy pojawiają się słowa związane ze stopniowaniem: stopniować, stopniowo, stopniowe. Franciszek jeden z punktów tytułuje wręcz „stopniowość w duszpasterstwie”.

Myślę, że debatę toczącą się wokół tego dokumentu można także opisać w modelu antytezy i stopniowego continuum. Idea możliwości dopuszczenia, w szczególnych sytuacjach, osób rozwiedzionych i żyjących w nowych związkach cywilnych do sakramentów wpisuje się wyraźnie w model arystotelesowskiego stopniowania. „Prawo stopniowości” (które zresztą Franciszek bierze od Jana Pawła II) nie oznacza „stopniowości prawa”, ale podkreśla, że człowiek dochodzi do wymagań, jakie mu stawia Ewangelia w sposób stopniowy, etapami, krok po kroku, wkraczając na coraz wyższy stopień drabiny, której szczytu być może nigdy nie osiągnie.

Wracamy do świata ostrych opozycji – także w Kościele, stąd duże osamotnienie Franciszka

W wizji platońskiej antytezy „prawo stopniowości” jest nie do przyjęcia. Właśnie dlatego kard. Burke w jednym z wywiadów mówi o Franciszku, że „powołuje się wielokrotnie i w sposób powodujący zamieszanie na zasady, które nie są zdefiniowane, na przykład prawo stopniowania”. Dla zwolenników tej wizji „prawo stopniowości” w odniesieniu do kwestii dopuszczalności do sakramentów osób żyjących w ponownych związkach to przyznanie, jakby można było być „trochę w grzechu” albo „trochę w małżeństwie” czy „trochę w czystości”. W tej wizji nie ma continuum, tu jest alternatywa, opozycja i wyraźna granica między cnotą a grzechem.

Taki sposób widzenia nie dotyczy oczywiście kwestii duszpastersko-etycznych. „Kościelni platonicy” nie widzą przecież także możliwości (bo o potrzebie nie ma co mówić) ekumenizmu czy dialogu międzyreligijnego. Prawdy się nie stopniuje ani się do niej nie dochodzi. Prawdę się ma.

Spóźniony Franciszek?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Procesy w świecie nie zachodzą niezależnie. „Globalna wioska” obejmuje nas wszystkich. Obserwowanie ruchów społecznych w Europie Zachodniej, w Stanach Zjednoczonych czy krajach postkomunistycznych pozwala na stwierdzenie, że mamy do czynienia z powrotem do wizji antytetycznej („zimna wojna” też nią była). Do głosu dochodzą ruchy, które wzywają do jasnego określania swoich stanowisk i redefiniowania tego, kto jest wrogiem.

Po okresie różnicowania i stopniowania, który przypadał na koniec XX wieku (także w Polsce), wracamy do świata opozycji. Ten trend obecny jest także w Kościele, stąd duże osamotnienie Franciszka, który – jak mi się wydaje – jest bardziej „kościelnym arystotelikiem”. Łączenie jest mu bliższe niż dzielenie: przekonuje, że lepiej – poprzez towarzyszenie – rozważnie różnicować niż ustanawiać opozycje.

Rusinek mówił, że różnicowanie to myślenie typowe dla filozofów ponowoczesnych. Może właśnie na naszych oczach ponowoczesność odchodzi do lamusa, a jej miejsce zajmuje jakiś nowy neokonserwatywny świat? Czyżby świat wolał bezpieczne definiowanie opozycji niż mozół różnicowania? Różnicowanie domaga się dialogu i trudu rozumienia siebie nawzajem; kreowanie opozycji – ostatecznych wykładni i interpretacji. Czyżby więc Franciszek się spóźnił?

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.