Jesień 2021, nr 3

Zamów

Litery na piasku M – jak matecznik

 Miłosz klasyk bardzo się srożył przeciw romantycznemu matecznikowi, mówiąc, że tak naprawdę nikt nie wie, co to jest i gdzie to jest, a powiedzieć, że jest to trudno dostępne miejsce w puszczy z legowiskami grubego zwierza: niedźwiedzi, łosi, żubrów, to nic nie powiedzieć. I racja. Bo koncepcja matecznika to melodia rozpisana na dwa instrumenty: zakazu i nakazu. Człowiek może naiwnie, ale szczerze sam przed sobą chciał bronić przyrody, stawiając swojemu nienasyceniu barierę w postaci bagien, tęczujących kwaśnymi oparami łąk, podstępnych strumieni i powalonych przez czas drzew. Uznawał królestwo zwierząt, ich dwór, godności i tytuły, ich hierarchie: od imperatorów puszczy po ich szarych posłańców. Ale matecznik to było też lustrzane odbicie lęków człowieka, nieodgadnionego „ja”, całej mrocznej strony naszego jestestwa, z którymi musimy się wreszcie kiedyś zmierzyć. Taka tam romantyczna psychoanaliza.

Dorastając, tracimy wiarę w realne istnienie matecznika jako schronu i zwierciadła. Ale jak tu nie zwątpić, skoro zaczynają nam towarzyszyć głosy literackiej policji, udowadniające, że charty na Litwie nie występują, puszcza litewska to tak naprawdę zapisane w pamięci Mickiewicza wielkopolskie lasy, Soplicowo pomylono z dworem w Cząbrowie, który był własnością Karpowiczów, a matką natchnienia doskonałej solówki Wojskiego na rogu, godnej samego Stańki, nie były dziewicze ostępy nad Wilią, Niemnem i Niewiażą, ale Ren ze swoją słynną skałą Lurley, którą we wrześniu 1829 roku podczas podróży z Moguncji do Koblentz mijali na żaglowcu Mickiewicz z Odyńcem.
To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku „Więź” jesień 2017 (dostępnym także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.