Jesień 2020, nr 3

Zamów

Na progu Mów do mnie

Początkiem opowiadania historii jest poczucie braku. Kogoś nie ma, kto powinien być. Coś, mające trwać zawsze – przeminęło. Czuje się, że istnienie uległo osłabieniu, pomniejszeniu.
Niekoniecznie wiadomo, co się dokładnie stało, na czym polega strata. Bywa jak w męczącym śnie: brakuje jakiegoś elementu rzeczywistości, który był jej składnikiem tak bardzo niezbędnym, że nie dostrzegało się go osobno i nie miał własnej nazwy, własnej tożsamości. A teraz zniknął i nie sposób uchwycić, czym był. Pozostaje dotkliwe poczucie, że świat jest niepełny. Nie można nawet wskazać pustego miejsca. Pustkę po czymś lub po kimś – lecz może przede wszystkim tę pustkę po nieokreślonym – zapełnia się więc opowieścią.
Tak wyobrażam sobie narodziny literatury, jeszcze w jej postaci mówionej. Istnieją już zawiązki słów, służące wspólnym działaniom. Odwalmy ten kamień, przesuńmy zagradzający drogę pień, w tamtych zaroślach jest wiele owoców, odetnij zwierzęciu drogę z drugiej strony. Oczywiście brzmiały inaczej, ale taki był ich sens, taka funkcja. Tymczasem zapadł zmrok. Udało się rozpalić, a może tylko podtrzymać ogień. I nagle, właściwie nie wiadomo, dlaczego w tym momencie, w serca wkradł się niepokój. Kiedyś było lepiej, było doskonale. Ale zginął najsilniejszy ze stada, a może najsprawniej wyszukująca pożywne bulwy. Zniszczał totem, wylała rzeka. Lub właśnie: nie wydarzyło się nic konkretnego, a jednak nad wszystkim unosi się poczucie niedostatku. Kruchości istnienia. Nie wystarcza przytulenie się do sąsiada, kojące przeczesanie sierści. Coś jest zasadniczo nie tak.
To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku „Więź” wiosna 2017 (dostępnym także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.