Wakacyjna promocja Wydawnictwa Więź

Lato 2021, nr 2

Zamów

9. Więźniów pocieszać: Sen pełen krat

Fot. shutterstock.com

Po więzieniu pozostaje trauma na całe życie. Spotkanie z jakimkolwiek mundurem, policyjnym czy pogranicznika, nie jest miłe, nawet jeśli jest to spotkanie w wolnej Polsce. Powraca obraz milicyjnego dołka i śmierdzącego moczem materaca, zwijanego na dzień i rozwijanego na noc, twardej pryczy i niemocy – pisze o. Wiesław Dawidowski OSA.

W potocznej opinii podejmowanie uczynków miłosierdzia jest normalną powinnością chrześcijanina i powinno być aktywnością dość łatwą. Sytuacja się komplikuje, gdy trzeba samemu podjąć gest miłosierdzia albo przyjąć akt miłosierdzia. Taka oto sytuacja: jestem już 25 lat księdzem, ale dopiero niedawno odważyłem się przejść bramę więzienia, by udzielić tam czegoś, co nazywa się posługą duszpasterską. Wiem, nie świadczy to o mnie dobrze. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że noszę w sobie lęk przed murami więzienia, gdyż sam byłem więźniem.

Nie byłem wprawdzie przestępcą kryminalnym – chociaż może to dodałoby kolorytu do mojego życiorysu i stałoby się materiałem ciekawej powieści – ale aresztantem, podsądnym podlegającym sankcji prokuratorskiej z powodu niedostosowania się do rygorów prawa stanu wojennego. Moje pragnienie wolności zostało zdławione murami milicyjnego dołka, a potem aresztu śledczego w Gdańsku przy ul. Kurkowej 12 – tego samego aresztu, w którym w lipcu 1982 r. brutalnie spacyfikowano protest głodowy więźniów politycznych i kryminalnych. Był to jeden z brutalniejszych aktów terroru funkcjonariuszy więziennictwa w stanie wojennym. Jeden z szeregowych strażników więziennych, podając drżącymi rękami katowanemu chłopakowi miskę zupy i mówiąc: „Synku, błagam, jedz”, na pewno okazał wtedy miłosierdzie. Nie okazał go natomiast naczelnik aresztu w stopniu pułkownika, którego nazwisko z miłosierdzia pominę.

Więźniowi nie jest łatwo myśleć o miłosierdziu wobec siebie, gdy z dnia na dzień zostaje zabrany spod celi, którą dopiero co oswoił. Nie jest miłosierdziem chwila, gdy nagle jest się wyrwanym z celi i odprowadzonym do innej, przejściowej celi, osadzonym z więźniem-konfidentem, a potem odwiezionym w zablindowanym milicyjnym Starze i zamkniętym na oddziale psychiatrycznym wojskowego szpitala, naszpikowanego tajną policją polityczną spacerującą w szpitalnych szlafrokach. Ale może łatwo jest wtedy przyjąć akt miłosierdzia od długonogiej pielęgniarki, która puszcza oko i dokarmia wykradzioną z oficerskiej kantyny szynką. Jako anioła miłosierdzia traktuje się odesłanego na psychiatryczną obserwację staruszka, który zdradza złoty sekret wyjścia z twarzą z tej kompromitującej sytuacji. „Pamiętaj, wszystko mogą o Tobie napisać, ale testu na IQ nie oszukają. Daj z siebie wszystko!” Miłosierdzie nosi wtedy własne imię: 131.

Po więzieniu pozostaje trauma na całe życie. Spotkanie z jakimkolwiek mundurem, policyjnym czy pogranicznika, nie jest miłe, nawet jeśli jest to spotkanie w wolnej Polsce. Powraca obraz milicyjnego dołka i śmierdzącego moczem materaca, zwijanego na dzień i rozwijanego na noc, twardej pryczy i niemocy. W pamięci pozostają obrazy wyciągania z celi na korytarz, szczucie psami, zaglądanie pałką milicyjną w odbyt, zmuszanie do przyjęcia pożywienia. Pamięć nie odpuszcza i każdy mundur kojarzy się ze szczękiem klucza w zamku, z przymusem wyniesienia na korytarz swoich ubrań w czasie wieczornego apelu, odebrania tych ubrań na drugi dzień rano, a jeśli nie były poprawnie ułożone w kostkę, to szukanie ich rozrzuconych po całym korytarzu, w towarzyszącym wrzasku „klawisza”, który po latach robi polityczną karierę.

Nie ogląda się też bezkarnie filmów, w których występuje motyw krat i więźnia. Powraca się w pamięci do rozmów spod celi, gdzie współwięźniowie nawzajem udzielali sobie pocieszenia. „Nie martw się, małolat! Najdłużej polityczni siedzieli w czasach stalinowskich, a zobacz jak im te 5 lat wtedy szybko pękło”. Po więzieniu filmy o więziennym życiu, eksperymenty Philipa Zimbardo, Hrabia Monte Christo i literatura Gułagu nie są dobrą strawą intelektualną. Po każdej dawce takich narracji, nawet po latach, człowiek budzi się w środku nocy, bo właśnie śniło mu się jego własne osadzenie, zakratowane okno, zasłonięte zbrojoną drutem szybą, wykonaną z grubego, mrożonego szkła. Mimo to, jak narkoman, za jakiś czas sięgasz po kolejną porcję literatury więziennej i opowieści o więźniach politycznych doby Gułagu, bierutowskiej, gomułkowskiej i gierkowskiej Polski. Pewnie z poczucia solidarności i miłosierdzia dla Sołżenicyna.

Najtrudniej przyjąć dar pocieszenia i miłosierdzia od odwiedzających rodziców, którym towarzyszy oficer SB. Po informacji od oficera, że nie wolno rozmawiać o niczym, co dotyczy prowadzonego śledztwa, ani o warunkach osadzenia – właściwie ma się ochotę przerwać tę farsę miłosierdzia, jaką proponuje „sprawiedliwość, która jest ostoją Rzeczypospolitej”. Za nic nie chce się przyjąć takiego miłosierdzia i daru pocieszenia. Chce się poprosić jedynie o akt miłosierdzia w postaci spokojnie wypalonego papierosa i paczki Extra Mocnych na drogę do celi.

Takie więc mam z grubsza skojarzenia, gdy myślę o pocieszaniu więźniów. W czasie jednej z moich podróży do USA ks. prałat Barry Connerton, znając moją przeszłość, zaproponował zwiedzenie więzienia. Odmówiłem.

Wakacyjna promocja Wydawnictwa Więź

Dopiero po latach odważyłem się odwiedzić więźnia. Był Nigeryjczykiem. Nie szukałem znajomości u kapelana więziennego. Były to długie trzy godziny oczekiwania. Byłem w habicie, więc konkubiny czekające na widzenie ze swoimi facetami dziwiły się mojej obecności pod bramą. Gdy wszedłem, żaden policjant nie powiedział „Szczęść Boże”, jedynie na twarzy funkcjonariuszki pojawiło się coś w rodzaju grymasu życzliwego uśmiechu. Usiadłem obok czarnoskórego Nigeryjczyka, któremu w drodze na to spotkanie towarzyszył ryk polskich współwięźniów udających małpy. Wyjąłem stułę. Zacząłem go spowiadać. Przyglądał się tej scenie ze zdziwieniem i uwagą funkcjonariusz więzienny.

W nocy znowu miałem niemiłosierny sen. Sen pełen krat.

 

Wiesław Dawidowski OSA – ur. 1964. Augustianin, doktor teologii fundamentalnej, publicysta. W stanie wojennym jako licealista skazany na pół roku więzienia za zaangażowanie w podziemie antykomunistyczne. Doktorat uzyskał na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie na podstawie rozprawy Reguła wiary w metodzie teologicznej św. Augustyna. Od 2004 r. rektor anglojęzycznego duszpasterstwa w Warszawie. W latach 2009-2013 był chrześcijańskim współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Od 2012 r. jest przełożonym prowincjalnym polskich augustianów. Autor tomików Święty Augustyn i Święta Rita w serii „Wielcy ludzie Kościoła”. Mieszka w Łomiankach pod Warszawą.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.