Jesień 2020, nr 3

Zamów

Instrukcje dla ewangelizatorów

Trudno nam sobie chyba dzisiaj wyobrazić atmosferę, w jakiej dokonywała się „pierwsza ewangelizacja”: chrzest Mieszka, jego drużyny, nawracanie pogańskich Polan.

Kiedy myślimy o współczesnej ewangelizacji, to przed oczami stają nam jej potencjalni adresaci: ludzie, którzy nie wierzą w Boga, którzy żyją tak jakby Boga nie było, którzy porzucili wiarę chrześcijańską. 1050 lat temu było zupełnie inaczej. Chrześcijańscy misjonarze przybywali do pogan, ale przecież do pogan religijnych, mających swoje bóstwa, świątynie, wierzenia. Podobnie jak wcześniej Grecy, Rzymianie, Germanie, Frankowie czy mieszkańcy wysp brytyjskich, Polanie mieli swoją religię.

Porzucenie starych wierzeń na rzecz nowej religii wcale łatwe nie było. Trzeba było pożegnać się z dotychczasowym światem. Dobrze to wyrażały słowa, które miał wypowiedzieć w roku 498 biskup Remigiusz, udzielając w Reims chrztu Chlodwigowi, królowi Franków: „Skłoń głowę, krnąbrny Sikambrze, pal to, co czciłeś, czcij to, co paliłeś”. Trzeba było zniszczyć posągi dawnych bożków, a zacząć oddawać cześć dotychczas prześladowanemu krzyżowi. Nie obywało się to bez dramatów i tragedii po obu stronach. Pierwsza ewangelizacja znaczona jest grobami męczenników, czego św. Wojciech jest najlepszym przykładem. Ale czy należy się dziwić, że poganie bronili swojej wiary? Czasami „głoszenie Ewangelii” dokonywało się rzeczywiście brutalnie. Sakso Gramatyk, duński historyk z przełomu XII i XIII, wieku przytacza relację przybycia misjonarzy do Arkony, grodu na wyspie Rugii. Tłum pogan patrzył, jak uzbrojeni najeźdźcy rozbierają ogrodzenie wokół świątyni, zdzierają zasłony skrywające posąg, jak nakazują podciąć nogi świętej figury, jak zakładają bogu powróz na szyję i wloką do obozowiska zwycięzców, aby go tam kuchenni posługacze porąbali na opał. W tych i innych przypadkach „jedni rozpaczali nad krzywdą swego boga, inni wybuchali śmiechem”. Jak zauważa Sakso, najrozsądniejsi wstydzili się zapewne własnego prostactwa, gdyż dostrzegli głupotę praktykowanego od wielu lat kultu.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Nie wszędzie jednak chrystianizacja dokonywała się według tego takiego, który i dzisiaj zapewne uznalibyśmy za okrutny. Papież Grzegorz Wielki (zm. 604 r.) w jednym ze swoich listów przekazuje takie oto instrukcje dla misyjnego opata Mellitusa, który głosił Ewangelię wśród Anglów: „nie powinno się burzyć świątyń pogańskich tego narodu, a tylko niszczyć znajdujące się w nich bałwany; należy pokropić te świątynie wodą święconą, umieścić relikwie, wstawić ołtarze, bo jeśli świątynie te są dobrze zbudowane, trzeba je z miejsc kultu demonów zmienić na miejsca czci prawdziwego Boga”. Papież podaje także uzasadnienie dla takiego postępowania: „Bo nie ulega wątpliwości, że jest rzeczą niemożliwą pozbawić umysły surowe wszystkiego od razu; ten bowiem, kto usiłuje wspiąć się na szczyt, wznosi się po stopniach lub krokami, nie zaś skokami”. Trzeba przyznać, że Grzegorz Wielki był ewangelizacyjnym realistą. Wiedział, że radykalna zmiana może być zbyt traumatyczna, a dotychczasową religijność odbiorców Ewangelii należy potraktować jako przygotowanie do prawdziwej wiary w Chrystusa Jezusa.

W instrukcjach papieża Grzegorza jest jeszcze jeden, bardzo ciekawy wątek. Otóż papież pisze, żeby nowym adeptom wiary pozwalać na organizowanie różnego rodzaju uroczystości „przy religijnych ucztach”. W ten sposób „zezwala się […] na pewne zewnętrzne uciechy, [aby] łatwiej mogli godzić się na radości wewnętrzne”. Myślę, że ten element ewangelizacyjnej metody jest wciąż aktualny. Do przyjęcia wiary nie wymaga się smutku. Przeciwnie: Evangelii gaudium – radość Ewangelii stanowi jej sedno. Oby o tym pamiętali także współcześni ewangelizatorzy.

Przewodnik Katolicki 9/2016

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.