Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Na progu Piękno, które przychodzi

Tymczasem w berlińskim Neues Museum można natknąć się na obiekt, którego nie imają się sceptyczne komentarze, a którego naprawdę nie powinno być. Chroniony w gablocie z pancernych szyb, istnieje ponad wszelką wątpliwość, a przecież to jego istnienie nie mieści się w głowie. Choć w jakiś sposób przywykliśmy do jego wizerunku, powielanego w nieskończoność na widokówkach, kubkach, podkładkach dla komputerowych myszek, magnesach na lodówki, znaczkach pocztowych i tak dalej. Nie umiem tego dokładniej wytłumaczyć, ale dopiero stanięcie przed nim – a potem doczytanie, jaka jest jego historia – robi w naszym świecie szczelinę większą niż żona Jima Templetona w charakterze kosmonauty.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

            Ten obiekt to rzeźba przedstawiająca królową Nefertiti, znaną w Polsce pod wcześniejszą i, jak twierdzą egiptolodzy, mniej szczęśliwą transkrypcją „Nefretete”. Trzeba ją zobaczyć na własne oczy, żeby nie uwierzyć. Gdyby ktoś dziesięć lat temu zapowiedział mi, że odkąd po raz pierwszy znalazłem się w ośmiokątnej sali, gdzie jest eksponowana, będę tam zachodził zawsze, ilekroć jestem w Berlinie, czułbym się zażenowany. Nefertiti, jak Słoneczniki Van Gogha, Nike z Samotraki i jeszcze kilka takich dzieł – w tym stuleciu dołączył do nich niestety piękny obraz Edvarda Hoppera Nighthawks – stanowi przecież ikonę tzw. Dorobku Dziejów, doszczętnie, wydawałoby się, zbanalizowaną.

A jednak żadna znana mi fotografia nie oddaje jej rzeczywistego piękna. Kliszy (a co dopiero powierzchni kubka z Nefertiti albo tkaninie T-shirta z Nefertiti) wymyka się jakiś nieokreślony niuans, bez którego popiersie królowej jest wprawdzie rozpoznawalne i nawet niekiedy ładne, ale zarazem odczarowane. Pozbawione magii. Co mówię, przejrzawszy od mojego pierwszego spotkania z nią naprawdę poważną liczbę wizerunków rzeźby na kartkach pocztowych, w albumach, w internecie, nie mówiąc o miniaturowych „kopiach” ze sklepu z pamiątkami, za które twórcy powinni chyba zostać ukarani.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku „Więź” zima 2016 (dostępnym także jako e-book). 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.