Jesień 2020, nr 3

Zamów

Historia W co wierzył Jacek Kuroń?

Świat wartości, wokół których zbudował swoją aktywność Jacek Kuroń (1934–2004) – jedna z najaktywniejszych i najwyrazistszych postaci życia publicznego w Polsce w drugiej połowie XX wieku – frapuje do dziś. Warto zastanowić się, w co wierzył człowiek, który wielokrotnie deklarował, że nie dana mu jest wiara w Boga.

Kuroń definiował swoją sferę świętości – sacrum – jako wszystko to, co przekracza życie i nadaje mu sens tak głęboki, że warto dla niego ponosić ofiary. Ponieważ pytanie o istotę towarzyszyło mu nieustannie, urzeczywistniał wartości, wokół których stworzył swoje życie i które dla wielu były inspiracją.

Po pierwsze: człowiek

Świętym świętych Jacka Kuronia był człowiek. I – co warto podkreślić – nie chodzi tu o ludzkość, o żadną grupę, ale właśnie o pojedynczego człowieka. Taką wrażliwość wyniósł z rodzinnego domu, w którym zaangażowanie w sprawę robotniczą dziadka i ojca stworzyło dla małego chłopca świat pierwszych wyobrażeń.

Przekonanie o bezwzględnej wartości człowieka towarzyszyło mu przez całe życie. Mówił na ten temat wiele razy, także pod koniec życia: „Lewica jest nieśmiertelna […]. Owa nieśmiertelność zasadza się na trwałości pierwotnej intuicji etycznej, czyli uznaniu bezwzględnej wartości każdego człowieka”. Dla Kuronia „Być lewicowcem to znaczy iść za odruchem serca: stać po stronie prześladowanych, bitych, głodnych, budować świat, w którym można żyć bardziej po ludzku”[1].

To, o czym słyszał w domu, połączyło się wkrótce z osobistym doświadczeniem. Jako ośmioletni chłopiec podczas wojny opiekował się Zośką – żydowską dziewczyną, która, wobec skrajnego zagrożenia życia, otruła się. Jacek czuł się winny jej śmierci. Do tego doświadczenia dołączały kolejne: prześladowanie Ukraińców we Lwowie po wejściu Sowietów czy upodlenie powojennej biedoty warszawskiego Marymontu. I mimo że obiektywnie nie miał żadnego wpływu na te nieszczęścia, czuł się za nie osobiście odpowiedzialny i winny, że nie mógł im zapobiec. To dojmujące poczucie bezsilności z lat dziecięcych będzie mu towarzyszyć przez całe życie, później jednak przekuje je w działanie.

Jacek Kuroń często podkreślał, że jest z powołania wychowawcą. Doświadczenie współtworzenia drużyny walterowskiej było dla niego ważne także ze względu na to, kim dzięki niej się stawał:

W Wolinie [na obozie harcerskim – M. K.] wprowadziliśmy obyczaj sprawdzania, czy dzieci wygodnie śpią, czy na nikogo nie pada, bo namioty były stare i przeciekały, kiedy była burza. Wiele osób mi później opowiadało, jak świat się im zmienił, kiedy nagle w nocy się obudziły i zobaczyły, że się pochylam, sprawdzam koc, mówię po imieniu. Człowiek widział, że się go wyróż­nia, że się o nim pamięta, i nagle zaczynał żyć zupełnie innym życiem. […] Ludzie dziś zupełnie dorośli pamiętają mi na dobre jakieś sytuacje, których sam już nie pamiętam, kiedy nagle powiedziałem: Ela, Franek, Józek. Właściwie myślę, że po to żyjemy, żeby wyróżniać ludzi i o nich pamiętać; żeby kochać tego jednego jedynego – wszystkie inne chimery są naprawdę nic niewarte, jeśli dla nich gubimy tego Franka, Józka, Elę[2].

Przez wiele lat pierwszym i najważniejszym człowiekiem w życiu Jacka Kuronia była jego żona Grażyna i to w relacji z nią okrzepły podwaliny jego systemu wartości. Mówił, że Gaja – tak ją nazywał – stworzyła go, była człowiekiem jego życia, drugą połową, z którą urzeczywistniał marzenie o „królestwie wolności”. Jacek miał absolutną pewność tak intensywnej bliskości z Gają, że można mówić o wspólnocie idealnej, o całkowitym utożsamieniu się z drugim człowiekiem. O swojej relacji z żoną pisał: „sacrum wspólnoty z Tobą jedną jedyną na całym świecie […] – to jest moje najwyższe sacrum i wspólnota, od której płynie wszystko inne i bez której nic by nie było, to znaczy nie byłoby mnie”[3].

Kuroń był osobą wysoce autorefleksyjną – stale sprawdzał, czy idzie dobrą drogą, nigdy nie unikał pytania o słuszność swoich przekonań i postępowania. Jeden z takich momentów opisuje w liście, w którym przywołuje eksperyment psychologiczny Muzafera Sherifa (1935 r.) dotyczący oceny złudzenia optycznego (efekt autokinetyczny). Pomijając szczegóły techniczne, eksperyment dowodził, że ludzie gotowi są bardziej ufać ocenie grupy niż własnej, co oznacza, że zadziwiająco łatwo przyjmują postawę konformistyczną, nawet gdy nie czekają ich żadne negatywne konsekwencje pozostania przy zdaniu wynikającym z własnej obserwacji:

Wszelkie wartości, które chcemy wyznawać, ufundowane są na niezależności sądu i na wierności wobec własnych przekonań. Co więc z tego wszystkiego zostanie, jeśli ma się okazać, że ta niezależność i wierność to wszystko efekt autokinetyczny i społeczny nacisk? […] Nie ma jednak nigdy takiej ciemności, aby nie było w niej iskierki nadziei. Cała ta plastyczność, ta solipsystyczna samowystarczalność wrażeń ma jednak chyba nienaruszalne granice wyznaczone przez wartości i ludzi. Czy ściśle – ludzi i związane z nimi wartości. Ludzie, których kocham, którym wierzę i którzy istnieją niezależnie od wszelkich wyobrażeń, próżni, nacisków… Ty jesteś i dzięki Tobie jest moja miłość, i to już nie tylko do Ciebie. Dzięki Tobie ta miłość […] może objąć wielu, wielu innych – bardzo bliskich i dalszych. Skoro Ty jesteś, to są i inni ludzie, jest ich lojalność, odwaga, rzetelność, życzliwość. Na tym ludzkim fundamencie zbudowane jest Dobro, Prawda, Sprawiedliwość. Są one niezależne od wszelkiej fatamorgany[4].

Powołując się tu na wartości, autor dokonuje wiele mówiącej autopoprawki – wspomina najpierw o wartościach, potem o ludziach i zaraz zmienia kolejność na: „ludzi i związane z nimi wartości”. Jacek Kuroń wywodził bowiem swój świat wartości od jednego, konkretnego człowieka. Można by podejrzewać, że taka relacja wyczerpuje potrzebę innych znaczących kontaktów. Jest jednak wręcz przeciwnie – czerpie z głębi tej najważniejszej więzi, by zauważać kolejne osoby i ich problemy. Dostrzega zarazem, że ograniczenie się do swojego małego świata byłoby poniekąd wyborem zła:

Gdy ktoś całe życie swoje zamyka w kręgu najbliższych i trudzi się dla ich i swego dobrobytu, spokoju, szczęścia, to realizuje w swoim działaniu wielkie wartości chrześcijaństwa, ludzkości, kultury. A przecież w tym zbożnym trudzie czyni zło – jednocześnie przez działanie i zaniechanie działania. Dobra, o które dla swoich bliskich zabiega, są ograniczone, a więc każdy sukces na tej drodze jest zarazem czyjąś klęską[5].

Dylemat Abrahama

Problem wyboru między dobrem jednostki a realizacją wielkich idei miał oczywiście swoje praktyczne odsłony w życiu człowieka uważanego przez wielu Polaków, zwłaszcza ludzi młodych, za przywódcę. Inspirującym obrazem była dla Kuronia biblijna historia Abrahama, który – usłyszawszy wezwanie Boga, aby złożył w ofierze swego syna Izaaka – nie waha się tego uczynić:

Przyjąłem jako zasadę, której do dziś chcę być wierny, że nie wolno pod żadnym pozorem, w imię żadnej wielkiej, a więc abstrakcyjnej idei, czynić zła konkretnemu człowiekowi. Bowiem dobro, któremu wówczas służę, jest odległe i niepewne, zaś zło, które czynię – bliskie i niewątpliwe. Chciałem więc, choć nie zdawałem jeszcze wówczas sobie z tego sprawy, rozstrzygać dylemat Abrahama przeciw Abrahamowi. Nie usłuchać głosu Boga, nie oddać mu syna w ofierze. […] Jeśli już biorę pod uwagę możliwość poświęcenia drugiego człowieka swojej idei, to niezależnie od tego, jak jest ona wielka i czysta – muszę siebie podejrzewać o małą miłość. A czy wówczas, gdy mam czynić krzywdę bliźniemu, mogę być pewny, że słyszę głos Boga? Nauczyłem się nie ufać ludziom, którzy w takiej sytuacji mają pewność[6].

W tym konflikcie sumienia opowiedział się przeciwko Abrahamowi. Miał jednak świadomość, że jego własna postawa i działanie inspirują innych, prowadząc ich nierzadko do więzienia czy narażając na inne dotkliwe konsekwencje. I mimo że uważał zaniechanie walki o demokrację za większe zło, nie opuszczały go wyrzuty sumienia.

Jacek Kuroń nie wierzył w zło. Nie znaczy to, że go nie dostrzegał czy nie doświadczał. Przeciwnie. Człowiek, który spędził około dziewięciu lat w więzieniu i był szykanowany przez władzę na wiele sposobów, nie pogrążał się w nienawiści, nie domagał sprawiedliwej kary. Zdumiewające, ale odsiadując kolejny wyrok, szukał zła w sobie:

Ostatnio dręczy mnie problem nienawiści, niechęci, zawiści, czy jak tam jeszcze nazwiemy złość do ludzi, ten nabity w nas ładunek złych uczuć, które wybijają ze snu czy jeszcze trafniej – kaleczą. […] Wciąż […] głęboko wierzę, że nie ma zła samoistnego. Pomysł, że ktoś, ktokolwiek bądź, może być tak po prostu zły, jak inni bywają weseli, melancholijni, nieśmiali, zaradni… Więc taki pomysł wydaje mi się ze wszech miar wstrętny, robaczywy. Wymyślony tylko po to, żeby zwolnić siebie z odpowiedzialności za zło, które czynimy. Jednak ze strachem, okrutnym strachem odkrywam zło w sobie. To nie to, że nagle budzi się we mnie napięta, zapieczona wrogość do kogoś tam. Tak bywało już nieraz. Najgorsze i chyba we mnie zupełnie nowe jest to, że nie chcę, po prostu nie chcę tego kogoś bronić, objaśniać, tłumaczyć. Wiem, wiem świetnie, że kiedy powinie mu się noga, nie wystąpię przeciw niemu, ba, nawet będę go energicznie bronił. Ale sama ta świadomość wywołuje we mnie szczery, autentyczny żal. W tym momencie trzeba już podjąć zagadnienie zemsty, uczucia – bo to chyba przede wszystkim uczucie, a dopiero później czyn – uświęconego w naszej kulturze […]. Mówiłem i nieraz pisałem, że zło nie ma samoistnego bytu, bo nikt przecież tak naprawdę nie chce czynić zła dla niego samego. Ludzie słuchali, czytali i bardzo łatwo zgadzali się ze mną. A teraz dopiero widzę, że to nieprawda, bo przecież właśnie zemsta jest złem samoistnym. Polega przecież na satysfakcji czynienia zła, nie służy żadnym dobrym intencjom. Rodzi się ze zła i tylko zło powoduje. A wsio taki – żal… chciałoby się powiedzieć. Wierzę, że dam sobie z tym radę, choć i to dobre, że przyłapałem się w porę na gorącym uczynku. Jakie to jednak piękne i mądre: miłujcie nieprzyjaciół waszych. Tylko tak strasznie trudne, ponad siły[7].

Ten niekwestionowany prymat człowieka względem idei, nawet jeśli jawi się ona jako najlepsza i najszlachetniejsza, jest obecny w postępowaniu Jacka Kuronia od momentu odejścia od komunizmu, który zawładnął nim w taki sposób, że uznał to za swoją winę. Stąd może ukuty przez niego termin „samoograniczającej się rewolucji” obecny zarówno w jego działalności politycznej – i w czasach karnawału „Solidarności”, i w przełomowym 1989 roku – jak również przede wszystkim w postawie Kuronia jako jednego z przywódców samoorganizującego się społeczeństwa: „[…] ruch społeczny, kiedy chce realizować utopię społeczną, musi odciąć się od stosowania w swym dziele przemocy i przymusu, także przymusu ustaw państwowych, oraz zaakceptować demokrację parlamentarną jako warunki swego istnienia i działania”[8].

Kuroń miał świadomość, że nie ma ludzi nieomylnych. Każdy może – tak jak on w młodości – popełnić błąd intelektualny i w imię szlachetnych ideałów czynić zło. Dlatego opowiadał się za ograniczeniem władzy, nawet za cenę nieskuteczności.

Chrześcijanin bez Boga

Podczas licznych odsiadek Jacek Kuroń spotykał ludzi skrajnie zdeprawowanych, dla których nie istniała żadna świętość. I choć sam nie był osobą wierzącą, ateizm w takim wydaniu uważał za dojmujące upośledzenie człowieczeństwa:

W czystej postaci, namacalnie, ukazał mi to [że wiara przerasta wymiar ludzkiej egzystencji – M. K.] Trzęsiłeb, kierownik pralni, który był przewodniczącym kółka Towarzystwa Kultury Świeckiej, takim urzędowym ateistą na to więzienie. Bardzo był z tego dumny i tłumaczył: „Kto chce, to wierzy w Boga, ja wierzę w schabowego i setkę wódki”. Tak to zobaczyłem – co jest przeciwieństwem wiary w Boga. Uświadomiłem sobie, że człowiek bez sacrum, bez czegoś, co przekracza jego życie i co jest najgłębiej zakorzenione w kulturze, co właśnie jest kulturą ludzką, staje się zwierzęciem. To był dla mnie wielki wstrząs[9].

Niedługo po opisanym doświadczeniu i wyjściu z więzienia w 1971 roku Kuroń czyta Rodowody niepokornych Bohdana Cywińskiego. Autor skupia się w książce na tym, co wspólne dla inteligencji końca XIX i początku XX wieku – na etosie służby, poświęcenia i walki. Nie prowadzi granicy między wierzącymi a niewierzącymi, stosunek do Boga nie jest wyznacznikiem wartości życia i zaangażowania człowieka.

Dla Jacka Kuronia Rodowody… były przełomem w myśleniu o chrześcijaństwie i Kościele, a w praktyce – zaproszeniem do dialogu ze środowiskiem inteligencji katolickiej. Były to dla niego kontakty inspirujące i rozwijające. To dzięki nim zetknął się z postacią Dietricha Bonhoeffera, niemieckiego pastora, antyfaszysty za­angażowanego w przygotowanie zamachu na Adolfa Hitlera w 1944 roku, za co został skazany na karę śmierci. W jego pismach religijnych Kuroń znalazł rozwiązanie problemu, z którym mierzył się już od dłuższego czasu, mianowicie: jak szukać Boga dla Niego samego, a nie ze strachu przed karą lub dla nagrody. Nie potępiał zaangażowania religijnego z takich pobudek, sam jednak nie chciał korzystać z podpory przeznaczonej dla – jak uważał – ludzi słabych, biernych, złamanych życiem.

W jednym ze swoich listów z celi śmierci Bonhoeffer pisze, że trzeba żyć tak, jakby Boga nie było. Jacek Kuroń twórczo podejmuje ten trop:

zrozumieliśmy [z Gają – M. K.], jak niesłychanie prosty jest przepis na wielką miłość: prawo moralne to znaczy Ewangelia. Trzeba żyć zgodnie z Ewangelią. I już, i tylko to. […] Pomyśleliśmy wtedy, że skoro nie dane jest nam uwierzyć w Boga osobowego, sprawiedliwego sędziego i stwórcę, to będziemy chrześcijanami bez Boga[10].

Życie „z zawieszonym pytaniem o Boga” miało jeszcze jeden wymiar. Dla Jacka Kuronia przyjęcie perspektywy Królestwa, które nie jest z tego świata, odwracało uwagę od tu i teraz. A przecież chodziło mu zawsze o budowanie „Królestwa Bożego na ziemi”. Szansy na jego urzeczywistnienie upatrywał w ruchu społecznym – oddolnej samoorganizacji małych grup, które wspólnie realizują cel będący dążeniem każdego z członków tego ruchu. Uważał chrześcijaństwo, z jego prymatem dobra jednostki, za naturalnego sprzymierzeńca w urzeczywistnianiu tej „wielkiej ludzkiej sprawy”:

Ludzie idei, którzy chcą zanegować istniejący system społeczny, mu­szą odwołać się do etyki jednostki ludzkiej, do jej niezbywalnych praw, z których jest ona przez system wywłaszczana. Ruch, który osobę ludzką i pełne możliwości jej rozwoju przyjmie za wartości nadrzędne, musi stworzyć utopię i zanegować istniejący porządek społeczny. […] Chrześcijaństwo jest ruchem społecznym w kręgu kultury europejskiej najstarszym. Ruchem społecznym, który, powtórzmy to jeszcze raz, wniósł w naszą tradycję dobro osoby ludzkiej, a z nią uniwersalizm. Stereotypizował się, przeżywał głębokie kryzysy i wychodził z nich pod postacią nowych ruchów. Dynamika, z jaką współcześnie przezwycięża swoje, tak przecież dla naszej kultury znaczące stereotypy, jest fascynująca[11].

Lewica, Kościół, państwo

Wydaje się, że gdzieś u podstaw aksjologii Jacka Kuronia tkwi konieczność ciągłej weryfikacji wyznawanych wartości:

Dokonałem skoku w komunizm i zawierzyłem partii, zaangażowałem się w działalność i żyłem w otoczeniu ludzi, którzy współprzeżywali ze mną wiarę. Uczyniłem w życiu wiele zła, a kierowałem się przede wszystkim mocną wiarą i to ona jest moją główną winą. Nie trzeba było zamykać oczu i zawierzać wspólnocie, a zrobiłem to i na tym właśnie polega mój grzech pierworodny. Jakże więc mogę to samo zrobić jeszcze raz? […] Wiem dobrze, jak ślepe i głuche są moje zmysły, a kruchy i omylny rozum. Ale zmysły i rozum to jedyne narzędzia sumienia. Jeśli więc je ukorzę, to zrezygnuję z kierowania się sumieniem, sceduję je na wspólnotę, a tego mi zrobić nie wolno[12].

Podobnie podchodzi do Kościoła katolickiego – ceni go, nieraz wypowiada się o nim jako o ważnym uczestniku życia społecznego w kraju (i za czasów PRL, i w wolnej Polsce), jednak w jego stosunku do Kościoła hierarchicznego obecna jest ostrożność, pewnego rodzaju rezerwa, może nawet obawa związana z instytucją, która podaje do wierzenia zestaw prawd niepodlegających dyskusji:

Deklaruję: jestem chrześcijaninem – i od razu ta deklaracja wymaga rozlicznych zastrzeżeń, ograniczeń, dystynkcji. […] Nie potrafię i nie chcę przyjąć przykazań jako przykazań i dogmatów jako dogmatów. To znaczy – nie chcę i nie potrafię potraktować ich jako przedrefleksyjnych danych, niedopuszczających wątpliwości. W mojej perspektywie byłaby to rezygnacja z odpowiedzialności […][13].

Temat Kościoła instytucjonalnego powraca w rozważaniach Kuronia w latach 90., przy okazji dyskusji o wprowadzeniu do Ustawy o radiofonii i telewizji zapisu o wartościach chrześcijańskich:

Jestem przeciwnikiem wpisywania w ustawy państwowe słów: wartości chrześcijańskie. Nawet nie chodzi o ten porządek, który ma być wspólny, a więc każdego obywatela. Boję się natomiast, że zwolennicy wpisywania tych słów w ustawy nie zdają sobie sprawy, jak groźne to jest właśnie dla wartości chrześcijańskich. Kto bowiem będzie następnie interpretował prawo i – co za tym idzie – nadawał znaczenie słowom[14]?

Choć uważa się za chrześcijanina, opowiada się zdecydowanie za rozdziałem Kościoła i państwa. Co ciekawe, głównym argumentem jest tu troska o wartości chrześcijańskie, które w tej sytuacji byłyby według niego jedynie czynnikiem konfliktującym społeczeństwo. Wykorzystanie ich, aby walczyć przeciwko inaczej myślącym czy niewierzącym, uznaje za klęskę.

Bardzo ciekawe u Jacka Kuronia jest poszukiwanie punktów stycznych lewicy i chrześcijaństwa. Uważa, że rozziew między lewicą a Kościołem głęboko okaleczył i jedno, i drugie. Jest przekonany, że u swoich początków chrześcijaństwo reprezentowało wartości, które później stanowiły kwintesencję lewicowości, a nowa religia była ruchem z gruntu rewolucyjnym, bo i sam Chrystus przyszedł, by znieść uświęcony tradycją obyczaj, ustanowić porządek opierający się na miłosierdziu, nie prawie:

Całe to rewolucyjne napięcie musiało słabnąć, w miarę jak Chrystusowa Dobra Nowina stawała się religią, a więc obrzędem i obyczajem z natury rzeczy stereotypowym, zaś ruch – wspólnotą, instytucją, organizacją – dodajmy – potężną i niesłychanie trwałą. Organizacja ma swoje wymogi funkcjonalne i swoje nieuchronne deformacje. […] Deformacje w największym stopniu wpływały na związanie się instytucjonalne ze starym porządkiem (z prawicą), na jego tęsknotę za średniowieczem. Kościół głosił Dobrą Nowinę, porządek moralny, ale utożsamiał się z instytucjami, które temu porządkowi i tej Dobrej Nowinie przeczyły. W konsekwencji lewica zwróciła się przeciw Kościołowi jako ostoi porządku, z którym walczyła. Kościół instytucjonalny stawał się antytezą lewicy, zaś lewica antytezą Kościoła, i to, niestety, nie tylko instytucjonalnego, ale stopniowo i chrześcijaństwa w ogóle. W Kościele instytucjonalnym w wyniku tego odrzucenia coraz większe znaczenie miała litera, coraz mniejsze duch[15].

Z kolei lewicy zarzucał to, że – w imię swoich skądinąd wielkich ideałów – odrzuciła religię, a wraz z nią wartości transcendentne, co umożliwiło jej sięgnięcie po przemoc i terror.

Kuroniowi bliski jest Kościół pojmowany jako wspólnota wiernych na wzór pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Szuka jego mądrości w Nowym Testamencie, który jest jego stałą lekturą. Zawsze jednak czyta Biblię krytycznie, poszukuje jej pierwotnego, nieobciążonego interpretacjami sensu. Traktuje tę lekturę jako realną pomoc w zrozumieniu rzeczywistości:

Wracając do Pisma – najbardziej fascynuje mnie święty Paweł i jego wysiłek, aby wyjaśnić, że nie prawo, ale wiara jest ważna. Wiara zaś występuje z miłością i nadzieją, a z tych trzech, powiada święty Paweł, miłość jest najważniejsza[16]. Nie zakaz i nakaz, ale miłość – duch ożywia, litera zabija[17] sens całej Ewangelii. Tyle że u Pawła widać, ile to rodzi niezrozumienia. Oburzenie jednych i przeświadczenie, że Pawłowe: wszystko wam wolno[18] – znaczy unieważnienie grzechu…

Wszystkie współczesne konflikty – konserwatyzmu i postępu, i lewicy, i prawicy. Wszystko jest tam opisane. Wzrusza mnie ta rewolucyjna naiwność świętego Pawła i przejmuje strachem myśl, jak odwieczne są nasze problemy – ponadczasowe, nierozerwalnie związane z kondycją człowieka[19].

Mądrość Biblii jest dla niego nie raz pomocą w konkretnych sytuacjach działalności publicznej. W swojej autobiografii przywołuje wydarzenie z 1984 roku – władza wystąpiła wówczas z kontrowersyjną propozycją: jeśli „jedenastka” (członkowie KSS „KOR” i Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”) podpisze zobowiązanie, że na pięć lat zaprzestanie publicznej działalności politycznej, zostanie ogłoszona pełna amnestia dla więźniów politycznych:

I muszę przyznać się ze wstydem, że mnie się ta propozycja spodobała. […] Wróciłem do celi już w nocy i nie mogłem spać. Cały czas czułem, że w tej mojej zgodzie jest coś złego, tylko nie mogłem uchwycić co. Nad ranem przysnąłem i śniło mi się, że Bohdan i Małgosia Cywińscy wprowadzają Gajkę i mnie do Jana Pawła II. […] Podał mi Pismo Święte, moje w dodatku, takie zaczytane, z oderwanym grzbietem i powiedział: „Czytaj to”. Poczułem żal i pretensję: przecież ja to bez przerwy czytam, dlaczego on mi to daje? I już się budziłem.

Pomyślałem sobie, że to znak – że w Piśmie musi być odpowiedź na mój problem. Leżałem i myślałem: gdzie? Pismo jest przecież obszerne, jeśli mam mieć znak, to muszę uzyskać go do końca. Przypomniało mi się w tym momencie spotkanie z Wielkim Prymasem i to, co opowiadał o męczeństwie Eleazara[20] oraz wnioskach z niego płynących. I nagle zrozumiałem, że to jest dokładnie do mnie. Bo rzeczywiście nie byłoby żadnym grzechem podpisać zobowiązanie zaniechania publicznej działalności na pięć lat. Można by to uznać nawet za zasługę, bo robiłbym to w czystej intencji, dla wypuszczenia tamtych. Tak, ale byłby to grzech gorszenia, bo byliśmy już symbolem. Wszyscy zrozumieliby, że podpisujemy ze strachu przed więzieniem, żeby wyjść na wolność. Jedni uznaliby to za słuszne i sami podpisywaliby różne dziwne rzeczy, inni oburzaliby się na nas i byłby to dla nich wielki cios, właśnie dlatego, że byliśmy symbolem[21].

To niemożliwe, ale starać się trzeba

Postawa „aktywnej niezgody” – jak nazywał ją Adam Michnik – łączyła się u Jacka Kuronia z brakiem zaciętości, nienawiści czy pogardy dla przeciwnika, który nie był nigdy wrogiem. Nazywał zło po imieniu i z niezwykłym uporem walczył z nim, jednak nigdy z ludźmi, którzy je wyrządzali. Sprawiedliwość bez miłosierdzia, ideowość bez względu na człowieka uważał za niszczące. Jak mówił: „Moim głównym przeciwnikiem jest nienawiść, która dzieli i przeszkadza w pracy, w budowaniu demokracji”[22].

Za swoje opus vitae uważał tworzoną przez przeszło trzydzieści lat teorię działania, którą ostatecznie opublikował w 2002 roku pod tytułem Działanie. Jeśli nie panujemy nad swoim życiem, ono panuje nad nami. Jej przesłanie można streścić w zdaniu: „Żyć po ludzku – to tworzyć i kochać”. I tak żył.

W jednym z listów pisał: „Rzecz w tym, aby ze swego życia uczynić doświadczenie dla innych. To niemożliwe – wiem – ale starać się trzeba”[23].

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Ks. Adam Boniecki nazwał go „człowiekiem, który szuka”. Paradoksalnie Jacek Kuroń jest kimś, kto mimo że nie znalazł osobowego Boga, skłania także i wierzących do uważnego przyjrzenia się swojemu sacrum, a może i skorzystania z ważnego doświadczenia, jakim było jego odważne życie.

Maria Krawczyk

Maria Krawczyk – absolwentka polonistyki i neofilologii na Uniwersytecie Warszawskim oraz filozofii w Collegium Civitas. Redaktor w Wydawnictwie Ośrodka Karta. Opracowała m.in. wybór pism Jacka Kuronia Taki upór (2011) oraz korespondencji Gai i Jacka Kuroniów Listy jak dotyk (2014).



[1] J. Kuroń, K. Modzelewski, Lewica jutra: rozważna i romantyczna [zredagowany i autoryzowany zapis audycji Programu III PR], „Krytyka Polityczna” 2002, nr 2, s. 112.

 

[2] J. Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, red. A. Dodziuk, H. Łuczywo, J. Szczęsna, wyd. 3 poprawione, Warszawa 1990, s. 68.

 

[3] List do Grażyny Kuroń z ośrodka internowania w Warszawie­‑Białołęce, 14 lutego 1982 r., Kolekcja Jacka Kuronia Archiwum Ośrodka Karta (dalej: KJK), sygn. AO III/12K.28.

 

[4] List do Grażyny Kuroń z aresztu w Warszawie, 17 lipca 1977 r., KJK, sygn. AO III/12K.27.

 

[5] J. Kuroń, Zło, które czynię, „Krytyka” 1982, nr 10/11, s. 160.

 

[6] Tamże, s. 164.

 

[7] List do Grażyny Kuroń z aresztu w Warszawie, 10 lipca 1977 r., KJK, sygn. AO III/12K.27.

 

[8] J. Kuroń, Zasady ideowe, Paryż 1978, s. 59..

 

[9] J. Kuroń, Wiara i wina, dz. cyt., s. 338–339.

 

[10] Tamże, s. 342.

 

[11] J. Kuroń [pod pseudonimem: Elżbieta Grażyna Borucka], Postawy ideowo­‑etyczne a więź społeczna, „Znak” 1972, nr 6, s. 793–795.

 

[12] J. Kuroń, Wiara i wina, dz. cyt., s. 371.

 

[13] J. Kuroń [pod pseudonimem Maciej Gajka], Chrześcijanie bez Boga, „Znak” 1975, nr 4–5, s. 531–532.

 

[14] J. Kuroń, Czy w Polsce toczy się walka o rząd dusz? [dyskusja redakcyjna z udziałem Bohdana Chwedeńczuka, Bohdana Cywińskiego, Stefana Frankiewicza, Andrzeja Friszkego, Jacka Kuronia i in.], „Więź” 1992, nr 5, s. 26.

 

[15] List do Grażyny Kuroń z aresztu w Warszawie, 19 września 1982 r., KJK, sygn. AO III/12K.28.

 

[16] Są to czytelne odwołania biblijne – por. 1 Kor 13,13.

 

[17] Por. 2 Kor 3,6.

 

[18] Por. 1 Kor 10,23.

 

[19] List do Grażyny Kuroń z więzienia w Warszawie, 5 września 1982 r., KJK, sygn. AO III/12K.28.

 

[20] Eleazar, zmuszony za czasów prześladowań Żydów do zjedzenia wieprzowiny, odmawia, tym samym skazuje się na śmierć. Nie godzi się na propozycję przyjaciół, którzy chcą w tajemnicy podmienić wieprzowinę na koszerne mięso. Nie chce swoim czynem narazić innych na zgorszenie i zwątpienie w sens dochowania wierności Bogu. Zob. 2 Mch 6,18–31.

 

[21] J. Kuroń, Wiara i wina, dz. cyt., s.??.

 

[22] Kto się boi Jacka Kuronia [rozmowa J. Kuronia z A. Szostkiewiczem i A. Romanowskim], „Tygodnik Powszechny” nr 47, 2 lipca 1995 r., s.??.

 

[23] Gryps do Grażyny z ośrodka internowania w Warszawie­‑Białołęce, 3–4 lipca 1982 r., KJK, sygn. AO III/12K.34.

  

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.