Jesień 2020, nr 3

Zamów

Literatura, czyli odwieczny fejsbuk

Koźbiel:
Jedną z rzeczy, które zawsze najbardziej przyciągały mnie w Pani książkach, jest tropienie tego, co przekracza człowieczeństwo, tego, co jest nie-ludzkie, co boskie, demoniczne, transcendentne… Ewokowanie obecności tej sfery stawało się celem pisania, czy też pojawiało się spontanicznie, bo wynikało z napięcia i Pani wewnętrznych potrzeb?
Tokarczuk:
Powiem bardzo szczerze; mnie się w ogóle wydaje, że samo tworzenie – w sensie Eliadowskiego tworzenia obrazów – jest czymś, co naturalnie wyprowadza człowieka poza granice „ja”. Zawsze byłam tego świadoma, od samego początku, od pierwszej książki; i dlatego takie pisanie dawało mi ogromną satysfakcję, nawet, jeśli nie do końca podobało się to odbiorcy, a czasami i mnie samej. Jest to rodzaj bardzo szczególnej praktyki, która absolutnie pochłania i spycha ludzkie „ja” gdzieś na dalszy plan. Może jest to nawet rodzaj medytacji, bo przecież na tym medytacja polega – na zacieraniu granic ego. Akt twórczy nie jest wcale zakorzeniony w tak słabej i chimerycznej naturze, jaką jest nasze „ja”, nasze ego. To jasne, że pojawiają się w nim impulsy z nieświadomości, ze zbiorowej pamięci, z bardzo różnych źródeł, cholera wie skąd. W jakimś sensie akt twórczy jest wymazywaniem własnego ego. Mam głębokie przekonanie, że do złożenia świata w całość brakuje jakiegoś puzzla, i tego puzzla na razie nie widać, a wszystkie dostępne – nie pasują. O tym są moje książki.
To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku „Więź” wiosna 2016 (dostępnym także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.