Jesień 2020, nr 3

Zamów

Kultura do dezynfekcji?

Komuś, kto, jak ja, zajmował się w swoim czasie zawodowo dziejami Młodej Polski, tocząca się obecnie w Polsce dyskusja na temat polityki historycznej i kultury narodowej przynosi nieprzyjemne wrażenie déjà vu, a właściwie: déjà lu. Choć może brutalniej należałoby powiedzieć, że dyskusja ta przywodzi na myśl przeżycia głównego bohatera amerykańskiej komedii Dzień świstaka, w którego wcieliła się nasza zbiorowość. Gdyż dokładnie 118 lat temu – fakt, że w odmiennych okolicznościach politycznych – odbyła się identyczna wymiana poglądów, a dalszy bieg wydarzeń pokazał wkrótce, po czyjej stronie była racja.

Spór rozstrzygnięty, jedna strona konfliktu ośmieszona przez fakty? A gdzie tam! Współczesna prawica jak gdyby nigdy nic podejmuje stare argumenty i próbuje wtłoczyć nas w koleiny przebrzmiałych myśli. Może jej luminarze nie byli wnikliwymi uczniami. Zróbmy zatem krótkie repetytorium z historii literatury.

W roku 1898 czasopismo „Słowo Polskie” wszczęło atak na debiutujące podówczas pokolenie pisarzy, zarzucając mu niedostatek patriotyzmu i inspirowanie się przegniłymi miazmatami Zachodu. Stanisław Szczepanowski grzmiał:



Ci więc, którzy stoją na straży tradycji narodowych powinni zaprowadzić, że tak powiem, kwarantannę moralną, dezynfekcjonować prądy europejskie, ażeby tylko ich zdrowe pierwiastki się do nas dostały i wyszły na pożytek, nie na zgubę. Nie o to chodzi, by płynąć z lada jakim prądem, ale przeciwnie, żeby z niego dobierać pokarmu dla naszego własnego organizmu narodowego, który by zwątlał bez takiego pożywienia, ale który by zatracił swą samodzielność, gdyby się mu dał unieść.



Prawda, że brzmi znajomo? Dziś mamy dezynfekować gender, feminizm, wątki LGBT i filozofię poststrukturalistyczną, która zatraciła pojęcie prawdy. Należy ponadto porzucić „pedagogikę wstydu”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

(…) Ale mimo wszystko z historii pisarzy iberoamerykańskich wynika chyba pewien wniosek nie do przeoczenia, stanowiący moją tezę drugą. Oto ona: literatura regionalna ma szansę na karierę światową, jeśli spełnia dwa z pozoru sprzeczne warunki. Pierwszy: musi się dawać czytać poza lokalnym kontekstem (wspomniane Sto lat samotności pozostaje czytelne nawet dla odbiorców, którzy nie wpadną na to, że np. zakopane w kuchni złoto to aluzja do walki o prawa do południowoamerykańskich bogactw naturalnych; tego właśnie warunku nie spełnił Wyspiański). Drugi warunek: musi ona pozbyć się naśladownictwa, a to znaczy zrezygnować z mniemanego mistrzostwa, i wymyślić własną formę, wbrew prowincjonalnemu podejrzeniu, że „przecież tak się nie pisze” („nie kręci się filmów”, „nie wystawia sztuk”).

W tym sensie mało co tak bardzo zdradza głęboki prowincjonalizm polskiego projektu nowej polityki historycznej i wspierania kultury polskiej, jak deklarowana potrzeba „wielkiego dzieła filmowego, na miarę hollywoodzką, promującego naszą historię”. Ostatnio wielkie dni przeżywa kino islandzkie, co sprawia, że o tej zagubionej na północy wyspie mówi się chyba więcej, niż kiedykolwiek od czasu odkrycia Eddy poetyckiej. Otóż w żadnej mierze nie są to filmy na miarę Hollywoodu. Są na miarę Reykjaviku i to właśnie czyni je wydarzeniami.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku „Więź” wiosna 2016 (dostępnym także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.