Jesień 2020, nr 3

Zamów

Ks. Oko i język Pana Jezusa

W odpowiedzi na krytykę opublikowaną w „Tygodniku Powszechnym” ks. prof. Dariusz Oko powiedział „Gościowi Niedzielnemu”: „Jeśli więc ks. Charamsie nie podoba się mój język, to nie podoba mu się także język Pana Jezusa”. Argument „z języka Pana Jezusa” jest nadużywany powszechnie: przez teologów, kaznodziejów, ewangelizatorów i różnej maści głosicieli. Wielu z nich chętnie powołuje się na Pana Jezusa, nawet wtedy, gdy to, co robią, piszą, mówią jest złe, głupie, szkodliwe, antyewangeliczne. Opracowanie kaznodziejskiej metody Jezusa wciąż czeka się na rzetelne analizy, także w kontekście retoryki semickiej. I nie będzie to zadanie proste, bo jak odróżnić to, co w skuteczności nauczania Jezusa jest „z Boga”, a co „z człowieka”? Dobrze byłoby to ustalić, zanim będziemy się powoływać na Pana Jezusa i jego język.

Pewne światło na zagadnienie rzuca wydarzenie pisane przez św. Łukasza. Chodzi o wizytę w synagodze w Nazarecie (Łk 4). Kiedy Jezus zakończył czytanie z Księgi Izajasza i wygłosił swoją pierwszą, jednozdaniową „homilię”, „wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się – no właśnie jakim? – słowom, które płynęły z ust Jego”. Tłumaczenie trzeciego wydania Biblii Tysiąclecia, które stanowi podstawę do liturgii, mówi o „pełnych wdzięku” słowach. Wyrażenie takie odnosi się wyraźnie do aspektu estetycznego mowy Jezusa. Wdzięk to – jak mówi słownik – „ogół cech decydujących o tym, że ktoś sprawia dobre wrażenie; urok; czar” bądź też „cecha kogoś lub czegoś podobającego się innym i sprawiającego przyjemne wrażenie. Wdzięk może być wrodzony, można go roztaczać, można go mieć lub nie mieć. Jezus, a właściwie Jego słowa wdzięk miały, i to w stopniu najwyższym – były go pełne.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Św. Łukasz – czego świadectwo mamy już w innych wydaniach i tłumaczeniach – na wyrażenie owego „wdzięku” użył jednak słowa „charis”, którego pierwsze i podstawowe znaczenie to oczywiście „łaska”. Może więc słuchacze Jezusa dziwili się nie tyle słowom „pełnym wdzięku” co „pełnym łaski”? Ale skąd by mieli mieć świadomość owej łaski ukrytej w Jezusowych słowach? Znamienna jest w tym wszystkim reakcja słuchaczy. Słowa Jezusa wzbudzają u nich zdumienie, gdyż dominującym wrażeniem musiała być nieadekwatność Jego retorycznych zdolności wobec pochodzenia: „Czyż nie jest to syn Józefa?”. Komentarze egzegetów idą w tym właśnie kierunku: że nie chodzi tutaj o udzielanie łaski, ale piękno i atrakcyjność słowa. Joseph Benson w swoim komentarzu pisze, że Jezus wygłosił swoje myśli „z taką siłą rozumu, jasnością metody i – być może – pięknem ekspresji, że jego współmieszkańcy, którzy wiedzieli, że On nie ma nad nimi przewagi edukacyjnej, tak bardzo byli zaskoczeni, że jeden z drugim nie mogli się powstrzymać w rozmowie od wyrażenia swego podziwu”. Wiemy, jak się skończył ten epizod w życiu Jezusa. „Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta wyprowadzili aż na stok góry […], aby Go stracić”. Św. Mateusz o wizycie Jezusa w Nazarecie powie z kolei, że „niewiele zdziałał tam cudów z powodu ich [mieszkańców] niedowiarstwa” (Mt 15, 58).

Pojawiająca się w tym kontekście dwuznaczność greckiego słowa „charis” może podpowiadać nam, że jedynie piękno jest źródłem łaski. Że łaska pociąga pięknem. Całość wydarzenia każe nam jednak wnioskować jednocześnie, że nawet jeśli były to słowa piękne i przynoszące łaskę, ich skuteczność nie okazała się ani czymś pewnym, ani oczywistym. Cóż bowiem może zdziałać łaska, jeśli zderzy się z brakiem wiary? Jezus jako kaznodzieja w Nazarecie ponosi klęskę. I to nie z powodu braków retorycznych i komunikacyjnej niekompetencji. Jego kazanie było majstersztykiem, piękne, pełne wdzięku i pociągające, a jednak nieskuteczne. Nie, nie jest tak, że im się nie podobało. Przeciwnie – podobało im się bardzo to, jak mówił, ale odrzucili to, co mówił, ponieważ odrzucili Go jako Mesjasza. Mówił pięknie, ale jakim prawem? Kto Mu je dał?

Nie, piękno nie gwarantuje łaski, ale jest jej naturalnym kanałem. Nie ma też w sobie automatycznej skuteczności. Piękno można odrzucić, bo przecież nie musi się podobać, samo w sobie nie jest przecież zniewalające. Wydaje się, że Jezus podejmuje to ryzyko i pozostaje wierny swojemu retorycznemu modelowi, który prezentuje w synagodze w Nazarecie. Nawet wtedy, gdy używa wyrażeń typu „plemię żmijowe” czy „groby pobielane” nie ucieka od piękna metafory w stronę obelgi, wulgaryzmu, językowego prymitywizmu czy przemocy. Nie czyni tego ani w trakcie nauczania, ani w godzinach procesu sądowego. To bardzo ważne stwierdzenie, ponieważ dzięki temu nie można Mu postawić zarzutu manipulacji, która pojawia się zawsze wtedy, gdy słowu nadaje się dodatkowe emocjonalne konotacje, gdy słowo ma straszyć, budzić lęk albo stać się narzędziem pochlebstwa. Jezus jest od tego wolny. I dlatego Jego słowa – choć piękne i pełne łaski – narażone są na odrzucenie. Właśnie dlatego trzeba się bać mówców, teologów, kaznodziejów, głosicieli, ewangelizatorów i wszelkiej maści religijnych trybunów ludowych, którzy zdobywają szybki i natychmiastowy poklask. Ich słowa nie są bowiem ani piękne, ani pełne łaski. Są jedynie przekonujące.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.