Jesień 2020, nr 3

Zamów

Na Nowy Rok. O wolności od dyktatu chwili

Kiedy wczoraj, w Nowy Rok, śpiewaliśmy w naszej domowej kaplicy, że „leży Dzieciątko jako jagniątko”, przypomniał mi się obraz, który widziałem w jednej z kaplic monachijskiej katedry (niestety nie zrobiłem zdjęcia). Był to „Pokłon pasterzy”, na którym uwagę moją przykuł pewien bliski mi szczegół. Przy nogach jednego z pasterzy leżał mały baranek ze spętanymi nogami. Nie wiem, czy autor polskiej kolędy pt. „Nowy Rok bieży” miał na myśli to, co ja, ale przede mną znów otworzyły się wielorakie teologiczne konotacje. Że nie da się myśleć o Narodzeniu Pańskim (a może i każdym narodzeniu), bez spojrzenia ku śmierci. I chyba w tym znaczeniu miał rację Martin Heidegger, gdy pisał, że człowiek to „Sein zum Tode” – bycie zmierzające do śmierci. O ile bardziej Jego niż nasze.

Baranki czy owieczki pojawiają się w bożonarodzeniowej ikonografii w wielu kontekstach, najczęściej jako naturalna scenografia szopki czy groty. Zdarzają się jednak bardziej oryginalne przedstawienia. Niedawno dopiero natknąłem się na takie wizerunek, gdzie Maryja – tak to jest najczęściej interpretowane – trzyma w ramionach Jezusa i małą owieczkę. Można powiedzieć, że Maryja trzyma w ręku Baranka Bożego, którego losem jest wydanie na rzeź. Jeśli więc leży „jako jagniątko”, to i podobnie jak ono kiedyś zostanie poprowadzone na śmierć. Baranek pojawia się także w przedstawieniach, na których mały Jezus spotyka się czy też bawi z Janem Chrzcicielem. To oczywista zapowiedź późniejszego między nimi spotkania, gdy Jan nad Jordanem wskaże na Jezusa słowami: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”. Wizerunek typu „Pokłon pasterzy”, na których jest także baranek o spętanych nogach, idzie jeszcze dalej (tutaj: Durante Alberti) . Przywołując starotestamentalne wydarzenie, proklamuje śmierć. Analogia między Jezusem a Izaakiem wydaje się zrazu oczywista, tylko że finał obu historii jest zgoła inny.

W cytowanych już wielokrotnie „Homiliach na ewangelię dzieciństwa” Ryszard Przybylski odwołuje się do ojców Kościoła: Tertuliana i Jana Chryzostoma, by opisać teologiczną analogię, w której raz Izaak jest prototypem Jezusa, a raz obrazuje cały świat. Izaak niósł drzewo na swych plecach podobnie jak Jezus niósł drzewo krzyża, ale to Izaak został ofiarowany, lecz baranek – tak jak Chrystus został ofiarowany za wszystkie narody. Baranek był uwikłany w krzak ciernisty, Jezus został przybity do rogów krzyża, a na Jego głowie zawisła korona cierniowa. Baranek wybawił jedynie Izaaka, Chrystus – cały świat. Przybylski pisze o tym przejmująco. Jezus to „Baranek Nowego Przymierza, upatrzony przez Ojca na ofiarę za grzechy świata. Jahwe, który nie ulitował się ani nad sobą, ani nad swoim Synem, podarował jednak życie Izaakowi” (s. 138). Właśnie to „darowanie życia” Izaakowi, w którym sam się odnajduję, brzmi dla mnie przejmująco. Przecież w Izaaku, a przez Jezusa darował życie nam wszystkim. Mówił o tym papież Franciszek w homilii na zakończenie roku 2014: „Dlatego Bóg posłał swojego Syna, aby nas wybawić ceną swojej krwi. A jeśli istnieje wybawienie, to istnieje jakaś niewola. Byliśmy synami, ale staliśmy się niewolnikami, idąc za podszeptem złego. Nikt inny nie może wybawić z tej prawdziwej niewoli, jak tylko Jezus, który przyjął na siebie nasze ciało z Dziewicy Maryi i umarł na krzyżu, aby nas wybawić, wyzwolić z niewoli grzechu i przywrócić straconą godność dziecka”. W tym kontekście być może można by też odczytać obrazy przedstawiające Madonnę z Jezusem i barankiem – jako obraz dziecięctwa, które przywraca nam Jezus swoją śmiercią złożoną w miejsce świątynnego baranka. Bo w gruncie rzeczy ten wizerunek to „Niewinność” – obraz alegoryczny Williama Adolphe’a Bouguereau.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

W „Jezusie ośmieszonym” Leszek Kołakowski pisze, że „całe Jego [Jezusa] życie i całe nauczanie toczy się w cieniu dnia ostatecznego, dnia nieuchronnego Sądu” i że „bez tego apokaliptycznego oczekiwania niczego w chrześcijaństwie nie da się zrozumieć” (s. 12). Według tego filozofa główną bolączką współczesnego świata jest brak apokaliptycznego czy eschatologicznego wymiaru życia, brak pamięci o „ostatecznej godzinie”, która ma nadejść. Kontynuację tego myślenia znalazłem we wspomnianej już homilii papieża Franciszka, który powiedział: „zakończenie roku oznacza powrót do wyznania, że »ostatnia godzina« oraz »pełnia czasu« są rzeczywistością”. Tej rzeczywistości „ostatniej godziny” według św. Jana i „pełni czasu” z nauczania św. Pawła Franciszek przeciwstawia „chwilę”. „W naszej egzystencjalnej wędrówce – mówił Franciszek – ciągle istnieje tendencja, by opierać się wolności; boimy się wolności i paradoksalnie wolimy – mniej lub bardziej świadomie – niewolę. Wolność nas przeraża, bo stawia nas wobec czasu i naszej odpowiedzialności za to, by dobrze go przeżyć. Niewola tymczasem sprowadza czas do »chwili« i w ten sposób czujemy się pewniej, gdyż to pozwala nam przeżywać poszczególne chwile jako niezwiązane z naszą przeszłością i przyszłością. Innymi słowy, niewola nie pozwala nam żyć w pełni i prawdzie chwilą obecną, bo pozbawia ją przeszłości i zamyka na przyszłość, na wieczność. Niewola każe nam wierzyć, że nie możemy marzyć, wzlatywać, mieć nadziei”. No tak, nie bez kozery Faust kuszony przez Mefistofelesa zwraca się do Czasu słowami: „Verweile doch! Du bist so schön!”. Często tłumaczone jest to na j. polski jako „Trwaj, chwilo! Jesteś piękna!”, ale niemiecki czasownik „verweilen” to tyle, co ‘przebywać, bawić, zatrzymywać się’, „sich verweilen” to ‘zasiedzieć się’. A więc może: „Zatrzymaj się (czasie)! Taki jesteś piękny!”.

Czymże jest więc ta wolność, ku której wyswobodził nas Chrystus, rodząc się w Betlejem, by umrzeć w nieodległej Jerozolimie? „Jakże lubimy być zniewoleni przez sztuczne ognie, które wydają się bardzo piękne, ale w rzeczywistości trwają tylko kilka chwil! I to jest królestwo, to jest fascynacja chwilą!” – mówił papież. Być wolnym to nie dać się zwieść momentalnym wrażeniom, chwilowym doznaniom czy teraźniejszemu szczęściu bądź raczej temu, co się nim wydaje. „Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum, wódka w parku albo zachód słońca, lecz naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca” – przestrzegał poeta (sł. Michał Zabłocki), przypominając o właściwej mierze rzeczy. Niewola duchowa to także niezdolność do uniezależnienia się od tego, co przynosi chwila. A myślę tutaj także o wszelkich doraźnych sporach – nie tylko rodzinnych czy politycznych, ale także kościelnych, które zbyt rzadko – o co się upominał filozof – biorą pod uwagę eschatologiczne napięcie, ową świadomość „pełni czasu”. A ta amnezja wieczności objawia się dwojako. Jedni chcieliby, aby wszystko było tu na ziemi już tak „jako w niebie” jest. Drudzy – odwrotnie, żeby w niebie było „tak [jak] i na ziemi” jest. Zapominając – w obu przypadkach – że to jednak odmienne stany rzeczywistości.

Może trzeba nam być jak Abraham, który – jak pisał Søren Kierkegaard – milczał podczas tych trzech dni dramatycznej wędrówki na Górę Moria z synem obciążonym drewnem? Jak pisze filozof (relacjonuję za Przybylskim), Abraham niósł w swej duszy ciężar absurdalnej wiary w miłość Boga, który kazał mu zabić jego największą nadzieję – jedynego syna. A jakiej wiary trzeba było tej, która w milczeniu pójdzie za Synem na inną górę i zobaczy Go jako „na słońcu upieczonego Baranka Wielkanocnego”? Ale na to przyjdzie Czas, póki co w jednym ręku tuli Dzieciątko, w drugim – jagniątko, choć wie, że ta chwila przeminie. Czy wśród darów od pasterzy widzi spętanego baranka ofiarnego? Czy widzi już Jego przyszłość? „W jasełkach leżąc gdy płakał, już tam był wszystko oglądał”. A ona? Może lepiej wszystkiego nie widzieć i nie wiedzieć. I zdać się – nie na los, ale na miłość Boga? Czego sobie i wszystkim czytającym te słowa życzę na Rok Pański 2015!

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.