Jesień 2020, nr 3

Zamów

Ksiądz z kobietą w kinie Zajrzeć złu w twarz

Ksiądz

„Samotny wilk” – tak nazywał Marcina Wronę profesor Tadeusz Lubelski, u którego studiował filmoznawstwo, zanim zdecydował się na reżyserię. Znałem Marcina osiem lat, był sympatycznym i dobrym człowiekiem. Wysoki, prawie dwa metry wzrostu, niedoszły koszykarz, zawsze robił wrażenie człowieka zagubionego. Nadwrażliwy, jakoś bezbronny, zwracał uwagę ekscentrycznym wyglądem – jako student często zmieniał kolor włosów, dbał o fryzurę, chodził najczęściej w czarnej skórzanej motocyklówce, jak Marlon Brando w filmie Na nabrzeżach Kazana. Na ulicy zarzucał na głowę ciemny kaptur, który dodawał mu tajemniczości. Choć przekroczył czterdziestkę, wciąż przypominał młodego zbuntowanego chłopaka. Trudno się pogodzić z jego tragiczną śmiercią.

 

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Kobieta

Zrealizował zaledwie trzy filmy fabularne, ale są to obrazy, przez które przebija intensywna osobowość twórcza; filmy świadczące o tym, że był jednym z tych wybrańców losu, którzy obdarzeni zostali talentem. A talent kosztuje. Trzeba czasem niemałej siły, aby go udźwignąć, zarówno wtedy, kiedy przynosi ze sobą sukces, jak i wtedy, kiedy dzieła tego talentu są nierozumiane i niedoceniane. Nie wiem, czy świadomie, ale opowiedział o tym – niejako mimochodem – w swoim pełnometrażowym debiucie, Moja krew, z Erykiem Lubosem w roli głównej. To historia Igora, zawodowego boksera, który odniósł w sporcie spory sukces, nie tylko dzięki ostremu treningowi, ale właśnie również dzięki talentowi.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku „Więź” zima 2015 (dostępnym także jako e-book). 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.