Jesień 2020, nr 3

Zamów

Czytanie świata I lalki mają swoje losy

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Wiosną 1998 roku w okolicach Schwarzwaldu oglądałam z zapartym tchem wystawy sklepowe pełne… lalek Były to lalki-dziewczynki w bawełnianych albo aksamitnych sukienkach, zdobionych koronkami. Ich ubranka nie odsłaniały ani kawałeczka lalczynego ciała. Miały na nogach solidne buty na niskich obcasach, niektóre z nich ubrane były w pantalony, takie same, jakie noszą bohaterowie komedii dell’arte. Nie miały kuszących kobiecych kształtów. Ich porcelanowe buzie zdobił dziecięcy uśmiech. Pełno ich było w tym niemieckim lalkowym zagłębiu. Jedną z nich przywiozłam do Warszawy dla mojej wnuczki Judyty. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jej lalki, kupowane w warszawskich sklepach z zabawkami, były inne. Niemal wszystkie w stylu Barbie — miały figury modelek, lansowały najmodniejsze fryzury.

Podczas tego jedynego pobytu w Niemczech otaczały mnie lalki z lat mojego wczesnego warszawskiego dzieciństwa. Jakby cofnął się czas. Jako dojrzała kobieta, już babcia, z dziecięcym zachwytem wpatrywałam się w niemieckie lalki. Ich fantazyjne, ale i całkiem zwyczajne ubranka uszyły kobiety być może parające się chałupnictwem. Główki i rączki prawdopodobnie wykonała ręka rzemieślnika — nie było dwóch lalek jednakowych ani identycznie ubranych. Było mi wśród nich cudownie swojsko. A przecież bardzo bałam się tej podroży do Niemiec, dźwięku niemieckiego języka — wciąż pamiętałam tamte: Hände hoch, verfluchte Jude. Kiedy wpatrywałam się w niemieckie lalki, oddaliły się obrazy wojny, bombardowanej Warszawy we wrześniu 1939 roku i długie miesiące spędzone w dwóch gettach. Jakbym znalazła się z powrotem na przedwojennych warszawskich ulicach — zapamiętałam stamtąd sklepy z zabawkami i kliniki lalek. Przedwojenna pamięć kilkuletniej dziewczynki wskrzesiła jeszcze jedno.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku „Więź” zima 2015 (dostępnym także jako e-book). 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.