Jesień 2020, nr 3

Zamów

Aerozol, boskie tchnienie

Otóż widzi pan, panie Lem, tu w Kalifornii nie ma kultury, jest tylko tandeta. […] Gdyby Bóg chciał się nam tutaj objawić, zrobiłby to pod postacią puszki spreju reklamowanej w telewizji.
PHILIP K. DICK w liście do Stanisława Lema (1)

O powieści Philipa Dicka Ubik (spolszczonej przez Michała Ronikiera) pisałem kilkakrotnie (2). Kiedy zetknąłem się z nią jako trzynastolatek, była to dla mnie po prostu wciągająca lektura SF. Z czasem zacząłem jednak podejrzewać, że dziwną potrzebę powracania do niej tłumaczy jakaś zaszyfrowana treść, którą odbieram bez udziału świadomości. Wrażenie to podtrzymywały fragmentaryczne przebłyski, małe objawienia: jakieś szczegóły, pierwotnie nieprzyciągające uwagi, coraz wyraźniej kierowały myśl w stronę, której nie odwiedza się zazwyczaj za sprawą literatury rozrywkowej, a do niej właśnie zalicza się zwykle twórczość amerykańskiego pisarza.

Dziś Ubik stanowi dla mnie wzór tego, co nazywam „książkami krypto­religijnymi”. Brzmi to mniej zaskakująco niż jeszcze dwadzieścia lat temu, tymczasem bowiem dostrzeżono, że za sprawą jego autora (a także Ursuli Le Guin i kilkorga innych pisarzy) fantastyka naukowa odkryła w pewnej chwili religię. Podgatunek zrodzony z dziewiętnastowiecznego scjentyzmu, przez dziesiątki lat budowany na założeniu, że wszechświat poddaje się stopniowo ludzkiemu rozumowi, a wszelkie kulty są jedynie pozostałością po dzieciństwie ludzkości, został nagle wypełniony treściami (quasi)mistycznymi, koncepcjami teologicznymi, echami dawnych herezji.

Przypadek Philipa Dicka jest na tej drodze szczególny z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że autor Ubika miał ambicję należeć do tzw. głównego nurtu literatury i dopiero na kolejne odrzucenie jego niefantastycznej powieści przez wydawcę (podczas gdy publikowanie opowiadań SF przynosiło mu stały dochód) miał zareagować słowami: „pieprzę to, nie wiem, czy uda mi się zostać normalnym pisarzem, będę więc wszystko, co wiem, wkładać w science fiction” (3). Wkrótce „wszystko, co wiem” zaczęło wiązać się z jego pasjami religioznawczymi. Po drugie, czy to z powodu osobistych inklinacji, czy też w wyniku przebywania w środowisku kalifornijskiej kontrkultury – co oznaczało m.in. kontakt ze środkami halucynogennymi – w lutym i marcu 1974 r. pisarz przeżył serię doświadczeń, które polskiemu czytelnikowi nasuwają nieodparcie skojarzenie z tzw. wizją ognistą Juliusza Słowackiego. Od tamtej pory Dick już do śmierci w 1982 r. będzie krążył wokół zagadnień otwarcie mistycznych (jego ostatnią powieść, Transmigrację Timothy’ego Archera, trudno w ogóle zaliczyć do nurtu SF). Ubik wszakże powstał znacznie wcześniej: napisany w 1966 r., opublikowany został w roku 1969.

Rekonstrukcja fabuły po raz pierwszy

Ponieważ trudno mi zakładać, że czytelnik „Więzi” zna powieść, której ukryte przesłanie chcę zanalizować, nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować streścić jej akcję. Zgodnie z internetowym zwyczajem sygnalizuję zatem: uwaga, spoiler! (czyli fragment, z którym nie należy się zapoznawać, jeśli za niezbywalny element satysfakcji czytelniczej uznajemy zaskoczenie przebiegiem fabuły).

Na początku Ubika dowiadujemy się, że w przyszłości istnieje rynek usług… telepatycznych. Czytanie w myślach czy jasnowidzenie narusza prywatność i prowadzi do zdobywania tajemnic handlowych (takich jak stan kapitału, dochody pracowników czy charakter wdrożonych do produkcji nowinek technicznych). Dlatego obok komercyjnych firm „psi”, oferujących podobne usługi, istnieją firmy „anty-psi”, utrudniające pracę tamtym: śledzące telepatów i zakłócające działanie ich nadnaturalnych zdolności.

Bohaterami powieści okazują się właśnie ludzie firmy „anty-psi”, Korporacji Runcitera: właściciel Glen Runciter i jego prawa ręka, specjalista od pomiarów pola parapsychicznego Joe Chip. Mają kłopot, gdyż z rynku znikają kolejno najznakomitsi telepaci, ludzie z firmy Raya Hollisa, przez co popyt na usługi „anty-psi” maleje, a poza tym nie wiadomo, co właściwie knuje konkurencja. Glen udaje się w tej sytuacji po radę do… nieżyjącej żony. Oto bowiem drugi ważny wynalazek tego świata: moratoria, gdzie zmarłych przechowuje się w chłodniach i podtrzymuje ich gasnące procesy umysłowe, pozwalając przez pewien czas zachować z nimi kontakt, zanim nie odejdą na zawsze, być może ku ponownym narodzinom. Niestety, w Moratorium Ukochanych Współbraci, gdzie znajduje się ciało Elli Runciter, przebywają też zwłoki młodo zmarłego Jorry’ego Millera, którego aktywność mentalna przyćmiewa aktywność Elli i nie pozwala Glenowi z nią porozmawiać.

Joe Chip poznaje tymczasem dziewczynę, Pat Conley, której zdolności nie mieszczą się w dotychczasowych ramach: Pat, jeśli się skupi, potrafi cofnąć czas i zmienić przeszłość (więc pośrednio także i jej następstwa, przez co jest cennym nabytkiem w walce z jasnowidzami, których przewidywania unieważnia). Razem z Glenem i grupą jego pracowników wyruszają oboje do pracy, Korporacja bowiem otrzymała wreszcie atrakcyjną, choć nieco podejrzaną ofertę: prawdopodobnie wszyscy pracownicy Hollisa skupili się w tajnym przedsiębiorstwie zlokalizowanym na Księżycu i tam właśnie należy im zacząć przeszkadzać. Niestety, oferta okazuje się prowokacją: po przylocie naszych bohaterów na miejsce dochodzi do terrorystycznego zamachu bombowego, w wyniku którego ginie właściciel Korporacji Runcitera.

Cała grupa wraca w pośpiechu na Ziemię, wioząc ciało Glena, by jak najszybciej umieścić je w moratorium. Kontaktu ze zmarłym nie udaje się jednak nawiązać. Co gorsza, świat wokół zaczyna się zmieniać: przedmioty się starzeją, na pieniądzach pojawiają się portrety Runcitera, pozostałe realia cofają się do stanu sprzed drugiej wojny światowej, kolejni pracownicy Korporacji umierają pod wpływem nieznanego czynnika, który odbierają jako śmiertelne zimno i błyskawiczne starzenie się, a ich ciała wyglądają po śmierci jak mumie zasuszone setki lat wcześniej. W najdziwniejszych miejscach (od napisu w toalecie publicznej po reklamówkę telewizyjną) pojawiają się natomiast komunikaty sygnowane przez Glena Runcitera, z których wynika wreszcie, że w zamachu bombowym nie zginął on, lecz jego towarzysze (z Joem włącznie) – i leżą teraz w moratorium, a on, jedyny żywy, próbuje z nimi nawiązać kontakt. Poddający się czasowemu regresowi świat jest zaś projekcją umysłu Jorry’ego Millera, który dla dodania sobie sił pożera ich kolejno jako energetyczny wampir. Jedyny środek obrony przed Jorrym stanowi tytułowy ubik – aerozol, który podtrzymuje stan życia, czy raczej półżycia, ludzi zamrożonych w moratorium. Desperackie wysiłki Joego, aby w pseudoświecie zmarłych zdobyć ubik, który zresztą wynalazła (!) Ella Runciter, wypełniają resztę książki, aż do ostatniego rozdziału. W nim trafiamy znowu, jak się wydaje, do świata żywych: Glen kończy rozmowę z zamrożonym Joem i płaci napiwek technikowi z moratorium, ten jednak kwestionuje otrzymane pieniądze. Na monecie widnieje profil Joego Chipa, Glen staje więc przed zagadką, którą czytelnik już zna: to początek procesu regresji widzialnego świata.

Dodajmy, że każdy z rozdziałów opatrzony jest mottem naśladującym teksty reklamowe. Przedmiot reklamy za każdym razem nazywa się ubik, ale pod tą nazwą kryją się kolejno: niezidentyfikowany bezszmerowy aparat elektryczny, piwo, kawa rozpuszczalna, sos do sałatek, lekarstwo na żołądek, golarka, płyn do czyszczenia mebli, kasa oszczędnościowo-pożyczkowa, odżywka do włosów, antyperspirant, środek nasenny, przyprawa do jedzenia, biustonosz, folia do żywności, odświeżacz oddechu, płatki śniadaniowe oraz…

Treść ostatniego motta ujawnię nieco później.

Science fiction na niby

Na początku powieści poznajemy datę dzienną rozpoczęcia akcji: 5 czerwca 1992 r. Fakt ten budzi dziś ten sam uśmiech, z jakim przypominamy sobie inne daty z dziejów SF, jak tytuł serialu Kosmos 1999 czy książki, a potem filmu 2001: Odyseja kosmiczna. W momencie opublikowania Ubika ta data miała jednak szczególny wydźwięk: czyniła powieść nonsensowną, jeśli pamiętać o ówczesnej ambicji SF, by serio przewidywać prawdopodobną (!) przyszłość.

Oto bowiem, jak się dowiadujemy, w organizmie Glena Runcitera mnóstwo jest sztucznych organów, a on sam jest po dziewięćdziesiątce, co oznacza, że musiał się urodzić przed rokiem 1902. W momencie, kiedy amerykański czytelnik sięgał po nową powieść Dicka (1969!), powinien był szukać odpowiednika tego bohatera wśród ludzi, którzy mają około siedemdziesięciu lat. Żeby zatem padające w książce zdanie o Glenie: „nie można już teraz określić wieku na podstawie czyjegoś wyglądu” (s.15)(4) miało sens, sztuczne organy, zapewniające pozorną młodość, musiałyby zacząć być używane już wkrótce po publikacji powieści, tymczasem dopiero w 1958 r. wszczepiono pierwszy rozrusznik serca – o sztucznych organach w ścisłym sensie nie było jeszcze mowy. Zmarły Jorry Miller ma na sobie ubranie z połowy XX wieku, co sugerowałoby, że już wtedy działały moratoria; a w każdym razie od początku lat 80., skoro Ella Runciter zamrożona jest od ponad dziesięciu lat.

Prawie dekadę wcześniej Dicka spotkał już protest w związku z podobną grą. W 1960 r. wydawnictwo odrzuciło jego powieść pt. Marsjański poślizg w czasie, rozgrywającą się w roku 1994. Szef oficyny tłumaczył po latach: „To obrażało moje fantastycznonaukowe poczucie. W tym czasie nie mogło być kolonii na Marsie. Gdyby dodał sto lat, książka by mi się podobała”(5). W Ubiku pisarz robi z premedytacją to samo: podając dokładne daty, sygnalizuje od razu, że nie zamierza przewidywać przyszłości, a konwencja SF jest dla niego właśnie jedynie konwencją. Tu i ówdzie zgłasza swój dystans i na inne sposoby. Gdy na przykład opisuje z absurdalną szczegółowością absurdalne stroje swoich bohaterów („Włożywszy brązową sportową opończę, buty o błyszczących, zadartych ku górze czubkach i filcową czapkę z pomponem, zaczął rozglądać się po kuchni” – s. 30; „ubrany [był] w eleganckie spodnie z kory brzozowej, przezroczystą kurtkę przepasaną konopnym sznurem i wysoką czapkę maszynisty kolejowego” – s. 64). Albo gdy podaje nazwę statku kosmicznego, którym nasi bohaterowie udają się na Księżyc: to Pratfall II, czego tłumacz nie odważył się już spolszczyć, gdyż jest to potoczne określenie „kompromitacji”, „wtopy”, „klapnięcia na zadek” (prat = palant, głupek, fall = upadek)(6). Jakby mówił: Chcieliście powieści fantastycznonaukowej? No to ją macie i odczepcie się, bo mam wam do powiedzenia coś ważniejszego…

Sygnały naprowadzające

To „coś ważniejszego” tworzy w gruncie rzeczy alternatywną akcję w Ubiku, do której kierują pewne szczegóły, kulturowe aluzje przy pierwszej lekturze zazwyczaj umykające czytelnikowi SF.

Oto kiedy Joe Chip poznaje Pat Conley, dowiadujemy się, że ma ona „cerę o miedzianym odcieniu i duże, ciemne oczy” (s. 31); w późniejszym opisie tej postaci czytamy, że była to „dziewczyna o czarnych, błyszczących oczach i czarnych, lśniących włosach”, a jej „wyrafinowana uroda promieniowała na cały pokój, jakby oświetlając go silnym, posępnym płomieniem” (s. 52). Na jej ramieniu wytatuowany jest napis „caveat emptor” (czyli po łacinie „niech się strzeże kupujący”), co widząc, Joe pyta, nie wiedzieć czemu: „Czy to po hebrajsku?” (s. 32). W swoich książkach Dick wielokrotnie drwi z braku wykształcenia swoich bohaterów, ważny jest jednak w tym momencie bieg skojarzeń, który kazał bohaterowi zadać takie pytanie. Zwłaszcza że chwilę później Pat, określając swoje zdolności, charakteryzuje je dość dziwnie: „Wydają mi się one takie… negatywne. […] Nie potrafię nic: ani poruszać przedmiotów, ani zamieniać kamieni w chleb, ani rodzić dzieci bez zapłodnienia czy odwracać procesów chorobowych u osób dotkniętych jakąś przypadłością” (s. 33). Do zamienienia kamieni w chleb kusił Jezusa Szatan, dziecko bez zapłodnienia urodziła Maria, chorych uzdrawiali Jezus i apostołowie. A odwołującą się do tych zdarzeń dziewczynę mamy sobie wyobrażać, mimo jej jankeskiego imienia, jako piękną Żydówkę.

Kiedy z kolei Joe, przebywając prawdopodobnie w stanie półżycia, zobaczy wreszcie Jorry’ego – kreatora pseudoświata, do którego trafili nasi bohaterowie – opis postaci brzmi następująco:

jego czarne okrągłe oczy […] patrzyły na niego spod zmierzwionych brwi. […] duże uszy o wielkiej ilości zwojów nie pasowały do oczu, wyglądających, jakby były z chityny. […] – No i ten nos – pomyślał Joe – zbyt wąski, ostro zakończony, o wiele za długi. – Nawet podbródek nie harmonizował z kształtem twarzy; widoczna w nim była głęboka szczerba, rysa sięgająca najwyraźniej w głąb kości… – Jak gdyby – pomyślał Joe – twórca tego stworzenia zadał mu cios, pragnąc je zniszczyć. Ale […] chłopiec nie pękł […] na przekór nawet swemu twórcy, szyderczo wykrzywiając się do wszystkich (s. 219–220).

W Raju utraconym Johna Miltona spotkamy taki opis Lucyfera:

Przyćmiony, jaśniał ów archanioł bardziej
Niż inni: jednak w obliczu głębokie
Bruzdy mu wyrył piorun i osiadły
Troski na licu bladym […]
[…] pomniki chwały,
Mocy i sztuki będą przewyższone
Z łatwością przez te zbuntowane duchy,
Które w godzinie stworzą tyle, ile
Trud nieprzerwany rąk nieprzeliczonych
Przez wieki ledwie umiałby wykonać(7). (podkr. – JS)

Zaczynając dostrzegać, że w powieści fantastycznonaukowej natknęliśmy się na demoniczną Anty-Madonnę i Szatana samego, policzmy bohaterów lecących na Księżyc – odkryjemy wówczas, że jest to dwunastu pracowników korporacji oraz Glen Runciter. Joe – to prawda, że w szoku po śmierci szefa – powie, że ów „oddał życie, aby ocalić nas” (s. 98). A zatroskany, czy uda się nawiązać kontakt ze zmarłym Runciterem, powtarza za włączonym akurat nagraniem Missa Solemnis Beethovena: Libera me, Domine (s. 97).

Pora na przemilczane w próbie rekonstrukcji fabuły motto ostatniego rozdziału. Ono, jak sądzę, usprawiedliwia całkowicie powyższe wywody. Brzmi bowiem tak:

Ja jestem Ubik. Zanim świat był, jam jest. Stworzyłem słońca. Stworzyłem światy. Stworzyłem istoty żywe i miejsca przez nie zamieszkiwane; umieszczam je to tu, to tam. Idą, gdzie im każę, robią, co im polecę. Jestem słowem i nigdy nie bywa wypowiedziane moje imię – imię, którego nikt nie zna. Nazywają mnie Ubik, ale nie to jest moje imię. Ja jestem. Ja będę zawsze (s. 241).

W powieści przeczuwa to już wcześniej Joe: „Runciter i Ubik. Ubiquity – to znaczy wszechobecność – uświadomił sobie nagle” (s. 147).

Dygresja o horyzontach myślowych autora

Wypada w tym momencie zatrzymać się na chwilę, sceptyczny czytelnik ma bowiem prawo wciąż sądzić, że subtelna siatka aluzji, kierujących do religijnego odczytania powieści, utkana jest przez interpretatora, który wykorzystuje składniki obecne tam przez przypadek. Filolog mógłby odpowiedzieć, że stan świadomości autora go nie interesuje: zdarzają się teksty kultury, które nabrały znaczeń bez woli swoich twórców, i nie ma przecież sensu analogiczny protest, że Sofokles wielce by się zdziwił, dowiedziawszy się, co w jego Królu Edypie znalazł Freud, ani też, że Mervin Cooper, kręcąc w 1933 r. King Konga, nawet nie pomyślał o problemie relacji między naturą i kulturą.

W przypadku Ubika taka zuchwała odpowiedź sprawiłaby jednak, że nie dostrzeglibyśmy całej osobliwości pisarstwa Dicka. Rzecz bowiem w tym, że ten autor literatury zaliczanej nie bez powodu do kultury pop wykraczał znacznie poza zwyczajne dla niej horyzonty myślowe. „Zakres jego lektur był prawie nieograniczony” – stwierdza biograf pisarza(8). Dick w wieku dwudziestu paru lat wielokrotnie przeczytał Finnegans Wake Joyce’a; wśród jego stałych lektur były m.in. Biblia, rękopisy znad Morza Martwego, Bhagawadgita, Stendhal, Flaubert, Maupassant, teksty gnostyckie i kabalistyczne, m.in. Mojżesz Majmonides. Nieźle czytał po łacinie. W okresie pisania Ubika rozczytywał się w Symbolu przemiany w mszy Carla Gustava Junga, którego koncepcje próbował wykorzystać po latach, gdy starał się zrozumieć wizje, jakie nawiedziły go w pierwszych miesiącach 1974 r. Jak pisał Lawrence Sutin:

Dla Dicka gnostycki pogląd, że nasz świat jest iluzoryczną rzeczywistością stworzoną przez złe podrzędne bóstwo, był nieodparcie pociągający. […] Nie znaczy to, że Dick z przekonaniem uznałby się za gnostyka, ale jako pisarz w sposób naturalny ciążył ku teoriom, które pobudzały jego wyobraźnię i pozwalały tłumaczyć jego przeżycia(9).

Na dwa lata przed napisaniem Ubika Dickowi przydarzyło się coś jeszcze. Poznał mianowicie ekstrawaganckiego biskupa Kościoła episkopalnego Kalifornii, Jamesa A. Pike’a. Ów „dostarczył mi podczas naszych rozmów przebogatego materiału teologicznego” – wspomina pisarz w przedmowie do Labiryntu śmierci(10). Ich spotkania wypełniały dyskusje religijne, zapewne zresztą mało ortodoksyjne, zważywszy, że Pike został niebawem zdymisjonowany i wyrzucony ze swojej wspólnoty za mieszanie chrześcijaństwa z… zoroastrianizmem. Wkrótce gorącą przyjaźń zakłóci śmierć kochanki Pike’a (!), która była równocześnie znajomą Dicka, sam zaś eksbiskup zginie tragicznie na pustyni w Izraelu. Nieomal reporterską relację o tych wydarzeniach stanowi wspominana już przeze mnie ostatnia powieść Philipa Dicka: Transmigracja Timothy’ego Archera.

W zoroastrianizmie, o którym prawdopodobnie opowiadał pisarzowi dziwaczny duchowny, podobnie jak w gnozie manichejskiej, świat jest areną walki dobrego, lecz odległego Stwórcy ze złym demiurgiem, wobec której ludzie nie mogą być obojętni.

Joe Chip, dotarłszy w pseudoświecie zmarłych do wynalazczyni ubika, Elli, mówi: „Jorry nas niszczy, a pani próbuje nam pomóc. Za panią, tak jak za Jorrym, nie stoi już nikt. Dotarłem do istot znajdujących się na obu końcach” (s. 232).

Próba rekonstrukcji fabuły po raz drugi

Spróbujmy teraz zrekonstruować podskórną akcję tej kryptoreligijnej powieści.

Dwanaście osób ze swoim Mistrzem wyrusza w podróż, która kończy się tragicznie: Mistrz zostaje zabity („oddał życie, aby ocalić nas”). Pozostała dwunastka (w tym jeden zdrajca: demoniczna Pat) uświadamia sobie, że świat, w którym żyją, nie jest światem prawdziwym, lecz złudzeniem stworzonym przez złego demiurga. Pomagają im to zrozumieć krótkotrwałe objawienia Mistrza, udzielającego im Prawdy. Demiurg jest szatański i niesie śmierć, ale prawdziwe istnienie podtrzymuje boskie tchnienie, zamknięte w puszce aerozolu (!) przez Boską Mądrość (funkcją Elli jest, przypominam, udzielanie rad).

Obecność Złego, przeciwko któremu walczą ludzie, wspierani przez Trójcę: Mistrz-Glen, Ella i Ubik, zdradza nadchodzące zimno. W obrębie powieści fantastycznonaukowej pochodzi ono z chłodni, w której znajdują się ciała naszych bohaterów. W powieści kryptoreligijnej wywodzi się ono z innego ważnego dla naszej kultury tekstu: z Boskiej komedii Dantego:

Więc się cofałem drżąc w zimnym powiewie
Za plecy Wodza, jedyne schronisko.
Stałem już, ledwo śmiem powtórzyć w śpiewie
Tam, gdzie tłum cieniów pod korą lodową
Przeświecał niby źdźbła w szklanej polewie.
[…]
Cesarz władnący nad krainą nędzy,
Z lodu wysterczał do połowy łona […]
  Jako nietoperz miał nieupierzoną
Skrzydeł pokrywę, a gdy nimi śmigał […]
  Od tego wiania Kocyt w lód zastygał(11).

Wszystko byłoby dobrze i mógłbym już zakończyć ten tekst, gdyby nie ostatni rozdział, w którym Glen widzi z kolei na monetach profil Joego Chipa. Znajduje się zatem w sytuacji analogicznej do sytuacji swoich pracowników, w stosunku do których pełnił dotąd rolę Mistrza, czy – powiedzmy to wyraźniej – Zbawcy. Ten zwrot akcji zdaje się burzyć zaproponowaną interpretację.

Problem ostatniego rozdziału

Ostatni rozdział budzi mój niepokój od czterdziestu lat i z biegiem czasu zacząłem podejrzewać, że to jest właśnie jego podstawowa funkcja. Gdyby go bowiem nie było, powieść kończyłaby się kojącym happy endem: Joe dotarł do Elli, ta obiecała mu za darmo „Puszkowany Absolut” (jak go nazwał Lem ), sprawa została rozwiązana, a my możemy żyć beztrosko dalej. Zniszczenie logiki opowieści w połączeniu ze złowróżbnym zdaniem ostatnim („Ale to był dopiero początek”, s. 242) pełni taką rolę, jak zakończenie opowiadania Cortazara Ciągłość parków (w którym ginie… czytelnik) czy finał wiersza Mikołaja Sępa Szarzyńskiego Napis na statuę albo na obraz śmierci:

I wy, co to ćcicie [czytacie]
Prawda, że nie wiécie
Czyli nie przymierza
Ta sroga sąpierza [zdrajczyni]
Któremu do szyje.
Strzeż się: oto bije (13).

Czytelnik ma poczuć przez chwilę ostrze kosy na swojej szyi. Ubika mamy odłożyć z nieprzyjemnym podejrzeniem, że „wszystko może być fałszerstwem, od znaczków, przez skamieniałości, po czarne dziury w kosmosie. […] Z chwilą, kiedy się dopuści tę myśl, albo wątpliwość, do głowy, jest się gotowym do rozważania kwestii Boga”(14) (według sformułowania z późniejszej powieści tego samego autora pt. Valis).

Istnieje jednak inny sposób rozumienia ostatnich dwóch stron książki. Wiąże się on z ideą obecną w wielu heterodoksyjnych nurtach religijnych, od pewnych odmian Kabały, przez gnozę chrześcijańską, aż po wschodnioeuropejską sektę frankistów. Dick napomyka o niej we wspominanej tu już swojej ostatniej powieści, Transmigracja Timothy’ego Archera. Tytułowy bohater – przypomnijmy: wzorowany na biskupie Jamesie A. Pike’u – wyjaśnia tam swoje koncepcje (budzące zresztą w narratorce rosnącą dezaprobatę), mówiąc m.in.: „Chrystus to jest rola, a nie osoba”(15). Mówiąc ogólniej i nie tak drastycznie: rolę Pośrednika, realizującego Boskie plany wobec świata, mogą pełnić rozmaite osoby. Ella Runciter, obiecując Joemu dożywotnie dostawy ubika, prosi go, by ją zastąpił w walce z Jorrym i w pomaganiu mężowi (sama oczekuje reinkarnacji). Jeśli więc Glen przeoczył własną śmierć (na przykład na serce, w budynku moratorium), w stanie półżycia to Joe będzie jego przewodnikiem.

Nawiasem mówiąc, po wszystkim, co wyżej zostało powiedziane, oczywiste wydaje się, że pytania Glena Runcitera, wpatrującego się w pięćdziesięciocentową monetę: „Czyj to profil? […] Kto widnieje na wszystkich tych monetach?” (s. 242) stanowią powtórzenie kwestii wygłoszonej nad denarem: „Czyja to podobizna i napis?” (Mk 12,16) (16) . Do kogo należy ten świat – pieniądze to przecież jego krwiobieg – i kto nim rządzi: demoniczny Jorry? Właśnie nominowany na Zbawcę Joe Chip? Ktoś, kogo nie znamy – Ten, którego nazywają Ubik?

Powieści Philipa Dicka powstawały w okresach szybkiej i gorączkowej pracy, prawdopodobnie ze wspomaganiem farmakologicznym – trudno bowiem uwierzyć, że bez niego pisarz potrafiłby pisać przez dwa tygodnie i dłużej, prawie bez przerw na jedzenie i sen. Wspominam o tym, by czytelnik nie oczekiwał u podstaw Ubika precyzyjnej struktury sensów. Jest to wszakże jedna z pierwszych książek tego autora, w których omawiana tu problematyka pojawia się tak konsekwentnie, choć ciągle jeszcze jedynie za pośrednictwem szyfru, nienarzucającego się czytelnikowi jako oczywistość. Temat religii, objawienia, Boskich ingerencji w nasze życie zostanie poruszony, już zupełnie otwarcie, dopiero w trzech ostatnich utworach, zwanych przez interpretatorów trylogią Valis (choć nie są całością fabularną, stanowią trzy literackie komentarze do tych samych wizji z 1974 r.: Valis, Boża inwazja i Transmigracja Timothy’ego Archera). Wcześniej amerykański pisarz opowiada o swoich poszukiwaniach duchowych, a niekiedy wprost teologicznych, kryjąc się za konwencją SF, uprawiając, rzec można, mimikrę wobec zeświecczonej kultury masowej i szerząc w niej swoistą kontrabandę: metafizyczny niepokój, zaczątek doświadczenia sacrum.

Gdyby Dick – ze swoimi pasjami, niepokojami i predylekcjami do stanów quasi-mistycznych – urodził się w innym stuleciu, zostałby zapewne herezjarchą (który niewątpliwie raczej wcześniej niż później wzbudziłby zainteresowanie inkwizycji…), choć z drugiej strony trylogia Valis dowodzi, że nawet pod koniec życia nie pozbył się zdrowej dawki autoironii i dozy sceptycyzmu wobec własnych przemyśleń. Zagubiony w XX wieku w Kalifornii, której dorobek kulturalny (z kontrkulturą włącznie) oceniał ambiwalentnie, przebrał się za pisarza fantastycznonaukowego, świadomego przecież kostiumu. „Nie jestem powieścio­pisarzem, tylko beletryzującym filozofem, swoje zdolności pisarskie wykorzystuję jako narzędzie do wypowiadania mojego postrzegania świata”(17) – pisał o sobie na rok przed śmiercią. „Filozofię” należy w jego przypadku rozumieć nie tyle jako miłość mądrości, ile miłość Boskiej Mądrości, tęsknotę do Światła, które – być może – dotknęło go w serii wizji z roku 1974. „To pojawiło się – w żywym ogniu, z błyszczącymi kolorami i zrównoważonymi wzorami – i uwolniło mnie od wszelkiej niewoli, wewnętrznej i zewnętrznej”(18) – notował w zachwyceniu. Ale zmaganie się Dicka z doświadczeniem mistycznym to osobna historia, do której jego Ubik stanowi jedynie fascynujący wstęp.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski – pisarz, eseista, dziennikarz Programu Trzeciego Polskiego Radia. Członek Rady Języka Polskiego. Wydał m.in. Ach, Szkice o literaturze i wątpieniu, Apokryf Agłai, Wielościan, Instalacja Idziego, ostatnio ukazały się: Wszystko zależy od przyimka, Spotkamy się w Honolulu. Należy do redakcji „Więzi” i Zespołu Laboratorium „Więzi”. Mieszka w Warszawie.

1. Cyt. za L. Sutin, Philip K. Dick. Boże inwazje, tłum. L. Jęczmyk, Poznań 1999, s. 292.
2. Najobszerniej w eseju Więcej niż 130 nocy (w: J. Sosnowski, Czekanie cudu, Warszawa 2008, s.154–167), w którym na marginesie tomu Jacka Podsiadły Arytmia odczytywałem jeden z wątków powieści Dicka jako opis doświadczenia depresji. Pierwszą wersję niniejszego tekstu przedstawiłem jesienią 2014 roku w Krakowie na spotkaniu z licealistami z cyklu pt. „Lekcje czytania”, zorganizowanego przez redakcję „Tygodnika Powszechnego”.
3. Relacja Iskandara Guya, znajomego pisarza, za: L. Sutin, Philip K. Dick. Boże inwazje, dz. cyt., s. 134.
4. Cytaty z powieści, według wydania: Ph. K. Dick, Ubik, tłum. M. Ronikier, Kraków 1975, lokalizuję w tekście głównym, bez odsyłania do przypisów.
5. Słowa wydawcy, Dona Wollheima, cyt. za L. Sutin, Philip K. Dick. Boże inwazje, dz. cyt., s.178.
6. Por. L. Sutin, Philip K. Dick. Boże inwazje, dz. cyt., s. 225.
7. J. Milton, Raj utracony, tłum. M. Słomczyński, Kraków 2002, s. 29 i 32.
8. L. Sutin, Philip K. Dick. Boże inwazje, dz. cyt., s. 20. Więcej o lekturach Dicka: tamże, s. 20 i 122–123.
9. Tamże, s. 193.
10. Ph. K. Dick, Od autora, w: tenże, Labirynt śmierci, tłum. A. Nakoniecznik, Warszawa 1992, s. 5. Przedmowa do powieści z roku 1968 została napisana prawdopodobnie przy okazji wznowienia jej w roku 1970.
11. Dante Alighieri, Boska komedia, tłum. E. Porębowicz, Warszawa 1975, s.171–172 (Piekło, Pieśń XXXIV)
12. S. Lem, Posłowie, w: Ph. K. Dick: Ubik, dz. cyt., s. 263.
13. M. Sęp Szarzyński, Rytmy abo wiersze polskie, Kraków 1858, s. 3.
14. Ph. K. Dick, Valis, tłum. L. Jęczmyk, Poznań 1994, s. 37.
15. Ph. K. Dick, Transmigracja Timothy’ego Archera, tłum. L. Jęczmyk, Poznań 1999, s. 124.
16. Cyt. wg wydania: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem. Opracował Zespół Biblistów Polskich z inicjatywy Towarzystwa Świętego Pawła, Częstochowa 2011.
17. Cyt. za: L. Sutin, Philip K. Dick. Boże inwazje, dz. cyt., s. 23.
18. Fragment tzw. Egzegezy: „pisanego przeważnie ręcznie dziennika, liczącego około ośmiu tysięcy stron”, w którym Philip Dick rozważał swoje doświadczenia z lutego i marca 1974 r. i komentował powstałą w ich wyniku powieść Valis, cytuję za: L. Sutin, Philip K. Dick. Boże inwazje, dz. cyt., s. 311.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.