Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Piekło i miłość

Jan Komasa swoim Miastem 44 podzieli widzów i krytyków, o czym świadczą pierwsze reakcje po projekcji niegotowego jeszcze filmu na Stadionie Narodowym. Reżyser tak opowiada o swoich dylematach: „Mogłem zrobić polskie Sin City albo kino akcji a la Tarantino, do czego mnie zresztą namawiali koledzy. Zdecydowałem się na prostszą formę, bardziej klasyczną. Dopiero w drugiej połowie Miasta 44 narracja się rozwibrowuje, zaczyna przypominać trans jak w Idź i patrz Elema Klimowa. Za sprawą silnych przeżyć i emocji bohatera obraz przestaje być realistyczny, staje się subiektywny, impresyjny. Widzimy tylko to, co on. Kiedyś łączniczka z powstania zwierzyła mi się, że ona nie wie, co kto do niej mówił, zapamiętała za to barwy, zapachy. Człowiek, z którym rozmawiała, zlał się jej ze ścianą i ogniem. Tak działał umysł 18-latki. Do tego dochodzi zmęczenie, strach, hormony, adrenalina”.
Trans — to może najlepsze słowo określające atmosferę tego filmu. Zrealizowany jest w konwencji popowej, choć Komasa nie epatuje nią widza. Na pewno nie jest to film w typowo hollywoodzkim stylu. Miasto 44 to także kino drogi, chronologiczne, bez żadnej alinearności. Bohaterowie podążają szlakiem oddziału „Radosława”. Ścieżka muzyczna to połączenie utworów orkiestrowych i dubstepu, a także piętnastowiecznych madrygałów z utworami z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku i Clair de Lune Debussy’ego. Film Komasy krytykowany jest za okrucieństwo. Taki zarzut pachnie hipokryzją.
To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku WIĘŹ jesień 2014 (dostępnym także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.