Czytanie nowoczesnej poezji natrafia na zasadnicze trudności, komplikując radość obcowania z wierszem. Wiem, że teraz należałoby uściślić, co się rozumie przez nowoczesność, trudność, radość itd., ale już z tą chwilą zaczynam wikłać się w aporie i paradoksy, niczego jeszcze nie wyłuszczywszy, jak należy. To tak jak z czytaniem Norwida, który jawi się jako prekursor komplikacji i rozdarcia. Komplikacja dotyczy jasności przesłania, zaś rozdarcie między innymi i tego, czy dobrze zrozumiałem, czy jestem odpowiednio uposażony i upoważniony do zrozumienia, czyli łączenia się z autorem w odbiorczej wspólnocie. Być może blisko tych zagadnień lokuje się kwestia „stosowności”, to jest poetyckiego obrazowania trzymającego się przyjętych od wieków zasad, retoryki nieodbiegającej od oczekiwań. I zaraz następne pytanie: kto oczekuje i czego właściwie? Teraz musimy wyobrazić sobie hipotetycznego odbiorcę, który wychował się na określonych przez tradycję wzorach i oczekuje, że tylko nieznacznie zmodyfikowane pojawią się w czytanych przezeń wierszach. Łatwo się domyślić, że dezorientacja owego czytelnika przy obcowaniu z tekstami Norwida była spora i rodziła w efekcie niechęć, gest odrzucenia.
I tak, idąc śladem Norwida, spoglądam na XX wiek, w poezji polskiej pełen twórców wręcz metodycznie dezorientujących odbiorcę, z premedytacją godzących w łatwość oczekiwań i spełnień. Czy nie możemy więc mówić o podkopywaniu zdrowych zasad czytelniczej wspólnoty? O załamywaniu się pierwszej stosowności?
To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku WIĘŹ jesień 2014 (dostępnym także jako e-book).
W piątek, 12 kwietnia 2024, o godz. 16:30 w gdańskim Olivia Centre odbędzie się dyskusja panelowa „Spotkanie przy studni”.
Więcej