Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dziedziniec dialogu Rozkminić Boga

Katarzyna Jabłońska
W puckim hospicjum spotkałam wykształconego, wrażliwego zakonnika, który w ramach swojej formacji odbywał tam wolontariat. Opowiedział mi o takim swoim doświadczeniu: kilka razy w ciągu dnia chodził do pokoju pacjentki – niespełna 40-letniej kobiety, wycieńczonej chorobą nowotworową. Spotykał tam często jej męża. W dniu, kiedy rozpoczęła się agonia kobiety, ten złamany cierpieniem mężczyzna zapytał zakonnika: Dlaczego? Ona była przecież dobrym człowiekiem, kochającą żoną i matką, głęboko wierzącą katoliczką. Dlaczego właśnie ona musi tak cierpieć i przedwcześnie nas osierocić? Zakonnik, poruszony tym doświadczeniem, skarżył się, że nie umiał znaleźć odpowiedzi ani słów pocieszania. Co ty, Janie, odpowiedziałbyś temu mężczyźnie?
 
Ks. Jan Kaczkowski
Wcale się nie dziwię, że ten pełen empatii i współczucia ksiądz stanął bezradny wobec pytania mężczyzny. I dobrze! Gdyby udawał, że zna na nie odpowiedź, byłby żałosny. Najlepsze, co można w takiej sytuacji zrobić, to przyznać się choremu i jego rodzinie do naszej bezradności. I – jeśli zechcą – być przy nich i z nimi w tym bolesnym czasie.
Ksiądz nie musi mieć gotowych odpowiedzi na każde pytanie, a nawet nie powinien. Bo jaką odpowiedź można było dać temu mężowi, który najpierw razem z żoną walczył z jej chorobą, a potem patrzył na jej agonię? Powiedzieć w takiej sytuacji: proszę być dzielny, czas leczy rany – to by było okrucieństwo albo zwykły kretynizm. Na takie słowa ów mąż powinien odpowiedzieć: panie księże, ja i moje dzieci jesteśmy w rozpaczy, a ksiądz mówi, że czas leczy rany?! W dupie mam ten czas i księdza też!
Wierząc w Boga i wierząc Bogu, możemy jedynie mieć nadzieję, że ludzkie cierpienie nie jest bez sensu. Uczmy się więc panowie księża, uczmy! Bo inaczej na nic nasze pobożne życzenia i dobre chęci. „Zawód ksiądz” to sprawa bardzo serio, podobnie jak zawód lekarz. Obaj pracują często z ludźmi znajdującymi się na granicy życia i śmierci, tu standardy muszą być najwyższe. Tu toczy się „gra” o stawkę większą niż biologiczne życie.
 
Jabłońska
Kiedy jednak spada na nas cierpienie albo dzieje się ono na naszych oczach, to nawet ta – oparta na głębokiej wierze w Boga i Bogu – nadzieja, bywa bardzo trudna.
 
Kaczkowski
Kiedyś obserwowałem w szpitalu w Pucku agonię kobiety. Konała w sali zaraz przy wejściu i każdy, kto szedł korytarzem, w gruncie rzeczy tę agonię mógł widzieć. I już nie chodzi o te otwarte drzwi, bo było lato, gorąco i inaczej się nie dało. Ale długo nie opuszczało mnie natrętne pytanie, po co musiało to trwać dwie godziny – w dusznej sali, na widoku wszystkich? I nagła myśl: może po to, żeby ktoś – taki jak ja – przechodząc korytarzem, zobaczył tę agonię i żeby to coś zmieniło w jego życiu.
 
Jabłońska
W twoim życiu coś zmieniło?
 
Kaczkowski
Tak, zmieniło. Pokazało mi – takiemu jeszcze świeżo upieczonemu księżulkowi, który miał głowę napakowaną frazesami – że nie mam odpowiedzi na wszystkie pytania świata. Bo patrzyłem na agonię tej kobiety kompletnie bezradny – wszystko we mnie krzyczało: dlaczego tak, dlaczego w takich warunkach, dlaczego tak długo?
 
Jabłońska
Znalazłeś w końcu odpowiedź?
 
Kaczkowski
Nie znalazłem, co więcej, jako sceptyk muszę zadać pytanie: czy Pan Bóg potrzebuje takiego niewyobrażalnego cierpienia, żeby zmieniać świat? Żeby zmieniać nas?
 
Jabłońska
A potrzebuje?
 
Kaczkowski
Z całą pewnością Bóg nie traktuje człowieka w tak przedmiotowy sposób. Jemu nasze cierpienie nie jest potrzebne, więcej – ono Go boli. Niestety, to my potrzebujemy cierpienia. Bo my, ludzie, mamy zmysły i do nas przemawia się przez zmysły. Dlatego też Syn Boży musiał umrzeć fizycznie – naprawdę umrzeć. Rozpamiętujemy i kontemplujemy prawdziwą mękę Chrystusa na krzyżu – jako Boga i człowieka. Co to w ogóle jest za Bóg, który wymyślił sposób objawiania się światu poprzez wcielenie? Często mówimy: wcielony Syn Boży i w ogóle nie zastanawiamy się, co to znaczy. A Chrystus musiał wejść w ciało, byśmy Go byli w stanie chociaż trochę rozkminić. I nie zapominajmy o tym, że On wchodząc w ciało, stał się słabo rozpoznawalny jako Bóg. Więcej, przyjął nasze człowieczeństwo, to znaczy maksymalnie, bo biologicznie, stał się bliski każdemu z nas.
 
Jabłońska
Wciąż słyszymy: „Chrystus we wszystkim był do nas podobny oprócz grzechu”, ale pytani, co to konkretnie znaczy, rzadko potrafimy konkretnie odpowiedzieć.
 
Kaczkowski
Konkretnie? To może tak: kiedy zjadł nieświeżą rybę, bolał go żołądek, a czasem pewnie wymiotował. Podejrzewam, że mając naście lat miewał – jak chyba wszyscy młodzieńcy w tym wieku – poranny wzwód. Nie ma co się oburzać i podnosić larum – to zwykła fizjologia.
Mnie samemu też przyszło tu na myśl pytanie, które zadałbym chętnie genetykom. Skoro w wypadku poczęcia Jezusa oocyt, czyli komórka jajowa z pewnością pochodziła od Matki Najświętszej, a Jezus był poczęty przez Ducha Świętego – Ten zaś jest niematerialny, więc raczej nie dysponuje plemnikiem – to jaki kod genetyczny miał Jezus, będąc jeszcze w formie blastocysty? Czy jest możliwe, że byłby to jedyny przypadek identycznej tożsamości genetycznej syna z matką? A może było jeszcze ciekawiej: może Jezus był genetycznie podobny do nas wszystkich ludzi? To byłoby cudowne uczestniczenie w bóstwie Chrystusa i Jego w naszym człowieczeństwie. Może więc warto by przebadać genetycznie cuda eucharystyczne? Może tam znaleźlibyśmy podpowiedź?
 
Jabłońska
O ile twoja wizja Chrystusa w stadium… blastocysty w wielu może obudzić wzburzenie, o tyle wyobrażanie sobie Pana Boga, a co za tym idzie nierzadko też traktowanie Go jako sędziwego, nobliwego starca – nikogo raczej specjalnie nie dziwi i nie bulwersuje…
 
Kaczkowski
Rzeczywiście, spotykam inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy pomimo teoretycznej wiedzy, że Bóg jest przenikającym wszystko duchem, wyobrażają Go sobie jako upłciowioną, a na dodatek opresyjną instancję sprawczą, pozostającą poza naszym matriksem czasoprzestrzeni. Może ten „Pan” w określeniu „Pan Bóg” jakoś nas tutaj programuje? Tu muszę uderzyć się w pierś: jest to również pokłosie błędnej wizji, jaką my, duszpasterze, nierzadko utrwalamy w ludziach poprzez nieumiejętny sposób przekazywania wiary. Bóg chrześcijan jest absolutną odwrotnością istoty, którą próbujemy zamykać w naszych ludzkich miarach – płci, sprawiedliwości, a nawet miłości. Aby to wykazać, wezmę na warsztat problem, o który w hospicjum obijamy się nieustannie – od niego również rozpoczęłaś naszą rozmowę – czyli ludzkie cierpienie.
 
Jabłońska
Za które zresztą nie tak rzadko czynimy odpowiedzialnym Boga.
 
Kaczkowski
No właśnie! A tego rodzaju myślenie jest całkowicie pozbawione logiki. Bóg chrześcijan jest maksymalnie bliski człowiekowi. On niejako „wdziera się” w naszą biologię, a my – wszyscy bez względu na to, czy wierzymy, czy jesteśmy ateistami – dzięki temu zyskujemy niezbywalną godność. Dla katolika oznacza to dodatkowo coś jeszcze bardziej niezwykłego: nasza, uświęcona odtąd biologia, ma prawo przyjąć Jego ciało. I to cało nie jedynie symboliczne, ale prawdziwe.
Skoro więc Bóg jest tak niewyobrażalnie blisko człowieka, absurdem jest obwinianie Go za zło, które spotyka nas czy świat. Radykalizm tej bliskości Boga w stosunku do każdego z nas polega na tym, że to nie my mamy łączyć własne cierpienie z cierpieniem konającego na krzyżu Chrystusa – to On przez tę właśnie bliskość uczestniczy w naszym cierpieniu. Kiedy więc dowiaduję się, że jestem śmiertelnie chory, to On we mnie i ze mną przeżywa lęk i rozpacz – niejako sam Chrystus choruje ze mną. I jest w tej sytuacji równie bezbronny, jak ja. Kiedy tracę pracę, Chrystus we mnie współodczuwa i współcierpi – i ze mną traci tę pracę. Ilekroć Boga wyrzucimy poza tę czasoprzestrzeń bliskości i współodczuwania z nami, zawsze będziemy mieli pokusę oskarżenia Go o wszelkie nieszczęścia ludzi i świata.
 
Jabłońska
Skąd w takim razie zło na świecie?
 
Kaczkowski
Zło nie pochodzi od Boga. Pojawienie się zła na świecie ma związek z pierwszym kłamstwem, którego opis znajdujemy w Księdze Rodzaju w symbolicznym dialogu węża, czyli szatana, z Ewą. Przebiega on mniej więcej tak: – Czy to prawda, ze Bóg zabronił wam jeść ze wszystkich drzew tego ogrodu – pyta wąż? – Nieprawda; nie możemy jeść tylko z jednego, a nawet go dotykać. Zwróćmy uwagę, że zakaz Boga nie dotyczył dotykania owocu, Ewa jednak chce być bardziej wiarygodna wchodząc w dialog ze złem. Wąż ripostuje: „Na pewno nie pomrzecie! Ale wie Bóg…”, co znaczy tyle: Bóg jest kłamcą, zazdrosnym dziadem, jest przeciwnikiem twojej wolności.
A przecież Bóg, w którego wierzymy, jest miłością; również człowieka stworzył powodowany miłością właśnie. Co więcej stworzył go na swój obraz i podobieństwo. A to ma dalekosiężne konsekwencje. Według antropologii chrześcijańskiej człowiek jako jedyny został stworzony jako byt sam dla siebie. Od początku swojego istnienia – począwszy od blastocysty aż do samej swojej śmierci – jest osobą, która ma swoją godność, winniśmy traktować go więc z szacunkiem.
 
Jabłońska
Ty, Janie, Kiedy odwołujesz się do własnej sytuacji człowieka śmiertelnie chorego, chętniej mówisz o klasie niż godności: „Chciałbym umrzeć szybko, sprawnie i z klasą”. Daruj, ale to „umrzeć z klasą” zawsze powoduje we mnie zgrzyt.
 
Kaczkowski
Umrzeć bez klasy to umierać bez godności albo z nadszarpniętą godnością. Może to moje mówienie o umieraniu z klasą jest wynikiem obawy przed zaufaniem innym, że mogą mnie akceptować także wtedy, kiedy będę mówił od rzeczy i będę całkowicie bezbronny. Jeszcze nie wyrobiłem w sobie zgody na pełne ogołocenie – wymioty, załatwianie się w pieluchę, całą tę przykrą fizjologię, nad którą mogę przestać panować, a inni będą musieli mnie w takim stanie pielęgnować. Jest we mnie lęk, że drugi człowiek się mną zbrzydzi.
Choroba to często konieczność przekraczania kolejnych istniejących w nas barier – choćby korzystanie z pampersa; kiedy po raz pierwszy musiałem go użyć, czułem się podle. Skoro jednak wielokrotnie zapewniałem pacjentów naszego hospicjum – i wciąż to robię naprawdę szczerze – żeby nie robili sobie wyrzutów, że przy mnie wymiotują czy z ich fizjologią dzieje się coś, co może ich krępować, to paradoksalnie ta moja obrona własnej autonomii jest właśnie bez klasy.
 
Jabłońska
Dlaczego zgoda na tego rodzaju – jak to nazywasz – ogołocenie przychodzi nam łatwiej w odniesieniu do innych niż wobec samych siebie?
 
Kaczkowski
Wchodzimy tu w bardzo intymną przestrzeń. Ja sam na przykład nie chciałbym musieć epatować swoją bezradnością, fizyczną nagością i fizjologiczną golizną. Bo bezradnością też można epatować. Chrystus Pan nie ukrywał swojej cielesności, jednak odbywało się to bez niepotrzebnej ostentacji. Chodzi o to, żeby ci, którzy będą przy mnie w chwili tego ogołocenia, nie byli moją bezradnością szantażowani.
Jeżeli nawet zdarzało mi się być osranym od pleców do kolan, to starałem się paniom – które bardzo profesjonalnie i bez cienia obrzydzenia mnie myły – ułatwić to trudne zadanie, na przykład trochę unieść się na boku, żeby łatwiej było mnie przekręcić. Ciężka choroba nie zwalnia mnie z powinności myślenia o drugim.
 
Jabłońska
Czy to nie jest wymaganie od siebie ponad miarę?
 
Kaczkowski
Nie, dlatego że godność osoby ludzkiej jest w dawaniu. Nawet człowiek najbardziej ogołocony ma innym coś do dania. Dawanie ma sens, bez względu na jakość. Nie oznacza to jednak – chciałbym tu być dobrze zrozumiany – rygorystycznego obowiązku. Człowiek ma prawo, a może również powinność powiedzieć: jestem bezsilny, nie daję rady. To nie ma nic wspólnego z szantażowaniem bezsilnością, przeciwnie i paradoksalnie, ta jego autentyczna bezsilność budzi u innych potencjał dawania.
 
Jabłońska
Może przyznanie się do własnej bezsilności jest właśnie ogołoceniem, które jest również formą dawania? Powierzam wtedy drugiemu często najtrudniejszą i najintymniejszą prawdę o sobie, powierzam mu swoją autonomię, swoją bezbronność… To wymaga ogromnego zaufania.
 
Kaczkowski
Właśnie tak! Dlatego mówię o powinności dawania do końca. Już sama nasza, teoretyczna nawet, gotowość dawania zazwyczaj zapładnia innych do dawania, ma moc wykrzesania z nich dobra. Człowiek z posuniętym alzheimerem, otępiały – również daje. Ewangelia uczy, że każdy człowiek – bez wyjątku – jest ważny i wyjątkowy, ponieważ został stworzony przez Boga jako ktoś absolutnie niepowtarzalny. Skoro jest jedyny w swoim rodzaju, jest drogocenny, wręcz bezcenny – nie istnieje więc żadne usprawiedliwienie, aby traktować go przedmiotowo. Jest to sprzeczne z zamysłem samego Boga.
Ta ewangeliczna logika ma swoje konsekwencje. Podążając jej śladem, nie da się zlekceważyć jedynie biologicznego – jak się często wydaje – trwania człowieka. O kimś, kto od pięciu lat pozostaje w śpiączce, nie można powiedzieć, że jest „byłym organizmem ludzkim”. Nadal jest osobą. I wciąż ma nam coś do ofiarowania.
 
Jabłońska
Co takiego?
 
Kaczkowski
Swoją bezbronność.
 
 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.