Jesień 2020, nr 3

Zamów

Mielone z Orfeusza i Eurydyki

Na pytanie, co wolno artyście, znaczna część współczesnych artystów odpowie: wszystko. Odkąd pokora zniknęła w powszechnym przekonaniu z listy cnót, zwłaszcza u artystów (największy komplement: artysta niepokorny) – pytanie uchodzi za retoryczne. Wyrazistym przykładem, do czego to może prowadzić, służy przedstawienie Orfeusza i Eurydyki Christopha Willibalda Glucka w reżyserii Mariusza Trelińskiego w warszawskim Teatrze Wielkim-Operze Narodowej.
    Opera Glucka to jedno z licznych w kulturze europejskiej przedstawień greckiego mitu. Mimo że opatrzone zostało szczęśliwym zakończeniem ad usum delfini, odwzorowuje wiernie znaną od czasów greckich wersję mitu. Ale to nie wystarczy twórcom warszawskiego spektaklu. Oni nie tylko przenoszą akcję spektaklu w dzisiejsze czasy – ubierają śpiewaków we współczesne stroje, umieszczają akcję we współczesnym salonie z aneksem kuchennym, dodając tło dźwiękowe ulicznego hałasu. To jeszcze pół biedy, choć nie ukrywam, że zawsze odczuwam pewien dyskomfort, słysząc odzianego współcześnie osobnika mówiącego czy śpiewającego w wyraźnie archaicznym stylu, tu jeszcze z dodatkiem barokowej muzyki. Nie może taki mówić po ludzku, czemu on tak dziwaczy – myślę sobie mimo woli.
    Ale to wszystko drobiazg. Spektakl zaczyna się mianowicie od… samobójstwa Eurydyki! […] ta jedna scena, dziejąca się podczas uwertury, niszczy cały mit. Przecież Orfeusz skarży się bogom, że cierpi niewinnie: zabrali mu ukochaną bez winy jego ani tym bardziej jej. Historia opowiedziana przez Trelińskiego nie ma nic wspólnego z mitem o Orfeuszu…

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku WIĘŹ wiosna 2014 (dostępny także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.