Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dosyć! Moje prywatne egzorcyzmy

Ponieważ „Inferno” osnute zostało na sekretnym znaczeniu nie Biblii, lecz „Boskiej komedii” Dantego, sięgałem po nie, sądząc, że Dan Brown dostarczy mi jedynie lekkiej rozrywki w zimowy wieczór, nie stawiając przede mną dylematów z pogranicza estetyki i etyki: ile wolno nazmyślać pisarzowi, czy wypada igrać sobie z postacią, która dla niemałej części ludzkości jest Synem Bożym? Tymczasem dopiero „Interno”, i to nie z powodu tytułu, wydało mi się… infernalne. Może nie na tyle, bym domagał się cenzury na tego rodzaju książki – sprawdzianem wolności słowa w danym kraju jest stosunek do najgorszych, nie do najlepszych jej beneficjantów – ale na tyle, że na miejscu tłumacza i wydawcy miałbym poważne wątpliwości, czy mam brać tę publikację na swoje sumienie. […]
Powieść Browna jest jak bomba, zostawiona przez książkowego maniaka, rozsiewająca zarazki po cichu, bez spektakularnej eksplozji. Nie wiem, ilu czytelników zainfekuje myślą, że w płodności jest dziś coś głęboko niemoralnego, antyludzkiego. Do współczesnego kształtu katolickiej etyki seksualnej mam stosunek złożony, ale kontrpropozycja Browna robi wrażenie odrażające, a przy tym została sformułowana mimochodem, przy okazji prowadzenia sensacyjnej intrygi – i, co znamienne, nie wywołała dotąd żadnej reakcji recenzentów, jak tym bardziej nie wywoła sprzeciwu czytelników. Nie ma tam ani jednego odwróconego pentagramu, nie ma filozofii feng shui ani niczego, czym straszą nas dziś strażnicy chrześcijańskiej duchowości. Nawet lekceważąca wzmianka o Watykanie jest bodaj tylko jedna. A przecież odkładając „Interno”, miałem wrażenie, że obcowałem przez trzysta stron z umysłem diabelskim.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku WIĘŹ wiosna 2014 (dostępny także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.