Jesień 2020, nr 3

Zamów

O wierze pozaszkolnej

Tekst Zbigniewa Nosowskiego porusza tak ważkie problemy, że postanowiłem odpowiedzieć dłuższą glossą niż tylko komentarz pod jego wpisem. Problem katechezy w szkole i w parafii powraca jak bumerang i pewno nic się nie zmieni dopóki zmiany nie zostaną wymuszone jakimś silnym czynnikiem zewnętrznym. Źle się chyba stało, że powrót katechezy do szkół uznano właśnie za „powrót”, za restytucję dziejowej krzywdy, przywrócenie dawnego status quo zamiast poszukiwać jak najlepszej odpowiedzi na nową bądź co bądź sytuację. Świat jest przecież inny niż ten, gdy religia ze szkół została usunięta. Nie da się dzisiaj sensownie dyskutować o katechezie w szkole bez pytania, czy szkoła jest czy też może być środowiskiem przekazu i wzrostu wiary.

Ale zacznijmy od początku. Problem zapisywania uczniów na etykę, a potem zwracania się o sakramenty jest rzeczywiście nowy. Wyjaśnienia tego zjawiska mogą być – moim zdaniem – dwa. I oba mogą być prawdziwe. Po pierwsze – może być to przejaw postępującej sekularyzacji i coraz mniejszego „ciśnienia społecznego” względem obowiązku chodzenia na religię. Mówiąc krótko – odium społeczne jest coraz mniejsze, a może nawet nie ma już go wcale, być może nawet w szkole (zwłaszcza ponadpodstawowej) jest to nawet cool, jest symptomem wolności. Za moich „salkowych” czasów chodzenie czy niechodzenie na religię było raczej jednoznacznym symptomem wiary bądź niewiary. Nie chodzili rzeczywiście ci, których i w kościele nie było. Dzisiaj – jak się okazuje – obecność czy nieobecność na religii wcale nie jest tak jednoznacznym symptomem.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Niektórzy nie chodzą na religię ze względu na niską wartość merytoryczną przedmiotu w danej szkole i uczonego przez danego katechetę. Niektórzy wypisują się „od księdza” czy „od katechety”, a nie „z religii”. Jest to zjawisko wcale nie tak marginalne. Coraz więcej też takich osób, które związek między religią w szkole a przynależnością do Kościoła czy z wiarą wcale nie uważają za nierozerwalny. Wiara jest dla nich sferą „pozaszkolną”. I kto wie, czy nie ma w tym jakowejś racji. Mogą być całkiem pobożną rodziną, która w naturalny sposób zwraca się w odpowiednim czasie po sakramenty. Stanowisk pośrednich pewno jest jeszcze wiele. Wszystkie one przypominają o jednym: dwutorowość katechetyczno-sakramentalna siłą rzeczy będzie generować napięcie. Z deklaracji bp. M. Mendyka należy wnioskować, że obie formy katechetycznego przygotowania są konieczne: szkolna i katechetyczna. Każda z nich stanowi warunek konieczny, choć niewystarczający. I nie przypuszczam, by w najbliższym czasie miało się to zmienić. Chcemy czy nie chcemy, katecheza szkolna (lekcja religii?) w rozumieniu episkopatu jest także formą przekazu wiary, a nie jedynie wiedzą religijną.

Pozostaje jeszcze pytanie, na ile szkoła taki przekaz umożliwia. I tu zaczynają się schody. Elementem koniecznym dla wzrostu wiary jest bowiem wspólnota Kościoła, a trudno o nią w szkolnych warunkach. Na ostatnich Wrocławskich Dniach Duszpasterskich bp M. Mendyk zapytany o to, czy nie należałoby przesunąć wiek bierzmowania na późniejsze lata szkolne, odpowiedział, że większym problemem niż przygotowanie do bierzmowania jest kontynuowanie formacji po przyjęciu sakramentu. Opowiedział o doświadczeniu tych diecezji (w tym i mojej – zielonogórsko-gorzowskiej), które postawiły na przygotowanie w tzw. grupach domowych, którym przewodniczą animatorzy. Okazuje się bowiem, że dosyć często te więzi trwają poza okresem przygotowania do bierzmowania. Doświadczenie wspólnoty okazało się bardzo pomocne. Oczywiście, że nie jest to lekarstwo na wszystko, jednakże problem wspólnoty wzrostu jest dzisiaj – moim zdaniem – najbardziej palącym problemem katechetyczno-ewangelizacyjnym. Samotny chrześcijanin to chrześcijanin w niebezpieczeństwie.

Powiedzmy sobie szczerze, tkanka społeczna, w której na co dzień jesteśmy zanurzeni, ma coraz mniej chrześcijańskich odniesień, a już na pewno coraz mniej przynosi motywacji do wiary. Tworzenie przestrzeni, gdzie człowiek wierzący będzie mógł spotkać „podobnych do siebie” jest coraz bardziej konieczne. Anonimowa parafia tego nie da. Właśnie dlatego pilnie jest potrzebna wszelkiego rodzaju katecheza parafialna – dla dzieci, młodzieży, a przede wszystkim rodziców tychże! – którą będzie kreować inne więzi ze wspólnotą Kościoła niż jedynie chrzcielna przynależność, terytorium ulicy i kartoteka parafialna.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.