Jesień 2020, nr 3

Zamów

Zgorszenie Wielkiego Czwartku

Wczoraj, w Wielki Czwartek AD 2013, papież Franciszek zgorszył wielu. Podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej odprawionej w zakładzie karnym umył nogi nie tylko mężczyznom, ale i kobietom, nie tylko katolikom, ale i muzułmanom. Dla wielu jest to chyba moment przekroczenia granic dotychczas w liturgii nieprzekraczalnych. Nie ulega wątpliwości, że to co zrobił papież odbyło się wbrew przepisom prawa liturgicznego. Zarówno Mszał Rzymski, jak i Ceremoniał Biskupi opisując obrzęd zwany „mandatum” używa wyrażenia „viri selecti” (wybrani mężczyźni), co zostało potwierdzone w roku 2008 przez pismo sekretarza Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów do pewnego biskupa, który zwrócił się o interpretację zapisu. Nota Kongregacji podkreśla, iż chodzi o osoby płci męskiej.

Sam gest nie jest jednoznacznie interpretowany. Jedni widzą w nim ikonę Jezusa Sługi, który w stosunku do swoich uczniów wykonuje gest w kulturze rzymskiej zwyczajowy zarezerwowany niewolnikowi, a w kulturze hebrajskiej był wyrazem gościnności gospodarza wobec jego gości. Tak czy inaczej, był wyrazem pokory tego, który się pochyla, by obmyć nogi. Tak to chyba widział Piotr, który najpierw obruszył się na propozycję Jezusa, że ten obmyje mu nogi. Druga interpretacja idzie w kierunku widzenia tego gestu w perspektywie sakramentu kapłaństwa i urzędu. Wskazuje się tutaj najpierw, że umycie nóg w Biblii dotyczy tych, którzy „przybywają z nieba”. Tak było, gdy Abraham przyjął trzech wędrowców pod dębami Mamre (Rdz 18,4), podobnie interpretowany jest także gest kobiety, która łzami obmyła nogi Jezusa (Łk 7, 38). W Starym Testamencie powierzenie urzędu kapłańskiego poprzedzone było rytualnym obmyciem całego ciała (Kpł 8, 6). W tej interpretacji zupełnie inaczej należy rozumieć słowa Piotra, który domaga się obmycia reszty ciała. Gest obmycia nóg miałby więc mówić, że od tej pory kapłaństwo nie przynależy do ludzi – jak w Starym Testamencie, ale zostało zastąpione jedynym kapłaństwem Chrystusa, od którego pochodzi urząd kapłana w Kościele Nowego Testamentu. Przyjmując taką interpretacje, stają się zrozumiałe pytania, czy gest papieża Franciszka ma być zapowiedzią zmiany w teologii kapłaństwa.

Do roku 1955 obrzęd „mandatum” zarezerwowany był dla księży i odbywał się jedynie w katedrach biskupich, co wyraźnie nawiązywało do kapłańskiej interpretacji tego gestu. Czy wielkoczwartkowy gest Franciszka należy rozumieć w tej właśnie perspektywie? Wydaje się, że nie. Zarówno wybór miejsca, jakim jest zakład karny, jak i homilia z porannej Mszy Krzyżma oraz ta, którą wygłosił w więzieniu, wyraźnie wskazują, że papież widzi ten gest w perspektywie teologii służby rozumianej jako postawa chrześcijańska, która dotyczy każdego wierzącego (choć kapłana szczególnie), nie zaś w perspektywie teologii kapłaństwa jako udziału w kapłaństwie Chrystusa. Wyraźnie chodzi o gest pokory i służby, co widać choćby w tym, iż papież w trakcie obmywania nóg miał stułę ubraną na sposób diakoński, a nie kapłański.

Czy zgorszenie wywołane tym, co zrobił papież Franciszek jest zrozumiałe? Jest. Jeśli papież robi coś, co jest wbrew normie liturgicznej zapisanej „czerwono na białym” (chodzi przecież o rubryki), to ci, dla których normatywna wartość rubryk jest czymś bardzo ważnym – by nie powiedzieć: fundamentalnym – mają prawo czuć się zagubieni. Zresztą – jak wiadomo – to nie pierwszy gest, który wykonywany jest wbrew rubrykom albo przynajmniej „obok” nich. Rozumiem tych, którzy czują się zagubieni, zwłaszcza tych liturgistów, dla których „duch liturgii” to „norma liturgii”, której nie wolno pochopnie naruszać. Ja rozumiem emocje tych, którzy żyją wrażeniem, że odtąd wszystko bądź prawie wszystko, co było dla nich ważne, ważne być przestaje.

Dla wielu analogia, którą teraz zaproponuję, może wydawać się za daleko idąca, ale w pewien sposób narzuca się sama. Franciszkowa „rewolucja” w dużej mierze podobna jest do tej, której przed wiekami dokonał sam Jezus. Jego działalność dokonywała się w nieustannym napięciu wobec tradycji judaistycznej, którą Jezus wciąż brał „w nawias” ku zgorszeniu faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Jezus był posłuszny Prawu, ale jednocześnie – jeśli można tak powiedzieć – „nie wierzył w rubryki”, jak to się może i dzisiaj przytrafić niektórym. Wielokrotnie zarzucano mu, że On i Jego uczniowie nie przestrzegają tradycji starszych, na co przykładów przytaczać chyba nie trzeba. Co więcej, Jezus przeciwstawia wiarę „w rubryki” wierze „w miłość”, co chyba najlepiej widać w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Kapłan i lewita, którzy go minęli, spiesząc się na liturgię do świątyni, zdawali sobie sprawę, że zajęcie się pobitym, który leżał na poboczu drogi skutkowałoby zaciągnięciem nieczystości rytualnej, choćby poprzez kontakt z krwią. Dla Samarytanina o wiele ważniejsza była – jeśli tak można powiedzieć – „nieczystość moralna”, którą by zaciągnął, omijając potrzebującego. O takiej właśnie nieczystości mówił Jezus do Żydów, kiedy podkreślał, że nieczyste nie jest to, co wchodzi do żołądka, lecz to, co wypływa z serca.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Oczywiście, nie jest tak, że ryt, norma, rubryka przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Mają – o tyle jednak, o ile nie służą samym sobie i o ile nie stają się zaprzeczeniem miłości bliźniego. Nie jest też tak, że czyn pobożny (actus pietatis) należy przeciwstawiać czynowi miłości (actus amoris). Dobrze by było, by jeden z drugiego wynikał, jeden do drugiego prowadził. Gdyby jednak pytać, który z tych aktów ma pierwszeństwo – odpowiedź wydaje się jednoznaczna, taka zresztą wynika ze wspomnianej wyżej przypowieści: czyn miłości idzie przed czynem pobożnym. Oby i w naszym życiu nie dokonało się to, o czym pisał Norwid w swojej Fraszce: „Dewocja krzyczy: «Michelet wychodzi z Kościoła!» / Prawda; Dewocja tylko tego nie postrzegła, / Że za kościołem człowiek o ratunek woła, / Że kona – że ażeby krew go nie ubiegła, / To ornat drze się w pasy i związuje rany. * / A faryzeusz mimo idzie zadumany…”.

Dzisiaj Wielki Piątek. Skarg na Jezusa było wiele: że bluźni, że podaje się za Syna Bożego, że odpuszcza grzechy, że podburza lud, że uważa się za króla, no i że jada z celnikami, nierządnicami, grzesznikami. Miał odwagę rozmawiać z Samarytanką i szedł tam, gdzie inni by nie poszli. O tym pewno myśli papież Franiszek, gdy mówi, że trzeba iść na peryferie. Liturgia Wielkiego Czwartku w zakładzie karnym, gdzie aż roi się od współczesnych Samarytanek, nierządnic, grzesznic i celników jest takim radykalnym wyjściem na peryferie. Pewnie, że zamiast tego mógłby pójść do którejś z garkuchni i rozdawać herbatę biednym, ale jest papieżem i jego gesty muszą być na miarę urzędu i posługi. Widocznie uznał, że radykalizm idei domaga się radykalizmu gestu, wbrew zgorszeniu pobożnych.

Grzegorz Kramer SJ na Fejsbuku napisał: „To was gorszy? Zobaczycie jeszcze więcej. Pierwszym podręcznikiem liturgii jest Ewangelia”. Ma rację. To wobec niej – wobec Ewangelii należy konfrontować rubryki, a nie odwrotnie, choć rozumiem tych, którym przychodzi to z trudem. Mnie czasami też, ale próbuję zrozumieć.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.