Jesień 2020, nr 3

Zamów

Człowiek wierzący patrzy na kulturę

Człowiek wierzący patrzy na kulturę… Ale – z zewnątrz patrzy? Kultura tak się wyalienowała w stosunku do świata religii, że wiara pozwala – lub zmusza – by patrzeć na kulturę jako na inny świat, jako na zbiór dzieł, przychodzących z daleka? A jeśli tak – to przychodzących, skąd mianowicie? Z krainy „ubi leones”? Zamieszkałej przez demony? Czy tylko przez stworzenia nam, wierzącym, bliżej nieznane, które przez to właśnie budzą nieufność, lęk?
    I jeśli tak – a są, niestety, powody, żeby dziś w ten sposób, choćby na próbę, o tym mówić – to co się dzieje, kiedy człowiek wierzący zaczyna być także twórcą? Czy wówczas przenosi się w przestrzeń, do której sacrum nie sięga? Zaczyna mówić obcym, niereligijnym językiem? Wyłącza lub tłumi część swojego ja, może najgłębszą, skoro, jak sądzimy, wiara, albo – ostrożniej – intuicja religijna, ukierunkowanie na sacrum stanowi jeden z najgłębszych składników naszej ludzkiej tożsamości?
To pierwsze z całego szeregu pytań, które się nasuwają, gdy w drugiej dekadzie XXI wieku katolik zaczyna analizować swoje relacje z dorobkiem sztuki i literatury ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Gdy nabiera śmiałości, by po latach jasno nazwać odczuwane od młodości rozdwojenie: między modlitwą przed obrazem Jezu, ufam Tobie a kontemplacją obrazu Jasona Pollocka; między wzruszeniem pieśnią „Z dawna Polski tyś królową…” a ekscytacją na koncercie rockowym; między sentymentem do modlitwy „Aniele Boży, stróżu mój…” i entuzjazmem dla poezji Grochowiaka lub Wojaczka, a potem Świetlickiego. To rozdwojenie nie minęło, raczej przeciwnie, bieguny rozeszły się jeszcze i czas przyznać, że ich niezgodność nie była przygodna, lecz systemowa. „Myślałem, że jesteś… mądrzejszy”, mruknął przed laty ksiądz – opiekun ministrantów, na wiadomość, że przychodzę służyć do Mszy św. niewyspany, bom minioną noc spędził na festiwalu Jazz Jamboree; mruknął zresztą bez agresji, szukając epitetu, który by mnie nie dotknął bardziej, niż to konieczne. Dawny ministrant przez lata opatrywał to wspomnienie pobłażliwą myślą, że ów ksiądz, choć dobry, po prostu nie znał się na sztuce. Podobnie jak inny, który twierdził, że należałoby spalić wszystkie kopie filmu Andrzeja Wajdy Brzezina, tak gorszącego. Ale problem istnieje, nawet jeśli na tego typu wspomnienia machnąć ręką: gdyż między rejestrem emocji, wzbudzanych, powiedzmy, przez swingujący rytm – a tym bardziej przez rytm pozbawiony swingu, nabijany przez perkusję zespołu rockowego, albo przez elektroniczną perkusję muzyki techno – a rejestrem uczuć, które się próbuje wzbudzać podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, pobrzmiewa naprawdę niepokojący dysonans.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku WIĘŹ zima 2013 (dostępny także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.