Jesień 2020, nr 3

Zamów

Partnerzy trudni do naśladowania

Gdy zastanawiamy się, dlaczego polsko-niemiecki spór o dziedzictwo wojny i upamiętnienie jej ofiar dopiero w warunkach demokratycznych wywołał tak szeroką debatę, także poza Polską i Niemcami, przychodzą na myśl dwie konstatacje. Pierwsza, że wyszedłszy z zimnowojennej zamrażarki, Polacy i Niemcy odzyskali mowę i zrobili z niej użytek, zwłaszcza że od wydarzeń, o które się posprzeczali, minęło ponad pół wieku — wystarczająco wiele, by nie odczuwać bezpośredniego bólu. Ostatni świadkowie właśnie schodzili ze sceny i w większości byli nastawieni pojednawczo. Druga, że obrazy — by posłużyć się sformułowaniem Jana T. Grossa — „upiornej dekady” 1939—1948, jakie wynieśli z domów i szkół, zbyt mocno odstawały od prawdy historycznej, aby zachować aktualność w nowej rzeczywistości. Były też nazbyt konfrontacyjne. Nie przystawały do nowego światowego dyskursu o ofiarach, rozgrywanego regionalnie, ale śledzonego przez globalną publiczność.
Fakt, że spierano się o tę samą dekadę, właściwie powinien Polakom i Niemcom ułatwić debatę i zapewne w dłuższej perspektywie pomóc w osiągnięciu porozumienia. Wiemy, że to lata 1939—1948 najbardziej nas poróżniły. A przecież nawet w ramach Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej najtrudniejsze spory lat siedemdziesiątych dotyczyły Zakonu Krzyżackiego i rozbiorów, choć nie wiadomo, czy nie dlatego, że problemów związanych z ostatnią wojną i jej następstwami nie chciano poruszać. Były wciąż zbyt świeże, zbyt trudne i na dodatek w Polsce niecenzuralne.
Patrzymy na tę samą dekadę, lecz ku obopólnemu zaskoczeniu nie potrafimy znaleźć wspólnego mianownika rozmowy. Polacy kładą bowiem nacisk na lata 1939-1945, okres jednej z najbardziej krwawych okupacji w nowożytnej historii ludzkości. Niemcy skupiają się na latach 1945—1948, czasie ucieczki i wysiedleń ze wschodu, w istocie prawie bezprecedensowych co do skali. Niemcy woleliby zapomnieć o początku, Polacy, i nie tylko oni, o końcu: zarażeniu bestialstwem ze szkoły Hitlera i Stalina, które dotknęło Niemców, ale też — paradoksalnie — ich największe ofiary, Żydów. Szowinizm i ciemnotę niechęci rasowych zwalczała paryska „Kultura”, ale w samej Polsce pragnienie jednorodności narodowej przybrało na długie lata, jak zauważa Philipp Ther, formy psychopatyczne. Przestano dostrzegać rzeczywiste problemy. Robert Ryss dodaje, że echa tamtego sposobu myślenia słychać czasami po dziś dzień.
To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w kwartalniku WIĘŹ jesień 2013 (dostępny także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.