Jesień 2020, nr 3

Zamów

Blaski i cienie Wielkiego Jubileuszu

Cezary Gawryś: W szóstym roku twojej pracy jako ambasadora w Watykanie przypadł Wielki Jubileusz 2000 [1]. Musiał to być dla ciebie czas szczególnie trudny? W Rzymie mnóstwo się działo, niemal każdy tydzień przynosił ważne wydarzenia z udziałem Jana Pawła II, a w Polsce trwała kampania prezydencka, zakończona reelekcją Aleksandra Kwaśniewskiego…

Stefan Frankiewicz: Rzeczywiście, był to dla mnie niełatwy rok. Obliczono, że w różnych wydarzeniach Wielkiego Jubileuszu uczestniczyło około pół miliona pielgrzymów z Polski. Były też wydarzenia specyficznie polskie, jak kanonizacja siostry Faustyny, beatyfikacja zamordowanych przez Niemców sióstr nazaretanek z Nowogródka czy polska pielgrzymka narodowa. Miałem więc na głowie wielu ważnych gości. Pamiętam, że kiedy wkrótce po zakończeniu Wielkiego Jubileuszu rozmawiałem z papieżem, podziękowałem mu najpierw za wszystkie wątki polskie, po czym pozwoliłem sobie na żartobliwą uwagę: „Ojcze Święty, dobrze, że był ten rok jubileuszowy. Ale dobrze, że się już wreszcie skończył”.
Gawryś: I jak papież na to zareagował?
Frankiewicz: Śmiał się. […]
Jubileusz był – można rzec – masową imprezą. Oblicza się, że Wieczne Miasto i Asyż odwiedziło w sumie 25 milionów pielgrzymów. Ich bezpieczeństwa pilnowało ponad 20 tysięcy policjantów oraz 70 tysięcy wolontariuszy włoskich i cudzoziemskich. Rekord frekwencji padł 19 sierpnia na kampusie uniwersyteckim Tor Vergata – dwa miliony uczestników Światowego Dnia Młodzieży. W sumie odbyło się w Rzymie około trzech tysięcy masowych spotkań i manifestacji religijnych. Telewizja włoska poświęciła im blisko 400 godzin, a transmisje z Rzymu zgromadziły przed telewizorami na całym świecie miliard siedemset milionów osób.
Gawryś: Imponujące liczby, ale Wielki Jubileusz był chyba czymś więcej niż jedynie masowymi spotkaniami?
Frankiewicz: Choć nie brakowało wtedy głosów, że Jubileusz to manifestacja kościelnego centralizmu i potęgi Rzymu, dla wielu ludzi była to na pewno ważna lekcja powszechności Kościoła i postrzegania chrześcijaństwa w kategoriach globalnych. Ale jednocześnie masowy charakter imprez nie pomagał chyba w skupieniu się na tym, co najważniejsze. Za tym mnóstwem wydarzeń o charakterze liturgicznym czy pielgrzymkowym krył się przecież wielki zamysł papieża Wojtyły. Chodziło mu o duchowe poruszenie świata. Jan Paweł II wyraźnie poszerzał adresata Wielkiego Jubileuszu, wskazując na historyczną rolę chrześcijaństwa w świecie. Zwracał uwagę, że ten jubileusz w jakiś sposób dotyczy wszystkich. Że ma nie tylko wymiar katolicki, ale też ekumeniczny, a nawet uniwersalny.
Gawryś: W jakiej mierze udało się zrealizować ten ambitny plan?
Frankiewicz: Jak wiadomo, apel Jana Pawła II pod adresem najbogatszych państw świata o anulowanie długów krajom najbiedniejszym nie został na większą skalę podjęty. Papież przegrał tu w konfrontacji z interesami wielkiej polityki. Podobnie było z apelem o amnestię, uwolnienie więźniów i rezygnację z wykonywania kary śmierci. To wszystko zostało właściwie na papierze. Ale daleko smutniejsze było fiasko jego zamiarów ekumenicznych. Nie doszło do planowanego spotkania panchrześcijańskiego. Z dokumentów poprzedzających Wielki Jubileusz można wyczytać, że papież wiązał z Jubileuszem duże nadzieje, oczekując na postęp w praktycznym zbliżeniu podzielonych chrześcijan. W maju 1995 roku w Skoczowie, podczas spotkania z przedstawicielami Kościoła ewangelicko-augsburskiego, Jan Paweł II wyraził śmiałe oczekiwanie: „Kościół czuje się dzisiaj przynaglony przez swojego Mistrza do wzmożenia wysiłków ekumenicznych, aby rok 2000 zastał nas, jeśli nie zjednoczonych całkowicie, to przynajmniej mniej podzielonych”.
Już otwarcie Drzwi Świętych wspólnie przez trzech przywódców kościelnych ­– katolickiego, prawosławnego i anglikańskiego – było na wstępie dobrą zapowiedzią. Protestanci jednak wycofali się ze wspólnych obchodów, na znak protestu przeciwko lansowaniu przez Kościół katolicki odrzuconej przez reformację instytucji odpustów. Przede wszystkim zaś ekumeniczny wymiar obchodów Wielkiego Jubileuszu został zakłócony przez ogłoszenie 5 września 2000 r. deklaracji Kongregacji Nauki Wiary Dominus Iesus, w której zostało dobitnie powiedziane, że inne wielkie religie mają istotne braki i tylko chrześcijaństwo dysponuje pełnią środków zbawienia. A ściślej biorąc, tylko Kościół katolicki.
Wspólnota żydowska – głęboko dotknięta wymową dokumentu deprecjonującego w ich odczuciu judaizm, a także z powodu beatyfikacji Piusa IX, oskarżanego o nieprzychylny stosunek do Żydów – odroczyła bezterminowo planowany w ramach Jubileuszu Dzień Dialogu Chrześcijańsko-Żydowskiego, który miał się odbyć 3 października. Tullia Zevi, przewodnicząca komisji do relacji zewnętrznych Kongresu Żydów Europejskich oświadczyła, że „po optymizmie, jaki budziły dotychczasowe postępy dialogu żydowsko-chrześcijańskiego, przyszedł zimny prysznic”. Prawosławni, anglikanie i protestanci uznali ze swej strony dokument Dominus Iesus za „krok wstecz” na drodze ekumenizmu.
Gawryś: Zastrzeżenia i wątpliwości wyrażali nie tylko protestanci czy Żydzi. Krytyka i słowa pełne rozgoryczenia wyszły również od teologów katolickich, takich jak bp Walter Kasper, sekretarz Papieskiej Rady Popierania Jedności Chrześcijan.
Frankiewicz: A także od wybitnych hierarchów. Ówczesny arcybiskup Mediolanu kard. Carlo Maria Martini powiedział wręcz, że ton deklaracji Dominus Iesus stwarza ryzyko zahamowania dialogu międzyreligijnego i ekumenicznego. A kard. Edward Cassidy, przewodniczący Papieskiej Rady Popierania Jedności Chrześcijan – który jako Australijczyk wolny był od kościelnego europocentryzmu – stwierdził, że zarówno moment ogłoszenia dokumentu, jak i jego język to pomyłka. Dodał znaczące zdanie: „To nie papież Wojtyła podpisał deklarację Dominus Iesus, on podpisał encyklikę Ut unum sint”.
Wymowa tej wypowiedzi kardynała była jasna: co innego Wojtyła, co innego Ratzinger. Cassidy wyraził się wprawdzie dość elegancko, ale ostro: „Deklaracja jest tekstem napisanym przez profesorów dla innych profesorów. My w naszej praktyce ekumenicznej liczymy się szczególnie z wrażliwością naszych interlokutorów, podczas gdy oni [czytaj: Kongregacja Nauki Wiary] prezentują podejście nazbyt scholastyczne”. Krytyczne stanowisko zajął też sędziwy kardynał Franz König z Wiednia, jedna z wielkich postaci ostatniego soboru, promotor dialogu Kościoła ze światem.  W wywiadzie dla austriackiego dziennika „Kleine Zeitung” powiedział, że rozumie rozgoryczenie i rozczarowanie z powodu dokumentu, który jest wyrazem wielkiego lęku. Język Dominus Iesus, zaznaczył kardynał, musi być dla innych religii i wyznań prowokacyjny i denerwujący, jako że sugeruje postawę odrzucenia i roszczenie do dominacji. A Kościołowi katolickiemu nie chodzi przecież o dominację nad innymi, lecz o pokorną służbę na rzecz jedności. Aby zaś doprowadzić do jedności, potrzebna jest postawa wzajemnego szacunku, a nie kolonialnej pychy z mottem „Wynoście się, bo my tu jesteśmy!”.
Gawryś: Nie rozumiem, jak mogło dojść do takiego swoistego „sabotażu” wysiłków ekumenicznych w czasie Wielkiego Jubileuszu? Czy nie świadczy to o ówczesnej słabości papieża? Przecież Jan Paweł II musiał znać tekst deklaracji przed jej ogłoszeniem?
Frankiewicz: Słusznie, zwróć jednak uwagę, że i kardynał Martini, i kardynał Cassidy zgłaszali zastrzeżenia głównie do języka deklaracji i momentu jej ogłoszenia, a nie do meritum.
Gawryś: W dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego papież, zapoznawszy się z brzmieniem deklaracji, nie powstrzymał kardynała Ratzingera przed jej ogłoszeniem akurat w tym momencie? Czyżby nie był świadom konsekwencji, jakie to wywoła? Przecież faktycznie pokrzyżowało to jego zamysł ekumeniczny związany z Wielkim Jubileuszem?
Frankiewicz: No, jest to pytanie. Papież musiał jakoś zareagować na te polemiki wokół deklaracji Dominus Iesus, i zareagował, biorąc pośrednio w obronę kardynała Ratzingera. Uczynił to 1 października 2000 r. Nie cytował wprawdzie wypowiedzi Ratzingera i Cassidy’ego, ale powiedział, że ta sama pasja ekumeniczna znajduje się u podstaw i encykliki Ut unum sint, i deklaracji Dominus Iesus. Zapewnił, że podkreślenie wyjątkowości Kościoła katolickiego nie oznacza bynajmniej arogancji wobec innych religii i innych wyznań chrześcijańskich. […]
Gawryś: Które z jubileuszowych wydarzeń  najbardziej utkwiły ci w pamięci? 
Frankiewicz: Znany watykanista Marco Politi zauważył za łamach „30 Giorni”, że nie wielkie liczby decydują o bilansie Roku Świętego, lecz „zwyczajne, najprostsze gesty samego papieża, które otwierają okna ku przyszłości”. Bo Jubileusz był niewątpliwie dziełem jednego człowieka: Karola Wojtyły. Bez jego charyzmatów i gestów to by była pompatyczna akademia. […]
24 maja miał miejsce niezwykły „jubileusz”, którego nie przewidywał oficjalny program. Program mówił o jubileuszu pracowników oczyszczania miasta, którzy tego dnia obchodzili święto swojej patronki, Madonny Ulicy. Tymczasem na placu Świętego Piotra znalazła się także grupa około czterdziestu byłych prostytutek, pod opieką charyzmatycznego włoskiego księdza Oreste Benziego, zaangażowanego od lat w dzieło opieki nad narkomanami i prostytutkami, założyciela Stowarzyszenia Jana XXIII. Wraz z ks. Benzim podeszła do papieża 26-letnia Afrykanka Erika, była prostytutka, chora na AIDS. W czasie rozmowy z papieżem stale płakała. Jan Paweł II czule pogłaskał ją po twarzy. Patrząc na serdeczny, ciepły stosunek papieża do tych kobiet, trudno było nie pamiętać o słowach Jezusa, że złodzieje i prostytutki wyprzedzą nas do królestwa niebieskiego.
Dla mnie osobiście szczególnie ważne były te gesty, które świadczyły o przekraczaniu granic „kościelnej poprawności”, o praktykowaniu, a nie tylko werbalnym głoszeniu, takich chrześcijańskich, a zarazem uniwersalnych wartości, jak caritas i misericordia. Muszę tu wspomnieć o obiedzie Jana Pawła II z dwustu biedakami, bezdomnymi, emigrantami. Miał on miejsce 15 czerwca 2000 r., w atrium auli Pawła VI. O tym wydarzeniu, które – jak wiem – odbyło się z inicjatywy samego papieża, słusznie pisano, że był to gest emblematyczny, który przypominał o chrześcijańskim miłosierdziu jako najważniejszym przesłaniu Wielkiego Jubileuszu.
Moją uwagę przykuł wtedy komentarz watykanisty Dominico Del Rio w „Avvenire”. Przypomniał on najpierw poprzedników Jana Pawła II: Klemensa X, który każdego dnia zapraszał do swego stołu dwunastu pielgrzymów lub żebraków i osobiście im usługiwał; Innocentego XII, który tak szeroko otworzył bramy pałacu na Lateranie dla biednych i inwalidów, że przez papieskie salony przewijały się tysiące najuboższych mieszkańców Rzymu. Ale w tekście Del Rio najbardziej mnie zaciekawiło zakończenie. Napisał on mianowicie, że spotkanie Karola Wojtyły z biedakami powinno dziś wzbudzić w Kościele pamięć o innym jeszcze, daleko szerszym sensie ludzkiej biedy. „My wszyscy jesteśmy biedni, ponieważ wszyscy musimy umrzeć” – powiedział kiedyś ksiądz Paul Gauttier, duszpasterz uchodźców palestyńskich, w swoim przemówieniu do ojców II Soboru Watykańskiego. Del Rio dotknął tu moim zdaniem czegoś bardzo ważnego w postawie papieża Wojtyły. Ci bowiem, którzy obserwowali go z bliska, są zgodni, że „miłosierdzie” oznaczało dla niego coś daleko więcej niż tradycyjną dobroczynność – zawsze oznaczało miłość do każdego człowieka. Również wtedy, gdy wypowiadał surowe sądy o moralnych zagrożeniach współczesnej cywilizacji.
Chrześcijanin Karol Wojtyła swoją postawą i swoimi słowami wielokrotnie przypominał, że Kościół, choć jest „miastem położonym na górze”, musi wychodzić „poza miasto”, poza tradycyjne obszary swojego oddziaływania, bez obawy, że wzbudzi zgorszenie, że zostanie źle zrozumiany. Że chrześcijaństwo musi przede wszystkim nieustannie dawać światu przykład miłości i miłosierdzia. To właśnie Jan Paweł II w czasie swojej podróży do Stanów Zjednoczonych w roku 1987 spotkał się po raz pierwszy z chorymi na AIDS, a było to jeszcze w czasach, kiedy niektórzy biskupi głosili, że AIDS to nowa plaga egipska, kara za grzechy. Pamiętam doskonale panującą wtedy na Zachodzie atmosferę wzniecanego przez media strachu, podejrzliwości i wrogości wobec „grup najwyższego ryzyka”. Gest papieża szedł pod prąd tych nastrojów. […]
Gawryś: Jak przeżyłeś 12 marca 2000 roku – dzień Mea culpa?
Frankiewicz: Niewątpliwie było to największe i dzięki mediom najbardziej znane wydarzenie Roku Jubileuszowego. Pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Akt oczyszczenia pamięci, prośba do Boga o przebaczenie win popełnionych przez ludzi Kościoła w drugim tysiącleciu chrześcijaństwa. Tytuły prasy światowej wołały na pierwszych stronach: „Potężna Kuria Rzymska uznaje swoje grzechy”, „Triumfujący katolicyzm prosi o przebaczenie”, „Papież suweren obejmuje wiszącego na krzyżu Chrystusa” itd. Gest Jana Pawła II, tak odbiegający od codziennej praktyki dumnego Watykanu, wzbudził powszechny podziw.
Gawryś: Byłeś wtedy w bazylice św. Piotra?
Frankiewicz: Zaczęło się od modlitwy papieża przed Pietą Michała Anioła. Następnie Jan Paweł II, w pokutnym fioletowym ornacie, powoli poprowadził procesję wzdłuż głównej nawy do konfesji Świętego Piotra. Chóry w tym czasie śpiewały litanię do Wszystkich Świętych. W wygłoszonej z wyraźnym trudem homilii papież wezwał cały Kościół, aby dokonał w obliczu ukrzyżowanego Chrystusa głębokiego rachunku sumienia i by powiedział: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie!”. Nie muszę mówić, jak te słowa zabrzmiały w polskich uszach.
Po dokonaniu rachunku sumienia z przeszłości – zaznaczył papież – Kościół musi też zrobić rachunek sumienia z teraźniejszości. „W obliczu ateizmu, obojętności religijnej, laicyzacji, relatywizmu etycznego, łamania prawa do życia, niewrażliwości na ubóstwo wielu krajów, musimy zadawać sobie pytanie, w jakiej mierze i my ponosimy odpowiedzialność”. Akt przebaczenia, tak jak w liturgii Wielkiego Piątku, miał formę modlitwy powszechnej. Było to siedmiokrotne wyznanie grzechów popełnianych przez chrześcijan, z prośbą o Boże przebaczenie. Kolejne wezwania odczytywało po kolei siedmiu wysokich dostojników watykańskich, kardynałów bądź arcybiskupów. Po każdym wezwaniu papież prosił Boga o przebaczenie, a wierni trzykrotnie śpiewali Kyrie eleison.
Słuchając tych modlitewnych wezwań w bazylice św. Piotra, wszyscy byliśmy pod wielkim wrażeniem. Ale kiedy wkrótce potem czytałem te teksty już spokojnie, to – będąc obeznany z poetyką Wojtyły i przywykły do jednoznaczności moralnej cechującej jego wystąpienia – nie mogłem oprzeć się myśli, że gdyby sam papież redagował te prośby o przebaczenie, to brzmiałyby one zapewne trochę inaczej. Powiem wprost. W tekstach czytanych przez kardynałów nietrudno znaleźć ślady prób osłabienia śmiałej inicjatywy papieża Wojtyły „Przemoc… występowała czasami”, „Antysemici… nie byli nieliczni”, „Nienawiść chrześcijan wybuchała… od czasu do czasu”. Ale cóż, mimo tych retuszy, poczynionych przez współpracowników papieża, jego głos był jednak przejmujący i jednoznaczny.
Przed zakończeniem nabożeństwa Jan Paweł powiedział bardzo mocno: „Chodzi o głęboki rachunek sumienia. Uznanie win z przeszłości ma na celu przebudzenie sumień w obliczu współczesnych kompromitacji. Otwiera ono drogę ku wzajemnemu wybaczeniu doznanych krzywd. Sprawia, że chrześcijanie i Kościół stają się odtąd bardziej wiarygodnymi świadkami”.
Kiedy wraz z innymi ambasadorami obecnymi w bazylice św. Piotra obserwowałem z bliska tę scenę, nie miałem wątpliwości, że to moment wielkiej historii. Oto przedstawiciele Kurii Rzymskiej, najstarszego dworu Europy, z prymatem żelaznego protokołu, nie zostawiającego zbyt wiele miejsca na ludzkie odruchy i uczucia, przedstawiciele namaszczonej wszak przez samego Boga instytucji, którą przez wieki charakteryzowało złowieszcze powiedzenie Roma locuta, causa finita, ci dumni książęta Kościoła korzą się teraz przed Bogiem, błagając o przebaczenie win popełnianych także przez ich poprzedników. Jedno z wezwań modlitewnych – o Boże przebaczenie za czasy, kiedy chrześcijanie „posługiwali się metodami nieewangelicznymi, choć w słusznym dążeniu do obrony prawdy” – odczytał kard. Joseph Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, następczyni budzącego lęk Świętego Oficjum, zwanego też Świętą Inkwizycją, która w trosce o zbawienie dusz skazywała błądzących synów Kościoła na spalenie żywcem na stosie… Po wygłoszeniu swojej kwestii każdy z mówców zapalał lampkę pod krzyżem. Działo się to wszystko w wielkiej ciszy. Na koniec sam Jan Paweł II podszedł powoli do krzyża – był to ogromny, ponaddwumetrowy, średniowieczny krucyfiks z kościoła San Marcello al Corso – pocałował go, objął stopy Ukrzyżowanego, po czym podniósł wzrok ku Chrystusowi i długo się w niego wpatrywał.
Pamiętam, że w kilka dni później kard. Paul Poupard zapytał mnie, czy zauważyłem, że kiedy Ratzinger odczytywał swoją kwestię, dwa wystraszone gołębie fruwały nerwowo nad baldachimem konfesji Świętego Piotra, po czym, kiedy już skończył, uspokojone przysiadły na pobliskim gzymsie. Dla Pouparda cała ta scena – modlitwa kardynała, która musiała przecież wzbudzać myśli o złowrogiej historii Świętej Inkwizycji, ale i symboliczne zachowanie dwóch gołębi – to materiał na wielką powieść. Właśnie powieść, gdyż żadne gazetowe relacje nie są w stanie udźwignąć ciężaru znaczeń i symboliki tego wydarzenia.
Gawryś: Użyłeś poprawnego teologicznie sformułowania, że to był akt przeprosin za winy ludzi Kościoła. Na ogół mówiono po prostu, że Jan Paweł II przepraszał za grzechy Kościoła. Czy nie byłoby to skądinąd logiczne, skoro w dokumencie Tertio millennio adveniente papież wzywał Kościół do przeprowadzenia rachunku sumienia? Zastanawiam się, czy obstawanie przy ściśle teologicznym rozróżnieniu między Kościołem, który jest zawsze święty, a „ludźmi Kościoła”, którzy – „czasami, niekiedy” – popełniają błędy i grzeszą, nie jest przejawem owego „nazbyt scholastycznego” podejścia, o jakim mówił kardynał Cassidy w odniesieniu do deklaracji Dominus Iesus
Frankiewicz: Myślę, że nie chodziło w tym wypadku jedynie o spór językowy. Papieski zamysł przeprosin za winy „synów i córek Kościoła” – od początku budził kontrowersje i opór. Jest rzeczą znaną, że nie wszyscy współpracownicy z Kurii Rzymskiej byli zgodni co do słuszności i potrzeby tego rodzaju gestów. Myślę, że u wielu dochodziła do głosu tradycyjna postawa apologetyczna. Byli wśród nich i tacy, którym nawet w kontaktach z mediami wyraźnie laickimi trudno było ukryć swój sceptycyzm wobec papieskiego Mea culpa. Utkwiła mi w pamięci rozmowa w „La Repubblica” z kard. Alfonsem Marią Sticklerem, wówczas już emerytem (wcześniej piastował urząd archiwisty i bibliotekarza Świętego Kościoła Rzymskiego), ale wciąż postacią wpływową w Watykanie. Na kilka dni przed 12 marca 2000 r. deklarował wprawdzie pełną uległość wobec woli Jana Pawła II i jego decyzji, ale jednocześnie mocno podkreślał, że „historii nie wolno osądzać na podstawie dzisiejszego stanu wiedzy”; że „przydałaby się większa ostrożność w ocenie przeszłości”. Ten pochodzący z Austrii purpurat wprawdzie wyraził się ze zrozumieniem dla papieskiego Mea culpa wobec Żydów, ale jednocześnie z głębokim przekonaniem dowodził, że „niesprawiedliwe jest zapominanie o wielu ludzkich istnieniach, które zostały uratowane dzięki pomocy chrześcijan i działalności wielkiego papieża, jakim był Pius XII: to przecież dzięki niemu liczba ofiar nazistów nie stała się jeszcze większa”…
Akt modlitewny z 12 marca 2000 r. to nie były zresztą pierwsze przeprosiny Karola Wojtyły. Znany watykanista Luigi Accattoli w swojej książce Kiedy papież prosi o przebaczenie obliczył, że do momentu wyznania win Kościoła 12 marca Jan Paweł II co najmniej 94 razy prosił o przebaczenie z powodu win katolików w przeszłości. W roku 1995, będąc z wizytą w Czechach, przy okazji kanonizacji Jana Sarkandra, w okrutny sposób zamęczonego w XVI wieku przez protestantów, przepraszał właśnie protestantów za okrutne prześladowania, jakie ich z kolei spotkały ze strony katolików w czasach kontrreformacji. Mówiono, że papież przesadza, przepraszając niemal przy każdej okazji. „Dlaczego inni nas nie przepraszają? – pytano retorycznie. – To ciągłe bicie się w piersi to tylko woda na młyn tych, którzy uprawiają wrogą Kościołowi katolickiemu propagandę”. W pewnej opozycji do papieża był pod tym względem ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kard. Joseph Ratzinger, jego bliski i zaufany współpracownik. To też wiele mówi o papieżu Wojtyle, o jego otwartości i pokorze. Jeden z jego najbliższych przyjaciół-kardynałów powiedział o nim po śmierci: „Był naprawdę heroiczny w relacjach z innymi”.
Gawryś: Jak przeżyłeś pielgrzymkę Jana Pawła II do Ziemi Świętej?
Frankiewicz: Nazwano ją „osobistym Jubileuszem” papieża. Największe wrażenie z tej pielgrzymki zrobiło na mnie nawiedzenie grobu Chrystusa w Jerozolimie. To długie milczenie, kiedy zostawiono tam Karola Wojtyłę samego. Potem Msza w Wieczerniku, gdzie łaciński tekst liturgii papież ad hoc zastępował tekstem po polsku. Był to dla mnie wzruszający przejaw inkulturacji religii. No i znana scena pod Ścianą Płaczu. Wielka metafora zmiany stosunku Kościoła katolickiego do Żydów, po dwóch tysiącach lat wzajemnej wrogości.
Na zawsze zapamiętałem spotkanie kilku ambasadorów z wybitnymi przedstawicielami wspólnoty żydowskiej, jakie odbyło się 5 czerwca 2000 r. W programie znalazła się projekcja filmu z niedawnej podróży Jana Pawła II do Ziemi Świętej, który eksponował pamiętną scenę pod jerozolimską Ścianą Płaczu. Ta scena, kiedy papież zbliża się do Muru, by w jego szczelinie zostawić kartkę z modlitwą o wybaczenie win Kościoła wobec synów Abrahama, trwała w filmie daleko dłużej niż w rzeczywistości. Ciągnęła się niejako w zwolnionym tempie. Po projekcji zapanowała absolutna cisza, a w oczach wielu osób zauważyłem łzy.
Od roku 1997 siedziba polskiej ambasady przy Stolicy Apostolskiej i rezydencja ambasadora znajdują się tuż koło rzymskiego getta. Przez cztery lata codziennie więc obcowałem z widokiem historycznych budowli tej najstarszej w Europie dzielnicy żydowskiej – Portico d’Ottavia z drugiego wieku przed Chrystusem, czy wielkiej synagogi, której dniem i nocą strzegą posterunki uzbrojonych po zęby karabinierów. Jednocześnie obserwowałem liczne tu wciąż warsztaty rzemieślnicze, targowiska, ludzką biedę i patrycjuszowskie wspaniałe siedziby. Budziło to we mnie myśli o odwiecznym sąsiadowaniu tutaj hebrajskiego sacrum i kipiącego południową żywiołowością żydowskiego profanum. Ale także o upokorzeniach doznawanych tutaj nieraz przez Żydów w czasach Państwa Kościelnego.
Do refleksji zmuszała zwłaszcza fasada kościoła San Gregorio della Divina Pietà, położonego naprzeciw synagogi, pośród nieistniejących już dzisiaj bram prowadzących niegdyś do dzielnicy żydowskiej. Na tej fasadzie, którą zdobi piękny fresk Ukrzyżowanego, widnieje inskrypcja po włosku i po hebrajsku z cytatem z Izajasza o „narodzie niewiernym”, który wciąż prowokuje gniew Boga… Setki razy odczytywałem tę inskrypcję na kościele noszącym wszak w swoim tytule „Boże Miłosierdzie” i rozmyślałem o przełomie, jaki nastąpił w relacjach między światem żydowskim a chrześcijaństwem, Kościołem katolickim, Watykanem – dzięki Soborowi z jego deklaracją Nostra aetate, ale i dzięki wytrwałej postawie wadowiczanina Karola Wojtyły.
Gawryś: A jednak nie wszystkie środowiska żydowskie reagowały pozytywnie na historyczne gesty papieża…
Frankiewicz: Przypomina mi się pewna scena. Było to w letnie popołudnie 1986 roku. Razem z profesorem Piotrem Słonimskim, światowej sławy genetykiem, i jego żoną Hanką zwiedzaliśmy Forum Romanum. Rozmowa dotyczyła także niedawnej, bo z kwietnia tego właśnie roku, wizyty Jana Pawła II w rzymskiej synagodze. Oni oboje byli zakochani w Wojtyle. Widząc go w telewizji, mówili o nim z czułością: „nasza laleczka”. A trzeba wiedzieć, że byli to ludzie niewierzący, którzy obracali się przez całe życie w laickich środowiskach naukowych Francji. I chociaż sami byli Żydami, to w ocenie Karola Wojtyły i jego działalności stosunek do Żydów nie był dla nich najważniejszym kryterium. Kiedy już zostawiliśmy w dole Forum Romanum, blisko Kapitolu, Piotr przystanął i powiedział: „Wiesz, cokolwiek ten papież jeszcze zrobi dla Żydów, wszystkiego im będzie mało”. Trzeba wziąć pod uwagę, że mówił to bratanek Antoniego Słonimskiego, który w swoich przedwojennych „Kronikach tygodniowych”, a także w recenzjach filmowych, dosyć często krytycznie wyrażał się o swoich współziomkach. Ale przecież nawet to ciągłe oczekiwanie niektórych środowisk żydowskich na „coś więcej” świadczy o ich nieobojętności. […]
Gawryś
Wróćmy jeszcze do Wielkiego Jubileuszu. Papież był już wtedy ciężko chory – jego fizyczna słabość i cierpienie były poniekąd „bohaterem” tamtych wydarzeń. Jeszcze podczas pielgrzymki do Polski w 1997 roku zwrócił się do rodaków w dość dramatycznym tonie: „Proszę was, módlcie się za mnie, módlcie się na kolanach, żebym dotrwał do roku 2000”.
Frankiewicz
Jak wiadomo, Jan Paweł II w ostatnich latach życia miał kłopoty z mową i poruszaniem się. Dawała o sobie znać choroba Parkinsona i różne defekty, będące wynikiem zamachu, późniejszych upadków i kontuzji. Pamiętam, że kiedyś właśnie w 2000 roku umówiłem się z ks. Dziwiszem na spotkanie w środę. Zarówno jego kalendarz, jak i mój były w tamtym czasie napięte, umówiliśmy się więc w czasie audiencji generalnej, bo wtedy inni zajmowali się papieżem. Na małym, zawsze ciemnym dziedzińcu Sisto Quinto znalazłem się akurat w momencie, kiedy papieża dosłownie wynoszono na rękach z windy. Ukryłem się za filarem, żeby papież mnie nie zauważył. Umieszczono go w samochodzie. Sprawiał wrażenie, jakby był nieprzytomny, nieobecny. Może był oszołomiony pod wpływem leków?
Ale kiedy w kilkanaście minut potem  razem z ks. Dziwiszem oglądałem w telewizji transmisję z placu św. Piotra, uderzyło mnie, że papież był już ożywiony, nawiązywał kontakt ze zgromadzonymi. On miał taką zdolność mobilizacji i błyskawicznej regeneracji. Takie sytuacje zdarzały się często, również przy stole, podczas rozmowy. Siedział z przymkniętymi oczami, robiąc wrażenie jakby nieobecnego, a po chwili odzywał się i trafiał w dziesiątkę, precyzyjnie dotykając istoty poruszanego tematu.
Gawryś
W czasie trwania Wielkiego Jubileuszu, pojawiały się jednak sugestie, żeby zrezygnował ze swego urzędu. Jak to wtedy odbierałeś?
Frankiewicz
Na ogół oficjalnym motywem takich wystąpień pod adresem papieża był jego pogarszający się stan zdrowia, chęć ulżenia jego doli. Media nagłośniły wypowiedź biskupa Karla Lehmanna, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Niemiec, z 9 stycznia 2000 roku. W Watykanie ten fakt nie wzbudził sensacji. Obawiano się jednak, biorąc pod uwagę, że autorem kontrowersyjnej wypowiedzi był biskup niemiecki, czy nie wywoła to jakichś niepotrzebnych reakcji w ojczyźnie papieża. Dlatego na podstawie rozmów w Sekretariacie Stanu  zawiadomiłem Warszawę, że autentyczna wersja wypowiedzi biskupa Lehmanna nie wzbudziła ani w samym papieżu, ani w jego otoczeniu poważniejszych zastrzeżeń i została oceniona jako „dopuszczalna”.
Ale były wypowiadane i takie sugestie papieskiej dymisji, w których bezinteresowność nie wierzyłem ani przez chwilę. Nigdy nie zapomnę dnia osiemdziesiątych urodzin papieża, 18 maja 2000 r. Dziekan Korpusu Dyplomatycznego poprosił mnie, abym dołączył do delegacji, która udawała się do Watykanu, aby złożyć jubilatowi życzenia i wręczyć mu prezent. Kiedy już byłem przygotowany do wyjścia, ktoś zadzwonił, żebym koniecznie zajrzał do gazety i przeczytał „urodzinowy” tekst Messorego. Tego samego, z którym papież rozmawiał i powstała z tego znana książka. Dość brutalnie zabrzmiała mi jego opinia o potrzebie rezygnacji, którą uzasadniał tym, że włoscy papieże odznaczali się charyzmatem otwartości i umiejętnością dialogu – przez co należało rozumieć, że Wojtyła jako nie-Włoch tego charyzmatu nie posiada! Diabli mnie wzięli, straciłem na moment ochotę do udziału w tej urodzinowej eskapadzie.
Gawryś
Tego rodzaju sugestie ustąpienia musiały być dla Jana Pawła II przykre. Kiedy dziś myślimy o przejmującym świadectwie, jakie dawał całemu światu  schorowany papież,  to ówczesne oczekiwania, że on ustąpi z urzędu, mogą nam się wydawać  niestosowne. Z drugiej strony jednak trudno zaprzeczyć, że  kiedy Jan Paweł II był już bardzo osłabiony, jego realną władzę wynikającą z hierarchicznego i scentralizowanego ustroju Kościoła zaczęło przejmować otoczenie, a była to rola  niewspółmierna wobec ludzkich możliwości i kompetencji… Może więc oczekiwania wyrażone przez biskupa Lehmanna nie były tak całkiem pozbawione sensu, może należy je oceniać jako wyraz troski o Kościół, a nie przejaw rzekomej niechęci? Jeden z polskich biskupów młodszego pokolenia miał się wyrazić, że Karolowi Wojtyle, który był wielkim papieżem i świętym człowiekiem, w tym jednym punkcie zabrakło odwagi: żeby przejść na emeryturę, kiedy został dotknięty fizycznym niedołęstwem…
Frankiewicz
Ale właśnie bez tych oznak wielkiego cierpienia papieża jubileusz roku 2000  nie miałby tak przejmującej wymowy. Ta ostatnia faza pontyfikatu, kiedy papież przemawiał nie tylko słowami, ale całym sobą: wymuszonymi cierpieniem zawieszeniami głosu, bełkotliwym wymawianiem najprostszych słów, nieukrywaną irytacją z powodu swej bezsilności – kto wie, czy to nie było najbardziej wymowne? Było to wstrząsające świadectwo, dawane na oczach całego świata, czym jest w istocie ludzki los. I tak było do samego końca.
Wszyscy pamiętamy ostatni obraz Jana Pawła II. Arturo Mari, kiedy zapytano go, którą ze swoich niezliczonych przecież fotografii uważa za najważniejszą, odpowiedział: „Tę z krzyżem, z ostatniego Wielkiego Piątku”. Papież nie mógł już brać udziału w nabożeństwie Drogi Krzyżowej w Koloseum, obserwował to wydarzenie za pośrednictwem telewizji. W pewnej chwili, kiedy procesja dotarła do XIV stacji, dał znak swemu sekretarzowi. Ten w pierwszej chwili nie zrozumiał, czego papież sobie życzy, więc podszedł bliżej i dopiero wtedy usłyszał, że prosi o krzyż.  Podano mu krucyfiks. Jan Paweł długo wpatrywał się w niego – zupełnie jak w czasie „Mea culpa” – potem przytulił go do siebie.
Ten obraz stanowi jakby wielką syntezę całego pontyfikatu. Jan Paweł II, który tak często był znakiem sprzeciwu wobec możnych tego świata i opresyjnych reżimów, i który sam przyczynił się do obalenia jednego z nich, jednocześnie swoją postawą wciąż przypominał, że nie wolno traktować chrześcijaństwa jako systemu, doktryny, ideologii. Że to tajemnica krzyża  stanowi prawdziwe centrum czasu i przestrzeni.
Pastor Bonhoeffer, ścięty za udział w spisku przeciwko Hitlerowi, przypominał sobie samemu i innym: „Być z Bogiem w Jego bezsilności i cierpieniu”.
Rozmawiał Cezary Gawryś
Stefan Frankiewicz –  historyk literatury, wydawca dzieł Jerzego Lieberta. Od 1970 r. pracował w redakcji WIĘZI. W latach 1979-1989 był redaktorem polskiej edycji „L’Osservatore Romano” w Watykanie. Po powrocie do kraju redaktor naczelny WIĘZI (1989-1995) i doradca w MSZ ds. kontaktów z Watykanem, następnie ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej (1995-2001). Mieszka w Warszawie.
Cezary Gawryś –  dziennikarz i publicysta. Studiował filozofię i teologię. W latach 1972-1976 w tygodniku „Literatura”, od 1976 r. w redakcji WIĘZI, w latach 1995-2001 redaktor naczelny. Autor zbioru reportaży Ścieżki ocalenia, współautor książek Męska rozmowa. Chrześcijanie a homoseksualizm i Między konfesjonałem a kozetką. Członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Mieszka w Warszawie.
Pobierz plik pdf z tym artykułem


[1] Fragmenty wywiadu rzeki ze Stefanem Frankiewiczem, który ma się ukazać wkrótce w Bibliotece WIĘZI.

 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.