Jesień 2020, nr 3

Zamów

Duchowe rewolucje

Duchowość św. Franciszka Salezego to w dużej mierze duchowość dla świeckich. Był on bowiem tym, który bodaj najbardziej przyczynił się do zwrócenia uwagi na świeckich w czasach, kiedy powołanie do świętości kojarzono wyłącznie z kapłaństwem bądź zakonem, a pisma z dziedziny duchowości adresowane były do stanu duchownego. Biskup Genewy wyprowadził pobożność z klasztorów i kościołów, przedstawił ją jako dostępną dla wszystkich i podkreślił wyraźnie wielkość powołania do życia w świecie – sprzeciwiał się pomijaniu życia doczesnego w celu wywyższenia wiecznego.
W czasach Franciszka Salezego takie postawienie sprawy było czymś nowatorskim. Wprawdzie od jego śmierci minęło blisko czterysta lat, postulaty te brzmią jednak dziwnie świeżo. Również i dziś za człowieka o głębokiej duchowości prędzej uznamy członka zakonu kontemplacyjnego niż żyjącego sprawami tego świata świeckiego. Co więcej, wielu chrześcijan uważa, że nie może pragnąć życia duchowego, nie może go prowadzić, dopóki musi zajmować się pracą, dziećmi, domem…
Zdawałoby się, że dla człowieka zainteresowanego dziełem biskupa Genewy nie ma nic prostszego, jak po prostu przeczytać Filoteę, jego podstawowe dzieło o duchowości świeckich. Tylko że to stron około czterystu, a język i stylistyka nieco z innej epoki; kto chce poczuć zapach siarki i żar płomieni piekielnych, temu polecam Salezego opis piekła.
Nie musimy jednak odrzucać dzieła biskupa z Genewy, bo z pomocą przychodzi nam Elżbieta Wiater, która w swojej książce Filotea 2.1. Duchowość dla świeckich podjęła się zadania wydobycia z Filotei Franciszka Salezego tego, co najważniejsze, i przełożenia tego na język współczesności. W efekcie otrzymujemy 164 strony tekstu pełnego lekkości i dowcipu. Ta spora dawka humoru nie tylko ułatwia lekturę, ale może być przyczyną podejrzliwych spojrzeń współpasażerów, gdy Filoteę 2.1 czytać będziemy w środkach komunikacji publicznej. Weźmy choćby takie zdanko: „Najbardziej pobożne praktyki i «głębokie» przeżycia są niczym wobec codziennego zmagania się o to, żeby jednak uśmiechnąć się do męża, któremu ma się ochotę skopać pośladki, albo zająć się niemowlakiem cierpiącym z powodu kolki, chociaż najchętniej przekręciłoby się klucz w zamku i zostawiło małego «wyjca» sam na sam ze ścianą. Do osiągnięcia palmy męczeństwa nie potrzebujemy stosu, krzyża czy miecza. Czasem rodzina wystarczy”.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w miesięczniku WIĘŹ nr 11-12/2012 (dostępny także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.