Jesień 2020, nr 3

Zamów

W teatrze cieni Jerzego Jarockiego

W dzisiejszym teatrze pozostawał artystą całkowicie osobnym. Chłodnym okiem patrzył na wybuchające i gasnące szybko mody. Nie zajmowały go reżyserskie sztuczki, bo wyżej cenił ciągnące się godzinami studia nad poszczególnymi scenami. Zapewne brzydził się albo szydził z powtarzających frazesy o dekonstrukcji klasycznych tekstów, bowiem podchodził do tego z żelazną logiką. Nie ma sensu ulepszać tego, co jest doskonałe, bo musi to skończyć się klęską samozwańczego innowatora. Znacznie lepiej iść za autorem, próbować pojąć wszystkie jego myśli, a potem przekuć je w sceniczne obrazy. Nie będzie to oznaczać stylu przezroczystego, ale uwydatni własny charakter pisma. Dlatego właśnie służebny wobec literatury teatr Jerzego Jarockiego był tak trudny do pomylenia z jakimkolwiek innym.
To prawda, Jarocki był wierny wystawianym autorom. Tyle tylko, że nie oznaczało to kurczowego trzymania się litery tekstu, ale podążanie za duchem dzieła. Bez Jarockiego pełnego scenicznego wymiaru nie zyskałyby dramaty Witkacego, Tadeusza Różewicza, Sławomira Mrożka, nie wspominając o Ślubie Gombrowicza – traktowanym jako artystyczne credo. Wracał do ich utworów wielokrotnie, czyniąc z inscenizacji dwudziestowiecznych polskich sztuk znak rozpoznawczy swego teatru. Nie miejsce tu, by wymieniać tytuły. Dość powiedzieć, że wbrew pozorom Jarocki czasem naginał autorów do wymogów swojego stylu, choć z drugiej strony okazywał się on często nadzwyczaj pojemny. Może nie zaskakuje, że obok Matki i Szewców Witkacego mieściło się w nim Tango Mrożka – wszak można doszukiwać się w nich kontynuacji i wspólnej poetyki. Ale już Sen srebrny Salomei, a potem – na sam koniec, jak się okazało – Samuel Zborowski Juliusza Słowackiego (wystawiony przed rokiem w Teatrze Narodowym w Warszawie jako Sprawa) pochodzą z zupełnie innych literackich światów. Tymczasem Mrożek, Różewicz i Witkacy, ale też Słowacki, Heinrich von Kleist oraz Antoni Czechow zaskakująco gładko mieścili się w pozornie chłodnym teatrze Jarockiego. Świadczy o tym opisany już finał Kasi z Heilbronnu, ale też Płatonow oraz Płatonow – akt pominięty: teatr Jarockiego bywał gorący, bywał empatyczny, współodczuwał z bohaterami, a nie traktował ich niczym medyczne przypadki.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w miesięczniku WIĘŹ nr 11-12/2012 (dostępny także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.