Zima 2020, nr 4

Zamów

O zasadności wysadzania wszystkiego w powietrze

Modernizm w architekturze to podobno epoka skończona. 15 lipca 1972 roku eksplodowały ładunki pod słynnym osiedlem Pruitt Igoe w Saint Louis. 4 lata później niemniej słynny krytyk architektury Charles Jencks mógł napisać, że w momencie, gdy wielkie bloki kładły się majestatycznie w tumanach pyłu, kończyło się też modernistyczne marzenie o nowym świecie.
Następne lata pokazały jednak, że duchy modernizmu nie dały się tak łatwo wypędzić z głów architektów i do dziś odciskają w ich projektach swoje piętno. Dowodem niech będzie rozpoczęte niedawno Biennale Architektury w Wenecji, na którym pytaniem ciągle aktualnym jest, co z modernistycznej spuścizny możemy adaptować, a które jej elementy są ostatecznie skompromitowane. Wydaje się dziś, że jednej odpowiedzi na to trudne pytanie nie ma i za każdym razem trzeba ją odnosić do kontekstu, w jakim stawiane jest samo pytanie.
W 1986 roku krytykę modernizmu wraz z propozycją na wypełnienie powstałej po nim luki zawarł w swoim dziele „Architecture of Community” urodzony w Luksemburgu architekt Leon Krier. Następne trzy dekady musieliśmy czekać na polski przekład tej książki, która w ubiegłym roku ukazała się nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria.
Swój wywód Leon Krier rozpoczyna eksplozją porównywalną z tymi, które zamieniły w stertę gruzów Prutt Igoe. Pisze bowiem: „Gdyby pewnego dnia dziwnym zrządzeniem losu wszystkie budynki, osiedla, przedmieścia oraz inne budowle powstałe po roku 1945 – szczególnie te zwane powszechnie «nowoczesnymi» – nagle zniknęły z powierzchni ziemi, któż by opłakiwał tę stratę?”. Umiem sobie wyobrazić niemałą grupę czytelników, którzy na tak postawione pytanie odpowiadają krótko: „ja”. I odkładają książkę na półkę. Jakże duży popełniliby błąd.

To jest fragment artykułu. Pełny tekst – w miesięczniku WIĘŹ nr 10/2012 (dostępny także jako e-book).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.