Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Katolików kłopoty z przyjemnością

W katolicyzmie przyjemność nie ma chyba dobrej prasy. Zbyt często uznawana jest za synonim grzeszności. Wystarczy popytać gimnazjalistów. Są święcie przekonani, że Kościół zabrania (prawie) wszystkiego, co przyjemne. Czy jednak nie nazbyt podejrzliwie spoglądamy na przyjemność? A Jezus? Czy On też nie miał – oczywiście w jakimś ograniczonym zakresie – przyjemnego życia? Zestawienie „Jezus i przyjemność” należy – jeśli nie do najbardziej kontrowersyjnych – to na pewno najbardziej zaskakujących i nietypowych. O wiele bliższe naszej religijnej świadomości są skojarzenia z zupełnie przeciwnego pola semantycznego: Jezus i cierpienie, Jezus i śmierć, Jezus i smutek, Jezus i ból. Przyjemność nam się z Jezusem raczej nie kojarzy. Z chrześcijaństwem także. Czy słusznie? Może nadszedł czas, by przyjemności przywrócić należne miejsce w życiu człowieka pobożnego? […]
Zacznijmy więc od tej przyjemności, która chyba najczęściej w historii chrześcijaństwa kojarzyła się z grzechem – od seksu. […] Wszelkie współżycie małżeńskie – choć przecież legalne – powodowało stan moralnej nieczystości, dlatego mnożono zakazy współżycia. Oblicza się, że małżeństwa, które chciały rygorystycznie przestrzegać przepisów Kościoła, mogły współżyć jedynie od dziewięćdziesięciu jeden do dziewięćdziesięciu trzech dni w roku, nie licząc dni miesiączki, które również objęte były zakazem. Seks małżeński zakazany był w niedziele, okresy pokutne przed wielkimi świętami i w same dni świąteczne. Jean Verdon pisze, że według myśli średniowiecznej „pożądanie seksualne i jego zaspokojenie – niezależnie od tego, czy do zaspokojenia dochodzi w małżeństwie, czy poza nim – zawsze jest nieczyste”. Tak więc stosunek małżeński – jak pisze Hugoccio, jeden ze średniowiecznych komentatorów – „do którego dochodzi dla zaspokojenia pożądania lub dla przyjemności, jest grzechem śmiertelnym”. Inny komentator powie, że współżycie „dla przyjemności” jest przestępstwem i powinno być karane jako nierząd. W przypadku współżycia, które świadomie podjęte jest w celach prokreacyjnych, jest jednak niewiele lepiej. Według kard. Wilhelma de Courçon, nawet jeśli małżonkowie najpierw myślą jedynie o spłodzeniu dziecka, nadchodzi chwila, gdy spływają na nich „rozkosze ciała” i wówczas popełniają grzech powszedni. Człowiek pobożny słusznie zaczyna czuć się nieswojo, gdy akt płciowy sprawia mu przyjemność – twierdzi de Courçon i zaleca, by dzielnie wytrzymać tę rozkosz, starając się odczuwać ją w jak najmniejszym stopniu.

 

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 7/2012 (dostępnym także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.