Jesień 2020, nr 3

Zamów

Złoty środek: Taka sobie robota

W pośpiechu, bo wszystko wyliczone – trzeba zdążyć z zaplanowanymi rzeczami, najpierw pociąg podmiejski, potem dalekobieżny, co chwilę spoglądam na zegarek. Nie jest źle, wbiegam na peron wraz z tłumem, podjeżdża pociag. Ludzie na stacji zirytowani, poprzedniego chyba nie było, dobrze że ten jest.
Wchodzimy i od razu ruszamy do pierwszego wagonu, żeby kupić bilety u konduktora, bo na stacji nie da się ich kupić – ktoś mocno wyrażał swoją oburzoną wrażliwość i zdemolowana kasa nie działa. Kolejni podróżni wchodzą, szukają miejsca, prą w różnych kierunkach, część ma walizki. Nerwowo. Dochodzimy do pierwszego wagonu, zaraz mamy ruszać. Stoimy i czekamy na konduktora, który wychylony przez otwarte drzwi woła do mocno starszego pana: „Spokojnie, ja na pana czekam!”. Starszy pan, kulejąc, dochodzi do pociągu, wchodzi i narzeka: na zdrowie, na władzę, na komunikację, na tłum, na pogodę. Konduktor uśmiecha się, kiwa głową i mówi…

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 5-6 /2012 (dostępnym także w wersji elektronicznej jako e-book)

 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.