Lato 2021, nr 2

Zamów

Kryjówka na górze Tabor

Próbuję to sobie wyobrazić: tę żmudną wędrówkę pod górę, za Mistrzem, który nie wyjaśnił, czego mają się spodziewać. Po prostu powiedział: „Ty, i ty, i jeszcze ty – chodźcie ze mną. Proszę” (zdaje mi się, że musiał tak kończyć każde polecenie, patrząc życzliwie w oczy, ale z naciskiem). I oni poszli. Marsz po stromym zboczu odcina oddech, więc zapewne nie chciało im się rozmawiać. Może tylko jakieś ulotne żarty, rzucane podczas postojów; Jezus uśmiecha się pod nosem, w końcu pyta: „To co, odpoczęliście? No to w drogę”. I rusza znowu, starannie odmierzając kroki. Uczniowie za nim – choć Jezus, zdaje się, kulał – bo nie są pewni, dokąd idą. Wreszcie stromizna się kończy, wyłażą na płaski grzbiet.
    Jeszcze chwila, jeszcze nie teraz. Chyba dziwna przemiana Jego postaci nie nastąpiła tak, ni z tego, ni z owego, zaledwie przystanęli na szczycie? Autor Ewangelii według świętego Łukasza jako jedyny wspomina, że Jezus zaczął się tu modlić, podczas gdy uczniowie, umęczeni wędrówką, zadrzemali (i obudziła ich dopiero obecność dwóch mężczyzn, przybyłych nie wiadomo skąd). Mateusz i Marek o tym nie wspominają. Tak czy tak, w pewnej chwili –
    „Jego twarz zajaśniała jak słońce. Jego ubranie stało się białe jak światło. Wtedy ukazali się im Mojżesz i Eliasz, którzy z Nim rozmawiali” (Mt 17, 2–3). Ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę, że ta rozmowa Jezusa z dwiema najważniejszymi postaciami judaizmu to jeden ze znaków, by chrześcijańsko-żydowskie spory traktować jako pożałowania godne nieporozumienie, nie zaś realizację zamiarów Boga. O tej sacra conversazione opowiada przy tym nie tylko Mateusz, który napisał swoje dzieło, żeby przekonać do chrześcijaństwa Izraelitów, ale również pozostali dwaj autorzy. Mojżesz i Eliasz są wprowadzeni w misję Syna Człowieczego, wiedzą o tym, co musi się wydarzyć w Jerozolimie. W końcu Piotr odzywa się: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy. Jeśli chcesz, postawię tutaj trzy namioty: jeden dla Ciebie, drugi dla Mojżesza i trzeci dla Eliasza” (Mt 17,4). Wtedy spłynął na wszystko obłok i rozległ się głos: „On jest moim Synem umiłowanym, którego sobie upodobałem. Jego słuchajcie!” (Mt 17,5). Uczniowie upadli przerażeni, kryjąc oblicza – wiedzieli przecież, że oglądanie Boga twarzą w twarz może przynieść śmierć – a gdy unieśli wzrok, nie było już ani Patriarchów, ani obłoku, sam tylko Jezus pomagał im podnieść się z piasku. „No już, nie bójcie się. I nikomu o tym nie mówcie, aż wstanę z martwych”. Więc całą drogę powrotną mieli o czym dyskutować: co, u licha, znaczy „wstać z martwych”? Jakby rzeczywiście to było najdziwniejsze. Aha, Łukasz wspomina, że pytali także, schodząc z góry, o znaczenie powtórnego przyjścia Eliasza – zwłaszcza, że potem zniknął. A pobożni Żydzi wierzyli, że pojawi się wraz z Mojżeszem u kresu czasów. Czy zatem koniec świata nastąpił – a oni idą dalej, jak gdyby nigdy nic?
    Koniec świata nie nastąpił, ale kresu świata uczniowie chyba dotknęli…
 

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 5-6 /2012 (dostępnym także w wersji elektronicznej jako e-book)

 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.