Jesień 2020, nr 3

Zamów

Powykluczajmy się wzajemnie…

Moje uwagi dotyczą tylko jednego aspektu, z pewnością nie najważniejszego w programie Zjazdu Gnieźnieńskiego, ale za to moim zdaniem jednego z najważniejszych dla Polski i Kościoła w naszym kraju. Mam tu na myśli zjawisko określane potocznie mianem wojny polsko-polskiej – pęknięć w społeczeństwie, zagrażających istnieniu „wspólnego pola”, umożliwiającego trwanie wspólnoty politycznej. Nie chodzi tu o ideowe zróżnicowanie, naturalne w każdej, zwłaszcza większej grupie ludzi, ani też o konflikty, w równie naturalny sposób towarzyszące funkcjonowaniu wszelkich wspólnot. Chodzi właśnie o zanikanie owego wspólnego pola, o pojawieniu się pęknięć rozdzielających naturalne spektrum postaw i poglądów, przemieniających społeczność zróżnicowaną w podzieloną.
Nie jest łatwo wskazać osie konfliktu. To znaczy można je wyliczać, ale nie precyzyjny opis jest istotą problemu. Istotne są intuicyjnie wyczuwane podziały, rozróżnienia na „naszych” i „nie naszych”. I nawet jeśli bliższe spojrzenie pokazuje, że podziały są dużo bardziej skomplikowane, niż się wydaje, a ich osie nie są bynajmniej tożsame, to najważniejsze i najbardziej dramatyczne jest poczucie, że te podziały są i dają się na każdym kroku we znaki.
A co to ma do Zjazdu Gnieźnieńskiego – można by zapytać. Ano to, że podziały te przebiegają także przez Kościół – mimo że to on zachował, jako jedyna zapewne u nas instytucja społeczna, wystarczający autorytet, by móc służyć jako miejsce spotkania i mediacji. Tymczasem roli tej nie pełni, bądź nie zauważając problemu, bądź go ignorując, bądź też – co gorsza – w osobach jego wielu przedstawicieli ochoczo włączając się w dzielenie wspólnoty.
Moim zdaniem w Gnieźnie mieliśmy do czynienia z sytuacją wręcz modelową.
Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 5-6 /2012 (dostępnym także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.