Jesień 2020, nr 3

Zamów

Ksiądz z kobietą w kinie Gorszyciele

Ksiądz
Skowyt – film Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana – to opowieść o Allenie Ginsbergu, słynnym poecie, anarchiście, symbolu dwóch pokoleń: hippisów i beat generation. Był legendą, kochaną i znienawidzoną zarazem. Skandalista, prowokator i gorszyciel, piewca rewolucji seksualnej, odurzający się narkotykami jak środkiem znieczulającym. Narkotyki miały prowadzić go do wyzwolenia, nawet za cenę zatracenia się. Starał się przełamywać schematy konserwatywnego i zaskorupiałego otoczenia oraz jego hipokryzję, atakował zastany porządek, piętnował zakłamanie cywilizacji. Bohaterem filmu Wszystkie odloty Cheyenne’a Paolo Sorrentino jest postać fikcyjna, choć zapewne z tzw. kluczem. Najczęściej kojarzona z Robertem Smithem, liderem zespołu „The Cure”, który zawiesił swoją działalność w 1982 roku, a w jego twórczości dominowały pesymistyczne treści. A jego fryzura, wyzywający makijaż, polakierowane paznokcie, szminka na ustach, punkowy kostium pokazują, że nasz bohater stworzył sobie sztuczny świat, nieistniejący, ale pozwalający mu wyizolować się z rzeczywistości i patrzeć z dystansem na wszystko, co przeżył. Oto widzimy postarzałego rockmana, transseksualnego, sfrustrowanego milionera, który po zakończeniu kariery żyje w irlandzkim miasteczku i gra na giełdzie akcjami Tesco. Jest nieporadny i niejednoznaczny: nuda, depresja, a może cynizm? Genialny jest w tej roli Sean Penn, jego kreacja jest przemyślana w każdym geście i zdaniu, stonowana, ironiczna i refleksyjna.
Kobieta
Penn w roli Cheyenne’a jest absolutnie znakomity, nie kokietuje widzów, nie przymila się im. Początkowo jego bohater budził we mnie duży dystans – nie pierwszej młodości mężczyzna, który wygląda jak młodsza siostra swojej żony i zachowuje się jak jej córka (córka siostry) strasznie mnie irytował. Jednak w miarę poznawania Cheyenne zaskarbia sobie coraz większą sympatię, w końcu budzi podziw odwagą, na jaką się zdobył, żeby zmierzyć się z prawdą o sobie. Ta postać została nie tylko znakomicie zagrana, ale również pomyślana. A cały film – szalony, zabawny, wzruszający, nieustannie zaskakujący i chwilami bolesny – opowiedziany w konwencji kina drogi, uruchamia ten niezwykły żywioł kina, który wyrywa nas z utartych i wygodnych szlaków myślenia. A także sprawdza naszą wytrzymałość na kogoś, kto wygląda i żyje w sprzeczności z przyjętymi konwencjami. Okazuje się jednak, że wiele z wyznawanych przez niego wartości mieści się w nurcie nie tylko konwencjonalnym, ale też, że w naszych mających skłonności do relatywizowania wszystkiego czasach, są one rewolucyjnie tradycyjne.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 4/2012 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.