Lato 2021, nr 2

Zamów

Lata nad nami wielka ryba

Najpierw poznaliśmy go z kina. Rozmowa z człowiekiem z szafy – jego fabularny debiut – od razu była spełnieniem. Dowodem, że jest pewny tego, co chce powiedzieć w stylu własnym, choć rzecz jasna niewolnym od inspiracji, chociażby Bergmanem, choćby Hasem. Nie ma w tym nic pejoratywnego, dobrze, gdy młody artysta ma takie wzorce. Potem Królowa aniołów, dziesięcioletnia przerwa i Jestem twój. Była to rzecz, która skutecznie przeczyła stereotypowi, jakoby Mariusz Grzegorzek okopał się w swojej niszy, zadowolił całkiem osobnym wśród naszych filmowców miejscem. Uciekał od stereotypu twórcy hermetycznego, który powołuje do życia szczelnie pozamykane przed widzami światy. Czerpał tyle samo z psychoanalizy, co z wziętej w cudzysłów ironii telenoweli. Film intensywny od ekstremalnych emocji, ale na koniec nieodbierający widzom nadziei. Żal, że nie został należycie doceniony. Jedna nagroda na festiwalu w Gdyni – za znakomitą rolę Doroty Kolak – to zdecydowanie za mało.

Kiedy do śmiechu dołącza śmierć

Film nie rozpieszczał Grzegorzka i być może dlatego twórca ten szukał dla siebie innych przestrzeni. Znalazł w teatrze, jednym konkretnym teatrze. Pamiętam co prawda jego dawne spektakle, przygotowywane w warszawskim Powszechnym: ról Janusza Gajosa i Władysława Kowalskiego w Simpatico Sama Shepharda zapomnieć się nie da; Joanna Szczepkowska i Dominika Ostałowska w Zdaniem Amy Dave Hare’a też były świetne; zrobił też w Studio Na wsi Martina Crimpa, ale na stałe jest w Łodzi. Uczy w filmówce, chłonie zapach ulic i reżyseruje w Jaraczu. Kiedyś w krakowskim Starym Teatrze spotykały się autorskie teatry Wajdy, Swinarskiego, Jarockiego, potem Grzegorzewskiego, Lupy. Trzeba zachować proporcje, ale można powiedzieć, że łódzki Jaracz – mając na pokładzie Grzegorza Wiśniewskiego, Annę Augustynowicz, Agatę Dudę-Gracz, Waldemara Zawodzińskiego, Jacka Orłowskiego – próbuje powtórzyć ten model. W innej rzecz jasna skali, ale jednak. A Mariusz Grzegorzek wnosi do niego barwę niepowtarzalną.
Pracuje z zadziwiającą regularnością, przygotowując średnio jedno przedstawienie na sezon. Pamiętam doskonale jego Agnes od Boga Johna Pielmeiera, pamiętam Między jawą a snem Stiga Dalagera. W Blasku życia Rebeki Gilman odkrył dla sceny Małgorzatę Buczkowską i Ireneusza Czopa, obsadzając ich w rolach urodzonych morderców, którzy nie rozumieją niczego ze zła, które czynią. To był znak, jak wysoko mierzy. Przepowiednia, która sprawdziła się w Lwie na ulicy Judith Thompson, uznanym za pierwsze z arcydzieł Grzegorzka. Gdyby szedł sztancą, poprzestałby w nim na tym, by powielić schemat Na skróty Altmana albo Magnolii Andersona. Wolał pójść dalej, zamiast obrazu społeczeństwa dał pejzaż wewnętrzny swoich bohaterów. Z Szekspirowskiego Makbeta zrobił czarny rytuał, rzecz o niszczącej sile biologii. W Słowie Kaja Munka postawił na ascezę, poskramiając wyobraźnię. Powstała na wskroś współczesna opowieść o poszukiwaniu śladów Boga w świecie skazanym na duchową pustkę.
Przywołuję pokrótce artystyczną drogę Mariusza Grzegorzka, chociażby po to, by powiedzieć, że nigdy nie był reżyserem, który kierowałby się głosem większości, szedł za stadem, wybierał łatwe rozwiązania. To prawda, czasem się mylił – w ostatnich latach tylko w Dybuku Anskiego – ale nigdy nie bał się podejmować ryzyka. I nieodmiennie – niezależnie, czy była to klasyka, czy dramaturgia współczesna – sięgał po utwory dużego kalibru. Dlatego Posprzątane Sarah Ruhl było tą właśnie sztuką, jakiej po Grzegorzku nie moglibyśmy się spodziewać. No bo jak: reżyser tajemniczy, zastawiający na widzów liczne pułapki miałby zrealizować farsę?
Punkt widzenia zależy od czytającego. Ktoś nazwie dzieło amerykańskiej autorki tylko komedią, ktoś zobaczy w niej farsę. Tak czy inaczej było pewne, że Grzegorzek spróbuje lżejszego tonu. Zrobił to, ale po swojemu. Gdyby Ruhl zabłądziła do łódzkiego Teatru Jaracza, nie poznałaby na scenie swej sztuki. W centrum są trzy kobiety. Lane – Marieta Żukowska – młoda pani doktor jest tak idealna jak jej nienaganne kremowe garnitury. Pod porcelanową powierzchnią ukrywa jednak tajemnice. I zagłusza siebie samą obsesją czystości – byleby tylko było posprzątane! Jej siostra Virginia – Gabriela Muskała – ma rozwalone życie, ale oszukuje świat, że jest szczęśliwa. I bywa, kiedy myje ubikacje albo prasuje majtki. Tylko wtedy. Wreszcie Matylda – Justyna Wasilewska – postać z zupełnie innej gliny. Przyjechała z Brazylii, po rodzicach odziedziczyła zamiłowanie do kawałów. W każdej wolnej chwili próbuje wymyślić dowcip doskonały. Taki, po którym ludzie – najdosłowniej – umieraliby ze śmiechu. Sprząta z musu, żeby zarobić na życie.
Zdumiewające to trio roztacza przed nami teatr zbudowany z przerysowanych gestów, przesterowanych dźwięków, absurdalnych, chociaż z pozoru naturalnych ruchów. Grzegorzek wraz z fenomenalnymi aktorkami opowiadają nam świat ulegający w każdej sekundzie deformacji. Mieszają style i tonacje. Jest w Posprzątanym miejsce na taneczne popisy dwojga dzieciaków i śpiewane zachrypniętym głosem przez Justynę Wasilewską piosenki. Bawią do łez chwyty z najczystszej farsy, kiedy Muskała umyka ze sceny, by nie dostrzegła jej Żukowska. A jednak cały czas śmiech, który ma w sobie coś chorego, zamiera nam na ustach. Trudno jest bowiem śmiać się bezkarnie, gdy oglądamy ostrą karykaturę świata, a w nim samych siebie. Grzegorzek to wszystko pokazuje, ale opiera się pokusie moralizowania. Ma w Posprzątanym to coś, co wyróżnia nielicznych. Nieubłaganą prostotę, każącą jemu mówić: „tak jest”, a nam uwierzyć w to bez zastrzeżeń, bez zadawania dodatkowych pytań.
Po rozszalałej pierwszej części spektakl w Jaraczu zmienia klimat, bo do śmiechu dołącza śmierć. A wraz z nią metafizyka, współodczuwanie. Mariusz Grzegorzek cały czas rozcieńcza je delikatnym humorem, nie wchodząc na diapazon swych poprzednich inscenizacji, ale pozwala im wybrzmieć. Tworzy się z tego wybuchowy koktajl, zdecydowanie ponad literacką podstawę widowiska.

Kordian błaga o eutanazję

Mam Posprzątane z Jaracza za najważniejsze z dotychczasowych przedstawień sezonu. Zasługa w tym fantastycznych ról Żukowskiej, Muskały i Wasilewskiej – towarzyszą im Agnieszka Kowalska i Mariusz Witkowski – oraz wyobraźni Grzegorzka, który z pojedynczych zdań w tekście potrafi zbudować najbardziej zaskakujące obrazy. Przykład? Mówi się u Ruhl, że w akwarium jednej z bohaterek pływa niezwykła ryba. Na scenie Teatru Jaracza nie ma żadnego akwarium. Nadmuchiwana zabawkowa ryba fruwa nad głowami aktorów, sterowana niewidocznym pilotem. Ci przyzywają ją do siebie, jak przywołuje się niesfornego cielaka. Piekielnie to zabawne i wzruszające jednocześnie. Kto tak jak Grzegorzek zamieniłby rybę na rybę?
Mariusz Grzegorzek nie ogląda się na nikogo, łódzki Teatr Jaracza nie jest w Wałbrzychu ani we Wrocławiu, zatem nie leży na najbardziej uczęszczanym przez krytyków szlaku. Premiera Posprzątanego odbyło się na początku lutego, a do tej pory w ogólnopolskiej prasie nie znalazłem żadnych recenzji. Może dlatego, że to nie jest teatr szybkiego reagowania, że daleko mu do modnych, a szemranych idei, że nie załatwia konkretnych doraźnych spraw. A zatem będzie na straconej pozycji. Przecież Grzegorzek nie wypowiada się w imieniu oburzonych, nie chce walczyć o prawa lokatorskie, nie kpi z Dostojewskiego, nie walczy o stołeczny Bar Prasowy. A takie właśnie są dziś, jak się zdaje, składniki receptury medialnego sukcesu. Przynajmniej jeśli spojrzeć na dwudziestoletniego Michała Kmiecika, który w warszawskim Teatrze Dramatycznym wystawił Kto zabił Alonę Iwanowną według własnego tekstu, chociaż – podobno – z inspiracji Zbrodnią i karą.
Kmiecika nazwano dzieckiem Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, i całkiem słusznie, bo wszystko wskazuje na to, że nowy gwiazdor chce ich przelicytować. Jego spektaklem rządzą kabaretowe grepsy, jakby reżyser chciał pokazać, że teatr to tylko kiepski żart. Mówi się o śmierci Amy Winehouse, Breiviku i profaszystowskich bredniach Larsa von Triera, pozbawiając to wszystko kontekstu i starając się, żeby efektownie zabrzmiało. A potem łatwo dorobić ideologię, że spektakl wziął się z wściekłości na dzisiejsze porządki, korporacyjny układ, nierównowagę w rozdzielaniu pieniędzy i szans.
W teatralnym światku co rusz musi pojawić się ktoś jeszcze bardziej odważny niż poprzednicy, ktoś, kogo bunt sprzeda się jeszcze lepiej. Tyle tylko, że w przypadku Kmiecika jakoś trudno mi w tę kontestację uwierzyć. Łatwiej w to, że młody człowiek próbuje prowokacji i prawie wszyscy dają się nabrać.
Trudno również pójść za myślą Szymona Kaczmarka, który w krakowskim Narodowym Starym Teatrze wystawił Kordiana czy też raczej wariacje na temat Kordiana. Z dramatu Słowackiego wypreparował bowiem jeden wątek – dążenie do samobójstwa – wszystko inne radośnie wycinając. Pokazał przy tym Kordiana – granego przez Adama Nawojczyka – w stanie agonalnym, błagającego o eutanazję. Spektakl zapewne miał być jej obroną, ale do żadnego sporu nie doszło. I dojść nie mogło, skoro skończyło się na półtoragodzinnym szemraniu ze sceny tekstem wieszcza przetykanym lekturą tekstów przeciw eutanazji.
Kolega krytyk próbował mnie przekonywać, że ostatnimi czasy Kordian chronicznie się nie udaje, więc coś jest z tym Słowackim nie tak. Stanowczo zaprotestowałem. Za pomysły Szymona Kaczmarka naprawdę trudno winić Juliusza Słowackiego. Trudno również rozpoznać Burzę Szekspira w Burzy zrealizowanej przez Maję Kleczewską w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Co prawda reżyserka zachowała zręby dramatu, zostawiła najważniejsze z postaci, ale od słów ważniejsze okazały się emocje między aktorami. Podobno podczas prób przeprowadzano tak zwane ustawienia Hellingera, by ich w ten sposób ośmielić do otworzenia się na skrywane traumy i lęki. Teatr Polski poprosił nawet swych widzów o podzielenie się z autorami przedstawienia własnymi snami. Te niestandardowe metody doprowadziły Kleczewską do najbardziej hermetycznego z jej spektakli. Chciała opowiedzieć o tym, że ludźmi powodują pierwotne instynkty, a wszystko sprowadza się zazwyczaj do strachu i pożądania. Chwilami przybiera to intrygującą formę, częściej jednak nuży. Po bydgoskiej inscenizacji znać, że Maja Kleczewska traci zainteresowanie tradycyjnym teatrem, że rośnie jej nieufność wobec słowa. Ma do tego prawo, tyle że z bydgoską Burzą trudno mi się pogodzić, bo niszcząc chyba najwspanialszy z dramatów Szekspira, świetna skądinąd artystka w zamian zaproponowała niewiele. Nie przebiła się przez mur obojętności.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Karkołomnie skomplikowana fraza Norwida

Porażka Burzy nie zmienia faktu, że teatr Mai Kleczewskiej trzeba śledzić z uwagą, bo jest w ciągłym ruchu. Zmienia się też Michał Zadara – jego Aktor Norwida w warszawskim Teatrze Narodowym to propozycja tyleż niespodziewana, co imponująca. Mocno zapomniany dramat to rzecz o kryzysie ekonomicznym, o przemieszaniu świata biznesu i sztuki. Gdyby Zadara chciał iść z prądem, wziąłby na przykład któryś z tekstów Pawła Demirskiego, a o patronat poprosił „Krytykę Polityczną”. Tymczasem sięga po Norwida, niemal niczego mu nie zmienia, dba o to, by wybrzmiała ze sceny karkołomnie skomplikowana fraza poety. Z tego połączenia powstaje coś zdumiewającego. Historia współczesna, lecz pozbawiona nachalnych aktualizacji. Gdy trzeba dowcipna, przede wszystkim jednak gorzka. W każdym szczególe skomponowana i doskonale zagrana – w obsadzie m.in.: Ewa Wiśniewska, Anna Chodakowska, Wiktoria Gorodeckaja, Patrycja Soliman, Arkadiusz Janiczek, Oskar Hamerski i inni.
Zadara odwzorowuje na scenie przy Wierzbowej wnętrze pobliskiej kawiarni Antrakt, aktorzy odczytują swe listy z ekranów telefonów komórkowych, ale nie chodzi o to, by komukolwiek się przypodobać. Tego rodzaju działania są dla Michała Zadary ornamentem, znakiem teatralnym, wskazują, że modny wciąż i hołubiony reżyser zaczyna kombinować na wspak. Warto mu w tym kibicować.
Pointa zaś będzie gorzka. Grzegorz Bral zrezygnował właśnie z funkcji dyrektora Teatru Studio. Dyrekcja ta się nie udała, ale odejście poprzedziła najlepsza w tym okresie premiera – i Studia, i samego Brala. Sierpień Tracy’ego Lettsa ma w sobie fatum jak z greckiej tragedii i intensywność sztuk O’Neilla. No i jeszcze te wspaniałe role kobiece: Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Ewy Błaszczyk, Joanny Trzepiecińskiej, Edyty Jungowskiej, Małgorzaty Rożniatowskiej! Z powodów dla mnie niezrozumiałych zarzucono reżyserowi sentymentalizm i stosowanie telenowelowych środków, jakby nie można było przyjąć osadzonej w tradycji opowieści. Brala zastąpi Agnieszka Glińska. Zobaczymy.

__________
Jacek Wakar – krytyk teatralny, obecnie szef Redakcji Publicystyki Kulturalnej Programu Drugiego Polskiego Radia. Wcześniej redaktor naczelny magazynu „Foyer” oraz „Kultury” (dodatku do „Dziennika”), a także szef działu kultury „Przekroju”. Stały współpracownik TVP Kultura, juror Warszawskiej Premiery Literackiej.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.