Jesień 2021, nr 3

Zamów

Saga rodu Żółtowskich

Chciałoby się zacząć jakąś pyszną anegdotą ze świata arystokracji, ale wiem też, że Żółtowscy do zadań, w których im przyszło uczestniczyć na przestrzeni wieków, podchodzili serio. Ostatnie dwa stulecia szczególnie obfitowały w wydarzenia, które w Wielkopolsce nie mogły się dziać bez ich udziału – walka o polską ziemię, rozwój gospodarczy rolnictwa, a nawet nowe sieci kolei, łączące polskie majątki ziemskie, aby łatwiej im było eksportować swoje produkty. Wielu z przedstawicieli tego rodu zajmowała praca w Kole Polskim parlamentu, w samorządzie lokalnym, w stowarzyszeniach gospodarczych, edukacyjnych i społecznych. Założenie szpitala, rozbudowa kościoła kolatorskiego i setki osób, którym Żółtowscy pomagali, nie dla własnej chwały, a w poczuciu obowiązku społecznego i narodowego.
Rozpoczęta w XIX wieku walka o zachowanie polskości i polskiego stanu posiadania rzeczywiście była „najdłuższą wojną nowoczesnej Europy”, a Żółtowscy z Godurowa, na czele z Franciszkiem (1818-1894) i Marcelim (1850-1925) uczestniczyli w niej aktywnie, obok wszystkich tych Chłapowskich, Cegielskich, Marcinkowskich, Wawrzyniaków, Adamskich i wielu innych. Senior rodu, Andrzej Ludwik Żółtowski (ur. 1922) pisze na stronie internetowej rodziny, że uderza go „ogromna doza odwagi cywilnej wielu członków rodziny”, którzy otwarcie bronili swych przekonań i polskości.
I choć te słowa brzmią patetycznie, takie podejście do życia charakteryzuje całą rodzinę Żółtowskich, przybyłą do Wielkopolski w XVIII wieku z Mazowsza. Za sprawą książki Izabeli Broszkowskiej, mówimy o Żółtowskich z Godurowa, rozrodzonej współcześnie gałęzi, wywodzącej się z Ujazdu. Jej opowieść historyczna, poświęcona dziejom rodziny ujęta została w dwa tomy: „Żółtowscy z Godunowa” i „Trudne lata. Żółtowscy z Godurowa 1939-1956”.
Staropolskiego dworu w Godurowie nie ma. Spłonął wiosną 1946 roku, ponoć w wyniku zwarcia elektrycznego. Wcześniej władza ludowa nie pozwoliła doń wrócić gospodarzowi – ojcu autorki, Benedyktowi Żółtowskiemu (1902-1982), który w Kampanii Wrześniowej stracił nogę, a potem w majątku teścia Kazimierza Fudakowskiego w Krasnobrodzie na Lubelszczyźnie, przechował (m.in. żydowskiego pochodzenia prof. Juliusza Kleinera) i uratował setki ludzi, których Niemcy zamierzali wysłać na roboty albo wprost do komory gazowej.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 2-3/2012 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.