Zima 2020, nr 4

Zamów

Chrześcijanin nie może nie żyć nadzieją

Dobro – to dobro, które starożytni Grecy określali mianem agathon i które w świadomości wielu myślicieli było równoznaczne z Bogiem – przeniknęło do całej naszej kultury. Przeniknęło w swojej wersji chrześcijańskiej, jeszcze w niej istnieje i jeszcze oddziaływa, choć ulega coraz większej erozji. Humaniści i niewierzący nadal zeń czerpią i nadal żyją nadzieją – nadzieją na sprawiedliwość, ład, wolność, pokój i radość. Niestety coraz rzadziej.
Coraz częściej natomiast stają się na dobro zamknięci. Nie tylko deklarują etyczną ignorancję i powstrzymują się od moralnych sądów, lecz różne przejawy dobra mają za pozory rzeczywistości. Prawdziwe dla nich jest tylko to, co złe, ciemne, beznadziejne. Dlaczego? Dlatego, że od czasów europejskiego renesansu kultura europejska – na skutek z jednej strony słabości ówczesnego Kościoła, z drugiej zaś prometejskiego buntu płynącego z oszałamiających sukcesów nauk przyrodniczych – stopniowo skazywała rzeczywistość duchową na banicję z naszego życia. Choć poznawcze osiągnięcia i ich praktyczne dobrodziejstwa zapierały nam dech w piersiach, torowały one drogę doktorowi Faustowi, który zamienił jałową teologię na praktyczną magię. Czyż jego licznym następcom aż po dzień dzisiejszy i teologia, i wiara nie wydały się pozbawioną znaczenia grą pozorów? I czy z takim bagażem intelektualnym kultura europejska nie podążała spiesznie ku materialistycznej cywilizacji, która releguje duchową rzeczywistość do subiektywnej sfery nieszkodliwych rojeń? Rojeń, które czciciele rozumu, zniewoleni mędrca szkiełkiem i okiem, zdegradowali do statusu nieokrzesanych krewnych i nie wpuszczają na intelektualne salony?
Z pomroków mojej pamięci wyłania się mocno już rozmyta brakiem właściwości twarz pewnego wziętego pisarza, która na sam dźwięk słowa „piękno” przybierała wyraz tak głębokiego niesmaku, że mdłości opiewane przez Sartre’a zdawały się liryczną sielanką. Niestety nic w tym nie ma dziwnego. Pretensjonalne uwielbienie bezsensu, filozoficzna pochwała mordobicia, kłanianie się w pas nicości, niepojęta lekkość bytu kultury, która duchowej pustce, psychologicznej bezradności czy artystycznemu zagubieniu bez namysłu nadaje miano metafizyki, cały ten rzucany o ścianę ontologiczny groch z kapustą czyni z nas ludzi bez właściwości i skazuje na poznawczy płacz i zgrzytanie zębów.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 2-3/2012 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.