Jesień 2020, nr 3

Zamów

Nadzieja – beznadzieja

Z powodów czysto egzystencjalnych (tak zrządziło po prostu moje życie, już nazbyt długie) częściej gości we mnie myślenie o rozpaczy niż myślenie o nadziei.
Sprawa nie jest jednak bynajmniej prosta. Nie dlatego nawet, że niezwykle rzadko – może nawet w ogóle? – zdarza się taka rozpacz, która nie zostawia w człowieku żadnych skrawków nadziei, żadnych okruchów światła. Nie dlatego. Lecz dlatego, że nadzieja ma w tym wypadku wymiar paradoksalny i jednocześnie – inaczej tego się powiedzieć nie da – niejako wtórny. Że zjawia się w pewnym sensie niczym cień, niczym echo rozpaczy. Albo, co może zdawać się horrendalne, jako jej drugie, jej jasne oblicze. Że więc w istocie, tak myślę, tam, gdzie nie ma rozpaczy, nie może być i nadziei. Że w istocie – to już zupełnie straszne – rozpacz jest fundamentalnym warunkiem nadziei, oczywiście warunkiem negatywnym, zaprzecznym. Po cóż bowiem mielibyśmy mieć nadzieję?
To, co mówię, na pozór przeczy – chyba tylko na pozór – religijnemu, chrześcijańskiemu myśleniu. Tak, owszem, chrześcijaństwo ma rozpacz za grzech najwyższy, ale przypuszczam, wczytując się zwłaszcza w wersety Nowego Testamentu, że idzie wtedy o taką formę rozpaczy, która absolutnie niweczy i absolutnie wyklucza obietnicę zbawienia. Jakże inaczej bowiem można pojąć ostatni krzyk Chrystusa na czarnym drzewie krzyża – „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46; Mk 15, 34) – jeśli nie ujrzy się w nim drastycznego splotu ostatecznej rozpaczy i najwyższej wiary? Jeśli nie usłyszy się tu jednocześnie przeszytego bólem wołania z samego szczytu samotności i opuszczenia oraz modlitewnego słowa Psalmisty?
Mówię to nie dlatego tylko – ja, agnostyk, może agnostyk mistyczny, dźwigający w myśli i sercu doświadczenie porzucenia przez Boga, który ukazał mi się ongiś, podobnie jak zresztą Koheletowi, jako bezpardonowy dawca śmierci, gnający nas do studni ciemności – by powiedzieć (jak kiedyś to już napisałem, wyznając swoją czarną wiarę albo czarną niewiarę), że Jezus to przede wszystkim pocieszyciel. Pocieszyciel, który rozsypał nam po prostu na drodze – niczym przelotnym, strwożonym wróblom – okruchy światła, dobra i nadziei.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 2-3/2012 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.