Jesień 2020, nr 3

Zamów

Zloty środek Ma?

Stoimy, kazanie niekrótkie, oj nie. Dorośli radzą sobie jak mogą, w ciszy; mniejsi – różnie. Maluch niedaleko nas wyraźnie nie ma cierpliwości – kręci się, ratuje jakąś zabawką, która całkiem nie tak głośno szeleści. Drugi maluch szeptem coś bardzo ważnego z zapałem opowiada sąsiadce.

Najbardziej bezradna jest mała dziewczynka na wózku. Nie ma z kim pogadać – miś na podłodze, widok ciągle ten sam, zza obudowanego wózka nie widać mamy. Nagle słychać jej donośne pytanie: „Ma?”. Matka reaguje natychmiast, automatycznie, pochyla się i wyciąga rękę, głaszcze kapelusik. Dziewuszka wyraźnie zadowolona siada wygodnie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Moja córka ileś lat temu też tak mnie wzywała. Właściwie rzadko lub wcale nie mówiła „mama”. Wołała „ma…” – i wystarczało. Owszem, czasem było „mamama”, ale to już był jakiś poważny problem do ogarnięcia. Samo „ma?” było wezwaniem, często tylko symbolicznym. Jak potwierdzenie obecności, jak sprawdzenie, czy świat jest na swoim miejscu. Taki sms, a może bardziej potwierdzenie dostępności, albo akt strzelisty czy prośba o deklarację z mojej strony. To trochę jak nieautomatyczna odpowiedź potwierdzająca przeczytanie maila.

Z czasem nauczyłam się – jeśli nie byłam bardzo blisko – odpowiadać: „tak, kochanie” albo „jestem”. Później były dwa rodzaje wezwania – jedne z intonacją pytającą, drugie bez niej, jak stwierdzenie, jak akt strzelisty bez prośby…

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 11-12/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.