Jesień 2020, nr 3

Zamów

Eks post Wieczność na horyzoncie

W Tajlandii – o czym dowiedziałem się podczas tegorocznej edycji Nowych Horyzontów – istnieje legenda, że zmarły kilka dni po pogrzebie odwiedza miejsca, w których czuł się szczęśliwy. O tym właśnie mówi film „Wieczność”. Nakręcił go w 2009 roku Sivaroj Kongsakul, który otrzymał za niego nagrodę Tiger Award na festiwalu w Rotterdamie – dla najlepszego debiutu fabularnego. Jakkolwiek pamiętam o zdaniu przypisywanym Felliniemu: „Oto treść filmu, po niej zaczyna się film”, chciałbym opowiedzieć „Wieczność”, obawiam się bowiem, że nawet najodważniejszy dystrybutor nie zaryzykuje jej rozpowszechniania w Polsce. A zrobiła na mnie bodaj największe wrażenie ze wszystkich, nieraz naprawdę poruszających, dzieł, które miałem okazję oglądać w tym roku we Wrocławiu. Choć wiem, że werdykt festiwalowego jury ją pominął.
Więc ten mężczyzna, krążący po pustkowiu na motocyklu, to właśnie duch bohatera, Wita, szukający domu rodzinnego. Lub inaczej – prostacko dopowiadając to, co z obrazu wynika pośrednio, film bowiem jest enigmatyczny i znacznie więcej sugeruje niż mówi wprost – to duch ojca reżysera, prowadzony w wyobraźni, inspirującej się legendą, do domu, w którym rodzice spędzili pewien weekend; o tym weekendzie, owdowiawszy, wielokrotnie opowiadała reżyserowi jego matka. W końcu Wit ów dom znajduje – wybucha na jego widok płaczem – wchodzi do środka, gdzie widzi ścianę ze swoimi fotografiami, rodzaj ołtarzyka, wystawianego w Azji zmarłemu. I wtedy zaczyna się właściwa historia, ów weekend właśnie, gdy Wit przywiózł narzeczoną Koy, by przedstawić ją swojej rodzinie. W gruncie rzeczy dzieje się nie tak wiele: pogodne rozmowy, spacery, kąpiel w rzece, chwile czułości, w których – urocza buddyjska obyczajowość, w dodatku sprzed lat – nawet uchwycenie dłoni ukochanej jest nieomal niestosowne i wywołuje cofnięcie się dziewczyny, jej niepokój, czy nie pozwala na zbyt wiele. Gdy po dwóch dniach Wit wpełza pod moskitierę i całuje Koy w kącik ust, erotyczne napięcie tej sceny jest niezrównane.
Narzeczeni w końcu odjeżdżają na motocyklu i wtedy Koy prosi jeszcze Wita, by podwiózł ją na pobliski cmentarz, gdzie leży ktoś – tu przydałby się widzowi przypis, czy jest to jakiś tajski starzec Zosima czy może zasłużony dla kraju bohater lub poeta. Koy od dzieciństwa stara się bywać przynajmniej raz w roku przy jego grobowcu. Tu prosi Wita, by jej coś obiecał; chodzi jej chyba o przysięgę, że narzeczony pozostanie zawsze przy niej, że ich miłość będzie wieczna, ale przecież nie zostaje to powiedziane wprost, tylko nastrój tej sceny prowadzi nas do podobnego przypuszczenia – a Wit wybucha znów płaczem.
Czy zmarli nas opuszczają? I czy da się przyjąć do wiadomości, że wspomnienie chwili zwykłej, a harmonijnej, niosącej to, co w Azji nazywają doświadczeniem tao, może przeminąć wraz z nami? I czy film nie stanowi osobliwego medium, w którym możemy ożywić zmarłych?

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 10/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.