Jesień 2020, nr 3

Zamów

Eks post Zelektryfikowane wróżki-buntowniczki

Na płycie DVD ukazała się „Historia polskiego rocka”, sześcioodcinkowy serial dokumentalny w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty. Od występu Big Billa Ramseya w Sopocie w 1957 roku, który zainspirował powstanie polskich zespołów – jak wkrótce zaczęto je u nas nazywać – „bigbitowych”, po obecny kryzys na rynku płytowym: opowieść o muzyce okazuje się nieodłączną częścią opowieści o nas samych.
Wykonawców piosenek lżejszych, pozbawionych charakterystycznych dla rocka ambicji, wspominał w późnym wierszu Zbigniew Herbert, pisząc, że „dzięki nim / odgaduje bezbłędnie / daty swojego życia // na jego straży / stoją Dalida / Halina Kunicka / Irena Santor / dobre wróżki”. I choć, jak zwykle u tego poety, literalny sens podszyty jest ironią (zaraz czytamy, że „dzięki nim / tyrania / upiększona / została / piosenkami”), ta spełniana przez pop funkcja znacznika czasu, pozwalającego orientować się w achronologicznej materii wspomnień, została uchwycona przez autora precyzyjnie. Dla pokoleń od Herberta młodszych inna jest jedynie lista „dobrych wróżek”, którą zresztą należałoby uzupełnić o nazwiska kilku przynajmniej „dobrych wróżów”: znajduje się tam Karin Stanek i Czesław Niemen, Kora i Tadeusz Nalepa, Grzegorz Ciechowski i Katarzyna Nosowska. Rockmanom i rockwomankom (?) trudniej byłoby też postawić zarzut, że swoją twórczością upiększali tyranię. Nawet jeśli realność buntu niektórych budzi po latach lekkie niedowierzanie.
Problem z muzykami rockowymi jest wszelako inny, gdyż mówiący na ten temat wpada zaraz w kłopot, dość podobny do tego, o którym pisał w związku z science-fiction Stanisław Lem. Otóż jego zdaniem fantastyka amerykańska pretenduje „do sadowienia się na szczytach myśli i sztuki. Drażni pretensjonalność gatunku, który odpiera zarzuty prymitywizmu, powołując się na swą rozrywkowość, a ledwie takie zarzuty ucichną, wznawia swe uroszczenia”. Traktowanie rocka z nadmierną powagą skazuje na śmieszność, podejrzenie o brak wyrobienia estetycznego pozwalającego odróżnić wyrafinowanie dźwiękowe twórczości, powiedzmy, Xenakisa od prostoty „Płonącej stodoły” Niemena, a nawet od względnej komplikacji jego „Bema pamięci żałobnego rapsodu”. Wszakże traktowanie rocka z lekceważeniem jest zwyczajnie kłamstwem w obliczu decydującego trybunału: emocji nas, jego słuchaczy.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 8-9/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.