Jesień 2020, nr 3

Zamów

Historia to nie księgowość

Nazywanie moich książek, w tym również „Złotych żniw” napisanych wspólnie z Ireną Grudzińską-Gross, mianem eseistyki historycznej jest najczęściej, w intencji osób posługujących się tym terminem, określeniem pejoratywnym. W ten sposób dają do zrozumienia, że książki są subiektywne, emocjonalne, pełne uogólnień i w ogóle przynależą do odrębnego gatunku, który nie stosuje się do akademickich rygorów i nie podlega tym samym kryteriom co piśmiennictwo naukowe. Esej, jak pisze w lipcowej WIĘZI prof. Bożena Szaynok, to „subiektywny zapis przemyśleń autora”. Zatem esej historyczny to książka nienaukowa – niebadająca rzeczywistości, tylko, no właśnie, zawierająca „subiektywny zapis przemyśleń autora”, czyli coś gorszego.
Z drugiej strony użycie określenia „eseistyka historyczna” pozwala krytykom przyznać – co zostało odnotowane nawet przez najbardziej zajadłych przeciwników – że moje książki są dobrze napisane. Ale nie jest to pod ich adresem bynajmniej komplement. Bo umiejętność pisania osobnikom o złych intencjach – np. „żydowskim historykom”, do których zaliczył mnie z niesmakiem w lipcowej WIĘZI prof. Jan Żaryn – ułatwia skuteczne mącenie czytelnikom w głowach. Perswazyjność tekstu oddziałująca przez dobry styl i wciągającą narrację pozwala tylko łatwiej maskować fakt, że autor wcale nie odsłania prawdy według reguł naukowego obiektywizmu.
Nie mówiąc już o tym, że Gross – o czym pisali po wielokroć i to nie tylko autorzy „Naszego Dziennika” – „nie jest historykiem” i „nie ma warsztatu”. Najbardziej efektownie pod tym względem zabrzmiała wypowiedź prof. Jerzego Eislera podczas publicznej dyskusji w Instytucie Historii PAN w 2000 roku, kiedy oznajmił, że gdyby mu magistrant przedstawił coś na kształt „Sąsiadów” jako pracę dyplomową, to by go oblał.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 8-9/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.