Jesień 2020, nr 3

Zamów

Okresowe niedomaganie istnienia

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Z najwyższym zakłopotaniem przystępuję do pisania o „Dzienniku 1962–1969” Sławomira Mrożka. Przez całą lekturę towarzyszyło mi wrażenie podglądactwa. Wiem oczywiście, że to cena za sięgnięcie po journal intime. Są ludzie, którzy tego rodzaju książki cenią bardziej, niż tradycyjną beletrystykę. Chcą życia, a nie sztuki; twierdzą, że w ten sposób poznają człowieka w jego autentycznych reakcjach na doświadczenia, a to ciekawsze, niż dzieło, w którym owe doświadczenia zostały zapewne odbite, ale pośrednio i krzywo. Nie należę do tego grona; czasem wręcz przychodzi mi do głowy straszne podejrzenie, że obecna popularność literatury faktu stanowi swoiste spełnienie proroctw Witkacego: zobojętniali na doświadczenia metafizyczne, potrzebujemy amorficznych opowieści o życiu (nie mówię o reportażach – najwybitniejsze z nich są nieodróżnialne od prozy artystycznej i niewykluczone, że nie zawierają więcej tzw. prawdy, niż ona).

Jeśli więc mimo wszystko zabrałem się za lekturę siedmiusetstronicowego tomu z notatkami Mrożka, to kierowała mną… desperacja. Twórczość pisarza, poza „Tangiem”, pozostawała bowiem dla mnie zawsze przedmiotem co najwyżej podziwu, nie zachwytu. To znaczy: moje reakcje sytuowały się w strefie stanów chłodnych, nie było w nich żarliwości. Pomyślałem sobie zatem, że może tą pokrętną w gruncie rzeczy drogą, przez poznanie człowieka, dotrę do pokładów gorących. Nie udało się.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 7/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.