Jesień 2020, nr 3

Zamów

Twarzą w twarz z Zagładą – rozmowa

Lemański

Nie wierzę w to, że którykolwiek z księży nawoływał publicznie swoich parafian do udzielania schronienia Żydom z transportów – to byłoby jednoznaczne z wyrokiem śmierci. A ta śmierć byłaby nieracjonalna i bezsensowna, bo społeczność straciłaby swojego orędownika.

Z całą pewnością proboszcz Jedwabnego nie mógł sobie znaleźć miejsca po tym, co się tam wydarzyło – ale to już inna sytuacja. Wydaje mi się, że tamten ksiądz mógł zrobić dużo więcej z racji na to, że zdarzenia dotyczyły bezpośrednio jego społeczności. To nie był obóz, który istniał na zewnątrz, to były działania miejscowych, jego parafian.

Karabin

Mógł zrobić dużo więcej przed tymi tragicznymi wydarzeniami w lipcu 1941 r. czy w ich trakcie?

Lemański

Na pewno przed, ale także w trakcie. Ja jako proboszcz znam swoich parafian i wiem, że któryś z nich mógłby komuś zrobić krzywdę, ale to są pojedyncze osoby. I proboszcz z Jedwabnego też takie osoby znał. Wierzę głęboko, że w sytuacji linczu mógł wykorzystać swój autorytet osoby publicznej i spróbować zawołać: „Laudański, co ty robisz?”. Nie chodzi o stawanie w obronie Żydów z kijem w ręku, ale zawstydzenie takiego Laudańskiego, Kowalskiego czy Dąbrowskiego jest możliwe dla każdego, kto jest człowiekiem zaufania publicznego.

Karabin

Owszem, ale sytuacja ekstremalna wyzwala w ludziach niskie instynkty, przez które zaczynają się zachowywać całkowicie inaczej niż dotychczas. Spokojny sąsiad chwyta za siekierę i robi rzeczy, których nikt by się po nim nie spodziewał. Czy nie jest tak, że sytuacja wojenna weryfikuje znajomości z czasu pokoju?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Lemański

Być może. Zapewne to sprawiło, że w 1945 r. proboszcz z Prostyni zdecydował się odejść z parafii. Nie wyobrażał sobie dalszej pracy z ludźmi, u których nastąpiło tak krańcowe zdegenerowanie i upadek postaw moralnych. Przecież nie tego ich uczył. Gdyby chodziło o marginalną grupę, to on by zapewne sobie z tym jakoś poradził – można zacisnąć zęby i ominąć pięć domów, ale jak trzeba omijać całe wioski, to człowiek psychicznie tego nie wytrzyma. Prostyński proboszcz wiedział za dużo złego o swoich parafianach i miał świadomość, że musiałby albo im to przypominać, albo udawać, że to się nie zdarzyło. Ani jedno, ani drugie nie jest do udźwignięcia.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 7/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.