Jesień 2020, nr 3

Zamów

Eks post Słuchając innego

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Za każdym razem, kiedy z nim rozmawiałem – w ciągu dwunastu lat zdarzyło się to pewnie kilkakrotnie – i za każdym razem, gdy dostawałem od niego e-mail, lub gdy przez wspólnego znajomego przekazywał jakieś słowo do mnie, odnosiłem wrażenie, że otrzymuję od niego porcję szacunku i uwagi w mobilizującym nadmiarze. Bywając w Lublinie na Kongresach Kultury Chrześcijańskiej, obserwowałem to też w stosunku do innych ludzi i wydawało mi się, że mechanizm jest ten sam: rozmówca, czując, że dla Życińskiego jest przez chwilę ciekawszy niż (w gruncie rzeczy) we własnych oczach, zostawał potem z tym nadmiarem, który wzywał, żeby jeszcze nad czymś pomyśleć, coś zrobić czy napisać, co by to zaciekawienie ex post usprawiedliwiało. A też rozmaici rozmówcy kierowali się potem do siebie nawzajem z podobną ciekawością, jakby emitowali wtórnie to, co absorbowali w kontakcie z arcybiskupem. Gdyby to działo się na poziomie świadomości, należałoby przedstawić ich reakcje jako efekt rozumowania: „ten drugi to wart uwagi człowiek, skoro przed chwilą poświęcił mu tyle uwagi Życiński”. Z tym, że w rzeczywistości mechanizm toczył się odruchowo. Przy nim, różniąc się nieraz zasadniczo, wydawaliśmy się – każdy sobie i sobie nawzajem – bardziej intrygujący, uzdolnieni, wartościowi niż na co dzień.

W ten sposób w obrębie Kościoła – bo jednocześnie ks. prof. Życiński był arcybiskupem, by tak powiedzieć, zdecydowanie i jednoznacznie, z dużym krzyżem na piersiach i „księżowską” modulacją głosu – otwierała się enklawa spotkań, wymiany zdań, porównywania opinii. To chyba właśnie stanowiło differentia specifica lubelskich Kongresów Kultury, gdzie zjeżdżali na zaproszenie a to Wielki Mistrz zakonu krzyżackiego, a to Naczelny Rabin Polski, a to Wielki Mufti – do tego zaś, powiedzmy, prof. Leszek Kołakowski czy prof. Andrzej Mencwel, a ponadto ks. prof. Tomáš Halίk i (z całkiem odmiennego zakątka naszego Kościoła niż ten ostatni) Paweł Milcarek. Wszyscy oni nie pogrążali się w kiczowatej „kochajmysiości”, w jakimś niwelującym różnice religijnym „multi-kulti”, ale stawali wobec oferty: zaciekaw się tym drugim, nie dlatego, że jest do ciebie podobny, ale właśnie dlatego, że jest inny (pozostając człowiekiem dobrej woli). Przypuszczam, że jedni z tej oferty korzystali, a drudzy nie.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 4/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.